Ostatnio przekomarzam się z domownikami na temat drugiego psa. Ja bardzo chcę go adoptować. Najlepiej największego jaki tylko jest. Oni nawet nie chcą o tym słyszeć.
Jest po 22, dzwoni domofon. Pewnie mama wraca z pracy.
- Bez psa nie wpuszczę - mówię.
- O, to ma pani szczęście. Przyszły nawet dwa. Policja. Proszę otworzyć.
Na szczęście nie do mnie, a chcieli tylko wejść na klatkę ;)
Wyobraź sobie, że masz 13 lat i trafiasz do psychiatryka. Jesteś przerażona, a lekarz ci tego wszystkiego nie ułatwia. Słyszysz, że masz ciężką depresję, skłonności samobójcze i nie potrafisz kochać. A ty nigdy nie chciałaś zrobić nic głupiego, po prostu płakałaś z powodu wyzwisk w szkole.
Lekarz wyzywa cię od zapuszczonych grubasów, całą winę za prześladowania zwala na ciebie, szydzi kiedy się da. Nie wierzy w twoje problemy z potliwością i w to, że dbasz o siebie. Kiedy prosisz mamę, aby przyniosła na widzenie lakier, i wracasz na oddział z ładnymi paznokciami, lekarz przypisuje całą zasługę sobie, bo to dzięki jego terapii chcesz o siebie dbać. Masz ochotę pozbyć się tego, aby ten gnój przestał czuć dumę.
Ciągle grozi ci zgoleniem włosów i myciem siłą, bo za słabo o siebie dbasz. Mówi, że załatwi przeniesienie cię do domu dziecka, bo krzywdzisz rodzinę brakiem miłości. W końcu zabrania ci jakichkolwiek kontaktów z rodziną.
Terapia "działa", już masz myśli samobójcze. Nie jesz, nie myjesz się, w ogóle nie wychodzisz z łóżka. Pielęgniarki wyśmiewają twoje problemy. Nie chodzisz na spotkania, więc psychiatra przychodzi do ciebie, nie masz jak uciec przed jego szyderczym monologiem. Wmawia ci, że jesteś po prostu głupia i leniwa, a niejedzeniem chcesz schudnąć.
Wykorzystujesz nieuwagę pielęgniarki, kradniesz kartę i dzwonisz do mamy. Mówisz, co się tu dzieje, ale ona nie wierzy, psychiatra przecież ci pomaga. Wracasz do pokoju z płaczem i uświadamiasz sobie, że nikt cię nie uratuje.
Nie łykasz leków, które były źle dobrane, i następnego dnia idziesz umyta i ubrana na śniadanie. Walczysz, choć nie jest łatwo, na oddziale nie da rady o siebie dbać tak jak trzeba.
Udajesz, że jesteś zdrowa, choć gnijesz od środka. Każdy twój sukces lekarz przypisuje sobie, a twoja duma tak cierpi, że masz ochotę mu wygarnąć i wszystko zaprzepaścić. Udaje się, wychodzisz. Rodzice dziękują lekarzowi, dają mu prezent. Nie chcą cię słuchać, przecież wyzdrowiałaś.
Udajesz, że wszystko w porządku, bo nie chcesz tam wracać. Leków nie bierzesz, bo tylko pogarszają twój stan, są złe, ale nikt nie chce ci ich zmienić. Gdy chcesz płakać, zadajesz sobie ból, nie masz wyjścia, nikt nie może widzieć twojej słabości. Zaczynałaś jako dziewczynka, która chciała uciec przed wyzwiskami, a teraz jesteś wrakiem. Nie radzisz sobie, marzysz o śmierci, ale już nigdy nie będziesz szukać pomocy, nie wytrzymasz kolejnej "terapii". Najgorsze jest to, że jeszcze przez trzy lata musisz widywać się z człowiekiem, który cię zniszczył i patrzeć na jego dumę z tego co zrobił. Potem już ci wszystko jedno, oficjalnie gnijesz w łóżku z depresją, a rodzice już nie pomogą.
Minęło kilka lat, ale wysyp wyznań o psychiatrykach sprawił, że wspomnienia wróciły. Tego co mi zrobiono, nie da się naprawić. Nie róbcie tego nikomu.
Nie znoszę mojego ojca...
Moja mama urabiała sobie ręce po pachy, by codziennie był w domu smaczny obiad. Gotuje wspaniale. Jej potrawy to jest mistrzostwo. Nigdy nie usłyszałam od ojca, że było dobre, pyszne, ba, nawet, że smakowało. Siada, zjada, obciera gębę i wstaje po piwo do lodówki.
Rocznica ślubu, walentynki?
Zapomnijcie. W zeszłym roku mama tak się postarała. Cały tydzień w porozumieniu z mamą nawijałyśmy z siostrą przy tacie niby mimochodem, że walentynki, że święto zakochanych...
Mama przeszła samą siebie. Kupiła balony w kształcie serc, zapachowe świeczki, ugotowała ulubioną potrawę taty, kupiła jego ulubione piwo...
Wszedł do domu jak gdyby nigdy nic... Rozejrzał się i rzucił tekst:
- A, no tak...Te je**ne walentynki... Nawet miałem ci kwiatka kupić, ale taka kolejka była w kwiaciarni, że mi się stać nie chciało...
Przepłakałyśmy z siostrą pół nocy. Mama pewnie nie. Przyzwyczaiła się do tego, że przypominamy tacie o jej urodzinach, imieninach i tym podobnych rocznicach. Mówi wtedy:
- Aaa... Urodziny masz? A to najlepszego...
I idzie do lodówki po swojego browara.
W tym roku z siostrą nie zdzierżyłyśmy.
Połowa naszych oszczędności zasiliła okoliczną kwiaciarnię.
Za to nasza kochana mama miała najpiękniejsze walentynki w życiu.
Kiedy wróciła z pracy, całe mieszkanie tonęło w czerwonych różach, a w pokoju powitał ją transparent: "KOCHAMY CIĘ, MAMO!".
Siedziała i wyła przez godzinę. A my razem z nią. Obaliłyśmy w międzyczasie dwie flaszki zajebiście drogiego wina.
Po czym tata wrócił z pracy, rozejrzał się i spytał:
- A co wy takie zaryczane? A, no tak. Walentynki, a wy obie chłopów nie macie... A obiad to jakiś jest?
Przysięgam... Kiedyś go otruję...
Jestem kobietą w średnim wieku. Pracuję w sklepie spożywczym. Sytuacja finansowa w domu ani nie jest zła, ani nie opływamy w luksusy, jakoś starcza do następnej wypłaty. Tyle słowem wstępu.
Nigdy nie byłam orłem szkolnym, raptem z kilku przedmiotów miałam w miarę dobre oceny. Parę miesięcy temu podjęłam decyzję, że chcę się nauczyć języka obcego, ale nie byle jakiego, chodzi mianowicie o język chiński. Dlaczego? Częściowo kaprys, częściowo chciałabym zmienić pracę i spróbować sił w firmie, dla której jest to bardzo duży atut, co za tym idzie zwiększyć swoje szanse. Gdy powiedziałam o tym przyjaciółkom i rodzinie, niemal wszyscy mnie wyśmiali, syn powiedział nawet, że na starość zwariowałam. Docinki na ten temat wśród znajomych do tej pory się pojawiają. Tylko mąż ucieszył się, stwierdził, że to bardzo dobrze, że chcę się rozwijać i że mam jego wsparcie.
Ustaliliśmy, że będziemy odkładać trochę pieniędzy, żeby zebrać pieniądze na jakiś porządny kurs, niestety w międzyczasie mieliśmy trochę problemów rodzinnych i oszczędności musieliśmy przeznaczyć na inne cele. Trochę było mi smutno, ale firma którą miałam na myśli dobrze prosperuje, więc uznałam, że to nie ucieknie i prędzej czy później będą potrzebować pracownika, jak nie w tym roku, to w następnym.
Po co to wszystko opisuję? Żeby łatwiej było wam zrozumieć, co zrobił mój mąż. Postanowił sam nauczyć się chińskiego, żeby móc mi pomóc, kupił kilka używanych książek i posiłkując się internetem nabył trochę wiedzy. Oczywiście, jak sam przyznaje, nie jest jakimś specjalistą, ale jestem z niego bardzo dumna, że zna na pamięć już prawie tysiąc znaków :) Może to nie jest taki kurs jaki planowaliśmy, ale lekcje trwają i cieszę się, że jest w moim życiu ktoś, kto mnie potrafi wesprzeć - i to nie tylko słowem, ale i czynem.
Historia, którą opiszę miała miejsce dobrych parę lat temu.
Mieszkam w bloku, gdy miałem 14 lat zaczęli ocieplać elewacje i wiadomo jak to wygląda, dużo panów kręci się dookoła klatki, chodzą po rusztowaniach itp.
Pewnego razu zostałem sam w domu i jak to w wieku dojrzewania wygląda... Zamek w drzwiach zamknięty i już "spodnie przy kostkach". Wszystko byłoby OK, gdyby nie fakt, że zapomniałem zasłonić rolety i w trakcie "zabawy" usłyszałem śmiech.
Jak się okazało, towarzystwo miałem na balkonie i nie był to prywatny seans. Zachowując stoicki spokój podjechałem na fotelu tyłem pod okno i je zasłoniłem, jednak od tamtej pory miałem dziwną niepewność, czy mnie rozpoznają.
Zakupiłam nowy telefon. Jak to bywa, musiałam wszystko przenieść ze starego na nowe urządzenie. Więc na starym zaznaczyłam tekst i dałam kopiuj, a na nowym wcisnęłam wklej...
Minęło sporo czasu, zanim się wyczaiłam czemu wkleja mi się zupełnie coś innego. :D
Tak, jestem blondynką. ;)
Żeńska część czytelników pewnie pamięta witrynę "Stardoll" - stronę internetową, na której można było kupować swojej podobnej do barbie postaci ubrania, robić makijaż i zapełnić meblami apartament. Jako dziewczynka uwielbiałam tę stronę i spędzałam na niej każdą chwilę, w której udało mi się trzymać rozpuszczone rodzeństwo na dystans od przedpotopowego laptopa. Łowienie okazji w internetowym sklepie z posklejanymi z pikseli sukienkami, ubieranie po raz dziesiąty tej samej gwiazdy w jeden z prawie identycznych kompletów? To było moje życie.
Był tylko jeden problem - konto premium, a raczej jego brak; konieczne, żeby kupować większość ubrań, mieć więcej pokoi, moc samej projektować coś poza rajstopami i szalikami (autentyk). Miesięczny dostęp można było otrzymać między innymi przez wpisanie kodu otrzymanego po wysłaniu SMS-a, płatnego pewnie kilkanaście złotych.
Więc co robiłam, chcąc zyskać dostęp do konta premium najbardziej na świecie? Podbierałam rodzicom telefon? Chociaż im o tym powiedziałam, z nadzieją, że wydadzą na mnie tę horrendalną kwotę?
Nie, grzeczne dziecko przez dwa lata regularnie ślęczało nad okienkiem do wpisywania kodu, który miał przyjść SMS-em, próbując go zgadnąć.
Kochani rodzice.
Od urodzenia rodzice kładli na mnie dużą presję. Byłam ciągle porównywana do dzieci ich znajomych, klasowych prymusów, do moich kuzynów. Wychowywali mnie bardzo twardą ręką, chodziłam jak w zegarku i zawsze, ale to zawsze bardzo uważałam na to co mówię i robię. Wystarczyło jedno złe głowo, gest - a w domu czekało na mnie srogie lanie.
Lata leciały, rodzice wymagali coraz więcej, a ja nie byłam w stanie sprostać ich wymaganiom. Odkąd sięgam pamięcią zawsze miałam problem z nauką. Już w przedszkolu zwracano na to uwagę, ale zamiast korepetycji dostawałam lanie za to, że się nie uczę. Nie interesowało ich to, że czegoś nie rozumiem - ich to gówno obchodzi, mam się uczyć, a jak nie będzie świadectwa z paskiem, to całe wakacje spędzę w książkach. I nigdy go nie miałam. Na tydzień przed maturą codziennie wymiotowałam ze strachu, w głowie cały czas słyszałam jak rodzice wrzeszczą, że ich córka będzie sprzątać klatki schodowe, bo jest nieudacznikiem i zawsze musieli się za nią wstydzić.
Przez nich i ich terror nabawiłam się nerwicy i depresji. Pomimo tego, że kończę już studia, mam narzeczonego, czuję się jak małe, bezradne dziecko. Wszystkiego się boję, chodzę spięta jak guma w majtkach, a moja samoocena jest na poziomie -100000000. Ustne prezentacje to koszmar, każda kończy się łamiącym głosem, bordową twarzą i ogromnym stresem.
Dlaczego tym się z wami dzielę? Dzisiaj spotkałam znajomą rodziców. Przez prawie godzinę mówiła mi jacy są cudowni i jak wspaniale mnie wychowali. Szkoda, że przez nich nabawiłam się nerwicy i depresji. Mam 24 lata, a widok skórzanego paska z metalową sprzączką przywraca wspomnienia jak bardzo bolało, kiedy ojciec mnie nim lał, a matka mnie trzymała i zamykała ręką usta. Przez nich nienawidzę siebie. Jak słyszę, że klaps jest dobrą metodą wychowania, to krew mnie zalewa.
Sytuacja wydarzyła się, gdy miałem około 9 lat i bawiłem się z kuzynem na działce w chowanego. Zachciało mi się kupę, a jako że schowałem się za budą jego psa, to postanowiłem zrobić dwójeczkę. Kał był dość rzadki, ale nie miałem biegunki.
Kuzyn mnie znalazł za tą budą, więc pokazałem mu "dziwną kupę psa". Pobiegł natychmiast do mojej cioci i pojechali do weterynarza.
Okazało się, że piesek miał chorobę zapalną jelit.
Tak go "uratowałem". Do dziś nikt nie wie, czyja to była sprawka.
PS: Mi nic nie było, a piesek wyzdrowiał. :)
Jestem uzależniona od orgazmów. Dzień bez chociaż jednego to dzień stracony.
Mój narzeczony jest ze mną od trzech lat, dobrze wie, że jestem napalona zawsze i wszędzie i gdybym mogła to kochalibyśmy się codziennie.
W czym problem?
1) Narzeczony ma jedno jądro, nie jest tak często "sprawny" jak ja tego potrzebuję.
2) Nie jest obdarzony szczególnie hojnie, technikę ma średnią, jest krótkodystansowy. Nie mam nic do tego, poza tym, że mi to po prostu nie wystarcza... Kocham go i nie jest to dla mnie szczególnie istotne, schodzi na dalszy plan, mimo tego...
3) Mogę policzyć na palcach jednej ręki orgazmy, które osiągnęłam z nim w trakcie stosunku.
4) Narzeczony bardzo rzadko "zabiera się do mnie" z własnego widzimisię.
5) Jest fanem miłości oralnej, której mu nie żałuję, jednak nie odwzajemnia mi tego. Nie pamiętam kiedy zrobił to mi. Naprawdę.
Męczę się z tym. Kiedy wychodzi, "spuszczam ciśnienie", nieważne o której godzinie i na ile wyszedł. Jestem w stanie wyrobić się w ciągu 15 minut i mieć spokój na dzień, góra dwa. Nie mam z tego satysfakcji, dalej czuję "pustkę" i "wewnętrzny głód".
Niektórzy mówią, że to skarb mieć taką dziewczynę. Nieprawda. On nie ma siły, żeby sobie ze mną "poradzić". To drugi mój partner z takim problemem, poprzedni był w pełni sprawny.
Nigdy nie zdradziłam ani jednego, ani drugiego i nie planuję tego zrobić, prędzej pozbawię się źródła kłopotów. Nikt o tym nie wie. Jestem niewyżyta seksualnie...
I jest mi strasznie wstyd, że "taka jestem".
Dodaj anonimowe wyznanie