Od niedawna mam w domu psa. Z bratem nazwaliśmy go Talon, na cześć postaci z pewnej raczej znanej gry. Jednak i nasza mama, i babcia, nie potrafią zapamiętać tego mimo wszystko prostego imienia i wołają na niego Tymon albo Tampon.
Mina mojego chłopaka, gdy usłyszał jak mama mówi coś do tego nieszczęsnego "Tampona" była bezcenna.
Chcę, by cała Polska wiedziała, że lubię jeże.
"Pieniądze szczęścia nie dają". Każdy chyba słyszał to powiedzenie... ja niestety o jego sensie przekonałem się na własnej skórze. Pochodzę z biednego domu, matka całe życie na minimalnej rencie, ojciec pracował na 2 etatach, aby utrzymać żonę i trójkę dzieci. Rodzice całe życie wmawiali nam, że pieniądze w życiu są najważniejsze, musimy się uczyć, aby dobrze zarabiać itd.
Lata mijały, w liceum poznałem swoją dziewczynę, a obecnie żonę, zacząłem pracę w dużej korporacji, a z uwagi na zaangażowanie i wkład w rozwój zacząłem coraz szybciej awansować, zmieniać pracę itp., w Warszawie o to naprawdę nietrudno. Z czasem przyszły bardzo dobre zarobki, stanowiska dyrektorskie - efekt jeden. Obecnie w życiu nie muszę martwić się o pieniądze - mam to, do czego całe ciągnąłem, dodatkowo piękną żonę, którą znam od liceum i która pamięta czasy, kiedy ona płaciła za nas w KFC, bo ja nie miałem pieniędzy. Rokrocznie zagraniczne wczasy, Hawaje, Dubaj, Indonezja.
Dodatkowo? Nerwica natręctw, Depresja, myśli samobójcze. Zapytacie - jak to możliwe, skoro mam wszystko, czego zawsze pragnąłem? Nie mam jednego, tego, co większość osób ma i nie docenia. Dziecka. Obecnie mam 39 lat, a żona 35. Od 10 lat bezskutecznie staramy się o dziecko. Inseminacje, in vitro, 10 lat cholernego leczenia tylko po to, aby na kolejnym badaniu Beta HCG (potocznie zwany hormon ciążowy) zobaczyć wartość mniejszą od 0.1. I tak od 10 lat. Dopiero parę lat temu zrozumiałem, że pomimo naprawdę dobrych zarobków, można być cholernie nieszczęśliwym, nie mając tej osoby, dzięki której twoje życie by się spełniło. Mam wrażenie, że byłem dużo szczęśliwszy prosząc o pieniądze moją dziewczynę czy wynajmując pokój w kawalerce na studiach, w obskurnej kamienicy.
Dlaczego wyznanie jest anonimowe? Otóż cała rodzina, znajomi, współpracownicy - wszyscy - myślą, że nie mamy dziecka z wygody, bo lubimy zabawę i nie zamierzamy z tego rezygnować.
Dlaczego piszę to wyznanie? Aby zakończyć swego rodzaju epizod w życiu.
Dwa dni temu z żoną oficjalnie się "poddaliśmy" i złożyliśmy papiery niezbędne do adopcji.
Kilka lat temu pracowałam w niewielkiej firmie - ja, szefowa i jej brat. Oni bardzo często wychodzili wcześniej lub przychodzili szybciej albo brali urlop pięćdziesiąt razy do roku. Mi to oczywiście nie przeszkadzało, siedziałam sobie sama, spokojnie pracowałam. Ale firma zaczęła upadać, moich współpracowników praktycznie nie było, a ja nie miałam totalnie co robić. Zamykałam biuro na klucz i:
1) ćwiczyłam z Chodakowską (potem trochę byłam spocona, ale i tak siedziałam sama, a po powrocie do domu prysznic, a siłownia odwalona)
2) spałam na podłodze (rozkładałam sobie kurtkę, kładłam się na niej, przykrywałam się swoim wielkim szalikiem i już)
3) szperałam po szafkach szefowej (sporo się dowiedziałam o sytuacji w firmie i wiedziałam, by szukać nowej pracy)
4) masturbowałam się.
Pierwszą osobą, której powiedziałam o tym, że jestem lesbijką, była moja siostra.
Wyglądało to mniej więcej tak:
JA: Słuchaj, chcę ci coś powiedzieć... Jestem homo.
ONA: Na uj mi to mówisz? Wolałabym się dowiedzieć, gdzie te 15 zł, które pożyczyłaś miesiąc temu!
Siostra, takiej reakcji się nie spodziewałam. :D
Miałam w klasie pewnego chłopaka Tomka, który wszystkich poniżał, dokuczał i ogólnie robił co chciał. Mimo że jesteśmy w liceum, to on nie miał żadnych zahamowań przed niczym. Równo poniewierał prawie wszystkich uczniów i nauczycieli, poza kilkoma, którzy by sobie na to nie pozwolili, jak polonistka czy fizyk; oraz dyrektorem. Ale przy nich zachowywał się na tyle dobrze, więc mimo że słyszeli o jego wybrykach, to za bardzo nie mieli nic do zrobienia. Poza tym jego ojciec jest bardzo bogaty i wspiera szkołę, np. pod koniec zeszłego roku zasponsorował szkole stypendia sportowe, naukowe i plastyczne na ponad 30 tys. złotych. W sumie sama dostałam takie stypendium (plastyczne), ale przejdźmy do sedna.
Ostatnio jego wybryki były na taką skalę, że przeprowadzono przy całej klasie cykl spotkań z psycholog szkolną. Jest to przemiła kobieta, ale nie była sobie w stanie z nim poradzić. No i mimo obiecanek znowu dręczył wszystkich, zwłaszcza pewnego chłopaka. Opowiedziałam o tym w domu bratu, mój brat świetnie słucha, jedno mu trzeba przyznać: w rozmowach nie ma sobie równych. Po tym wszystkim powiedział, że porozmawia z Tomkiem za kilka dni, jak nie będzie miał wykładów. Byłam przeciwna, bo to skończyłoby się bójką, Tomek nie odpuści, a mój brat nie należy do ludzi, co pozwalają sobie wchodzić w interesy. Chodził do tego liceum co my, był laureatem z dwóch olimpiad i finalistą z trzech, do tego był nawet przewodniczącym po tym, jak 6 osób ''odpuściło'' kandydowanie po rozmowie z nim, a dwie pozostałe pokonał w wyborach. Jednym słowem ideał, do którego mnie przyrównują całe życie. Nigdy nie byłam jak on i ciągle cierpię słysząc, "twój brat nigdy nie miał czwórki z matmy", "twój brat robi licencję pilota" (szybowcami latał już mając 16 lat z instruktorem) i "studiuje dwa kierunki jednocześnie"... Aż się rzygać chce.
Ale brat przyszedł do szkoły, znalazł Tomka i zamknął się z nim w pustej klasie na rozmowę. Pod drzwiami ustawiło się kilku nauczycieli i ze 30 uczniów. Polonistka zabroniła przeszkadzać, bo była ciekawa jak jej ''ukochany geniuszek'', tj. mój brat, doprowadzi tego dziadygę Kowalskiego (Tomka) do porządku. A jest to kobieta, której nikt nie chce podpaść, bo potrafi ud#pić wszystkich i wymaga bardzo.
Po około 30-40 minutach Tomek zapłakany wyszedł z sali, oczy czerwone jak królik, ten sam Tomek, który kiedyś spisującym go policjantom kazał zamknąć p#zdy, a anglistce (28 lat, niedawno po studiach) na lekcji sugerował, że ma apetyczny tyłeczek. Wziął plecak i mówiąc, że się źle czuje wyszedł do domu. Następnego dnia wszystkich zaczął przepraszać, a mnie wręczył bukiet róż, bombonierkę i naszyjnik z Apartu. W ciągu następnych kilku dni zauważyliśmy, że zmienił ubrania na normalne, zamiast markowych za kilka stów. No i zachowanie.
Zaczęłam się bać mojego brata. Nie chcę mu podpadać.
Od zawsze miałam długie włosy, gęste, grube, wszystkie fryzjerki tylko ciężko wzdychały, kiedy marudziłam przy podcięciu tych 3-5 cm co jakiś czas :).
W końcu nadszedł czas na zmiany - z włosów "za pośladki" postanowiłam zrobić do trochę za ramiona. I się zaczęło...
Ostatnio dosyć modne jest oddawanie ściętych włosów fundacjom wspierającym dzieci i osoby w walce z nowotworami. Wiele moich (już byłych) koleżanek wstawiało piękne, wzruszające teksty na Facebooka o tym, jak przekazały swoje włosy właśnie na takie akcje. Sama idea mi się bardzo podoba, jednak w tamtym momencie potrzebowałam zastrzyku gotówki, a firma, którą znalazłam, zaoferowała bardzo dobrą cenę za mój "ogon".
Najpierw nasłuchałam się u fryzjera, że teraz są takie fundacje itp., a po co dawać firmom, które i tak wystarczająco zarabiają. To co oni mi wypłacą to tylko mały ułamek peruki jaką zrobią, więc to tak jak bym oddała za darmo.
No nie do końca, bo mi ten mały ułamek pozwoliłby przeżyć "na poziomie" jakieś 2-3 miesiące łącznie z opłaceniem mieszkania.
Później wstawiłam zdjęcie w nowej fryzurze na Fb. Oprócz wielu pozytywnych komentarzy pojawiły się również takie o treści "Oznacz R&R, żeby wszyscy widzieli, ile nas pomaga!". Kiedy odpowiedziałam, że nie oddałam włosów fundacji, poszła fala oburzenia i krytyki, że zawsze byłam pazerna na kasę, że ciężko zrobić coś dla innych, skoro ja mogę mieć lepiej i że nie mam serca, bo jakaś dziewczynka z nowotworem by się teraz cieszyła z takich włosów, a przeze mnie inne dzieci będą się z niej śmiać (wtf?!). Następnie było tylko gorzej, bo nawet na spotkaniach słyszałam uszczypliwe komentarze.
Żeby nie było - w pełni popieram różne działania fundacji, oddaję w miarę możliwości krew, jestem zarejestrowanym dawcą szpiku, biorę udział w innych akcjach charytatywnych (biegi, loterie itp. - nie tylko jako uczestnik, ale też wolontariat przy samej organizacji). Tylko nie chwalę się tym w każdym poście i nie wszyscy znajomi o tym wiedzą, ale jestem zła, bo wolałam dostać pieniądze (które uratowały mnie od wyrzucenia z mieszkania i jedzenia chleba z wodą przez najbliższe tygodnie).
Czy to ze mną jest coś nie tak?
W LO chodziłam do żeńskiej szkoły.
Szkoła prowadzona przez zakonnice, duże ograniczenia dotyczące wyglądu. Niektóre dziewczyny miały pogadanki za kolczyki, farbowanie włosów niedozwolone. Dużo ograniczeń.
Większość dziewczyn, zwłaszcza tych zamkniętych w internacie, stęskniona była za widokiem mężczyzny. Panowie nauczyciele, których było niewielu, owiewani byli tęsknymi spojrzeniami, nawet jak mieli 65 lat i gruby brzuch...
Jedyna rozrywka to dyskoteki z męskim LO.
Dziewczyny po jednej stronie, chłopcy po drugiej, zalotne spojrzenia rzucane nad głowami nauczycielek.
Trzymanie się za rękę - czyn niewybaczalny.
Strategie zdobycia chłopaka były różne. Dużo związków zawiązywało się w Oazie czy innych grupach młodzieżowych. Jednak stosunek chłopaków do dziewczyn był wysoce niezadowalający. Braki rynkowe...
W grę wchodzili bracia - takie wymiany były ciekawe. "Lubię cię, to cię bratu przedstawię", ale na uwagę zasługuje strategia pewnej dziewczyny - nazwijmy ją Agata.
Agata szybko zorientowała się, że trudno będzie jej znaleźć chłopaka w obecnych warunkach. Z internatu można było wychodzić tylko na zajęcia dodatkowe lub za zgodą siostry wychowawczyni (to musiały być ważne powody, np. obiad u cioci).
Agata wykminiła więc, że najlepiej szukać na zajęciach pozalekcyjnych. Nie miała szczególnych zainteresowań, więc zapisała się na angielski. Jednak grupa składała się w większości z dziewczyn. Agata zatem usiadła i zastanowiła się gdzie można znaleźć ciekawych, mądrych chłopców, a potem przejrzała możliwości i zdecydowała się na zajęcia z modelarstwa. Była jedyną dziewczyną w grupie. Nie ciekawiło jej to w ogóle, ale uznała, że chłopak, który jest dostatecznie cierpliwy, by sklejać modele, będzie także cierpliwy w innych sprawach. Dodatkowo nie miała zbyt wysokich umiejętności do sklejania modeli, klej zawsze się jej rozlewał, elementy źle pasowały do siebie. Szybko koledzy zaczęli jej pomagać.
Jeden z nich wykazał się największą cierpliwością, dużą wiedzą, życzliwością. Koniec końców zostali razem. Na zajęcia modelarskie Agata chodziła do końca LO i nawet nieźle zaczęło jej iść.
Niedawno ich spotkałam. Drugie dziecko w drodze. Ot, taka strategia sukcesu.
Gdy zamieszkaliśmy razem z chłopakiem, podjęliśmy decyzję o zakupie psa. Wybór padł na golden retrivera. Bardzo lubię zwierzęta, więc to ja zajmowałam się nim jak dzieckiem, kiedy była mała. Wyrósł z niej bardzo fajny psiak, jednak pewnego dnia zaczęła chodzić za mną wszędzie. Węszyła po moich wizytach w toalecie, wkładała pysk w krocze. Nie wiedziałam o co chodzi do momentu, aż okres się spóźniał, a przeprowadzony test wskazywał 2 kreski.
Przewidziała, dziecko nie zmieniło za bardzo naszego życia, mogliśmy sobie na takie dodatkowe wydatki pozwolić, a również każde z nas chciało mieć syna/córkę. Czas ciąży to okres opieki Kai nade mną, gdy mąż krzyknął z bólu, bo nie trafił młotkiem, to Kai do mnie przybiegła w ochronie, siedziała przy mnie i patrzyła co wyprawia mój mąż i czy jestem bezpieczna.
Teściowej nie znosi tak jak ja, gdy jest w odwiedzinach, suczka nie pokazuje się i nie przychodzi na jej zawołania. Gdy pojechałam rodzić, podobno wyła 2 dni bez przerwy, czekała przy drzwiach. Nigdy nie zaatakowała dziecka, kładzie się obok niego i mam pewność, że jest bezpieczne, ufam Kai i wiem, że nic mu nie zrobi, a gdy się budzi, to od razu wiem w postaci podwójnego krótkiego szczekania. Jak już córka (zdrowa, nie hora :p) raczkowała, to Kai kładła się zabezpieczając schody.
Córka również bardzo ją lubi, śpią razem, nawet wodę piją razem z miski psa, ale staram się pilnować, aby do tego nie dochodziło. Kai wie, jaka jest ulubiona zabawka dziecka, zawsze nosi ją za córką. Bardzo kocham naszego psa i mam nadzieję, że gdy córka dorośnie, odwdzięczy się za to wszystko, co zrobił dla niej pies, gdy była mała.
Chyba każdy zna to uczucie, kiedy za dzieciaka stało się przy kasie z zakupami, a rodzic o czymś zapomniał i poszedł na sklep.
No właśnie taką sytuację miałem ja, dorosły. Pojechałem z wtedy dziewczyną i jej matką na zakupy (zakupy były dla nich, ja nic nie kupowałem), w sumie wszystko wydawało się OK, do momentu kiedy w magiczny sposób sobie przypomniały o czekoladzie. Kolejka się skracała, wyłożyłem wszystko z wózka na taśmę i bardzo fajna kasjerka zaczęła kasować. Wszystkiego się zebrało na ponad 600 pln, a ich nadal nie widać. No cóż, żeby nie denerwować wszystkich zapłaciłem i ruszyłem w stronę auta, gdzie "mamusia z córeczką" już czekały na mnie. Myślały, że jestem już przy aucie i przyszły z zakupami, których de facto nie miały. W tym momencie wyczułem, że coś jest nie tak. Zakupy wrzuciłem do bagażnika i dałem paragon, żeby oddały mi hajs, bo nie lubię nikogo sponsorować, szczególnie takimi kwotami. Tu moja cała logika poszła się jebać...
Obie do mnie wyskoczyły z gębą, jak mi nie wstyd prosić o zwrot pieniędzy, przecież nocuję, jem i myję się u niej - całe 2 razy w ciągu roku, a żarcie było paskudne. W kulturalny sposób kazałem im się uciszyć, ale w tym momencie z gęby niedoszłej teściowej padły słowa "zamknij ryj, gówniarzu, to jest twój zasrany obowiązek, żeby nas utrzymywać" (nas czyt. teściowa, 2 nierobów 25 i 30 lat, puszczalska 17 i moja "luba"; ojciec i mąż tej ekipy odszedł widząc co się dzieje).
Kazałem wypier... z mojego auta, zatrzasnąłem bagażnik, a dwie damy czekał spacer 15 km do domu.
Wróciłem do sklepu oddać kilka rzeczy (ubrania i jakieś kosmetyki). Miła pani ekspedientka zabrała towar, a na pokwitowaniu zostawiła swój numer telefonu.
PS Tak, jesteśmy parą i mamy dziecko w drodze
PPS Była próbowała mnie przeprosić za wszytko, ale niestety już miałem ciekawsze perspektywy na życie niż utrzymywanie całkowicie obcych mi ludzi.
Dodaj anonimowe wyznanie