Kiedyś w hipermarkecie przez przypadek stanęłam w kasie pierwszeństwa dla kobiet w ciąży.
Bardzo się wtedy śpieszyłam, więc wciągnęłam powietrze i wydęłam swój brzuch, żeby mnie nie wyproszono z tej kolejki.
Na szczęście podziałało ;)
Kiedy byłem w liceum, bardzo chorowałem. Doszło nawet do sytuacji, że zabrała mnie w dość nieładnym stanie karetka ze szkoły, było spore zamieszanie, cała szkoła wiedziała, że kogoś zabrali, nawet były plotki, różnego rodzaju. Od "bycia pijanym" do "nie ma już go z nami". Spędzałem tonę czasu w różnych szpitalach i klinikach, często łapałem infekcje, ale w końcu się wyleczyłem. Problemem okazało się pierwsze półrocze, bo już w październiku opuściłem cały miesiąc szkoły. Potem zdarzały się jeszcze kilkudniowe nieobecności, sporo się tego nazbierało, ale zaległości udało mi się ciężką pracą nadrobić. Ale nie o tym.
Na apelu po półroczu dyrektor ogłaszał typowe sprawy. W tym frekwencję. Wyczytał parę osób, po czym wygłosił kazanie o "tym najgorszym wagarowiczu" i o tym, że grozi mu wywalenie ze szkoły i będzie o tym osobiście rozmawiał z rodzicami.
Po czym wyczytał moje nazwisko...
Moja wychowawczyni podbiegła do niego i powiedziała szybko, tak, że było słychać na całej sali gimnastycznej "Panie dyrektorze, to ten co tak choruje". Dyrektor powiedział tylko "aha, przepraszam" i kontynuował. Wszyscy zerkali w moją stronę.
Nigdy nie było mi tak wstyd.
Mam brata bliźniaka. Jesteśmy do siebie zabójczo podobni zarówno z charakteru, jak i z wyglądu.
Nie pamiętam już w której klasie podstawówki mieliśmy napisać "kto jest naszym autorytetem i dlaczego". Moja praca była najkrótsza:
"Moim autorytetem jest mój brat X, ponieważ jest taki sam jak ja, ale niegrzecznie byłoby napisać, że sam jestem dla siebie autorytetem".
Dostałem jedynkę :(
Gdy byłam mała, często w przedszkolu na podwieczorek dostawaliśmy monte. Wszyscy byliśmy ich wielkimi fanami. Zawsze gdy to się działo krzyczałam, że kto pierwszy zje, ten jest najlepszy i najfajniejszy. Gdy wszyscy rzucali się i momentalnie zjadali swoje posiłki, ja swojego nawet nie ruszałam, by móc potem delektować się powoli i patrzeć w oczy tym, którzy swojej pyszności już nie mieli. Wiedziałam, że cierpią.
Mój syn ostatnio przyniósł uwagę ze szkoły. Sytuacja wyglądała tak, że syn rzucił jakiś papier obok kosza, a na uwagę pani sprzątaczki, żeby to podniósł i wyrzucił do kosza, odpowiedział "Sama to wyrzuć". No cóż, pewnie obecność kolegów go ośmieliła. Machina ruszyła, sprzątaczka poszła na skargę do wychowawczyni (młoda, niedoświadczona jeszcze), a ta wpisała uwagę i sprawa niby załatwiona. Nie dla mnie...
Szczerze powiem, że wściekłam się, i to ostro. Na syna, bo naprawdę staram się uczyć go szacunku do wszystkich i mocno się zawiodłam jego zachowaniem, ale i na reakcję wychowawczyni po części też. Z młodym porozmawiałam sobie o pracy innych i szacunku do starszych, a także o tym, że chęć popisania się w obecności kolegów nie jest nigdy dobrym rozwiązaniem. I postanowiłam interweniować w szkole.
Najpierw porozmawiałam z wychowawczynią i powiedziałam, co myślę o takim karaniu uczniów. Potem poszłam do pani dyrektor. Weszłam do gabinetu, opisałam sprawę i powiedziałam, że jak dla mnie, to taka kara jest absolutnie nieadekwatna i poprosiłam o jej zmianę. Początkowo pani dyrektor była mocno zdziwiona, ale po tym, jak wytłumaczyłam mój punkt widzenia, zaskoczona zgodziła się na moją propozycję.
Otóż mój syn przez tydzień codziennie po lekcjach spędzał godzinę pomagając pani sprzątaczce zamiatać szkołę i sprzątać klasy. Uznałam, że o uwadze zapomni, a taką lekcję zapamięta sobie do końca życia. I mówcie co chcecie, ale chyba poskutkowało, bo od wychowawczyni wiem, że teraz sam ściga inne dzieciaki za śmiecenie ;)
Jestem kobietą i chyba jestem materialistką...
Ważną informację w tej historii stanowi fakt, że niedawno otrzymałam dosyć spory zastrzyk gotówki. Wspólnie z mężem ustaliliśmy, że odłożę te pieniądze, ponieważ on zarabia całkiem dobrze i żyjemy na niezłym poziomie.
Oboje mamy oddzielne konta, ja nigdy nie wtrącałam się w stan finansów męża, natomiast o swoich mówiłam mu bardzo otwarcie. Jako że obecnie wychowuję nasze dziecko, jestem na urlopie macierzyńskim i otrzymuję tylko "najniższą krajową". Co za tym idzie, opłacenie rachunków leżało bardziej na barkach męża, ja swoje środki przeznaczałam na drobne wydatki, codzienne zakupy do domu itp.
Ostatnio zdarzyło się tak, że mąż poprosił mnie o pieniądze na naprawę samochodu: "Aaa, bo ty przecież dostałaś, a ja mam na lokacie, nie mogę teraz wypłacić, ale później ci oddam". OK, dałam. Nie oddał i co? Będę się upominać? Samochód wspólny...
Jakiś miesiąc później podobna sytuacja. Mamy kupić dosyć drogi sprzęt do domu, teściowie obiecali, że nam zasponsorują w prezencie, więc jedziemy szczęśliwi kupić. Mąż mówi, że nie ma pieniędzy, jak kupię, to mi odda. OK, kupuję. Nie oddał... Teściowie się szczycą przed rodzinką, że zrobili nam taki prezent, a ja nie wiem, czy dali na to pieniądze i co w takim razie zrobił z nimi mąż? Głupio mi zapytać, staram się nie myśleć o tym, w końcu to wszystko NASZE, wspólne...
Dziś znów mąż powiedział do mnie "Kochanie, pożycz, oddam".
Pożyczyłam. I jestem teraz tak sfrustrowana, że aż bez powodu nakrzyczałam na dziecko.
I teraz nie wiem, czy przesadzam i jestem materialistką... czy mam rację, że się denerwuję, w końcu skoro mąż zarabia 4 razy tyle co ja, to dlaczego wciąż bierze pieniądze ode mnie? Z funduszy, które miały leżeć spokojnie odłożone...
Wiem, że jak się go o to zapytam, to powie znów "mam na lokacie". Co mam mu powiedzieć? "Udowodnij mi to?".
Chyba czeka mnie poważna rozmowa...
Mam 30 lat i jestem nauczycielem języka angielskiego w gimnazjum. Kocham to! Codziennie kiedy wchodzę do szkoły czuję, że jestem na właściwym miejscu i jestem szczęśliwy. Z około 1/4 szkoły mam wypracowane powitanie, np. Kamil-żółwik, piątka, podskok. Nic mi nie sprawia takiej przyjemności jak przebywanie z uczniami i możliwość pomocy im. Zostać dwie godziny dłużej i coś wytłumaczyć? Nie ma sprawy. Pożyczyć pieniądze, bo zapomniałeś śniadania? Jasne. Chcesz się wygadać? Wiesz, gdzie mnie szukać. Oni są dla mnie jak rodzina. Moja żona w pełni akceptuje to, że na przykład wróciłem w poniedziałek o 19, bo Oliwier ma problemy w domu i chciał porozmawiać. Chcę po prostu, żeby czuli, że moją kogoś, kto jest dla nich i do kogo zawsze mogą przyjść.
Możecie sobie teraz wyobrazić, jak bardzo się ucieszyłem, kiedy zadzwonił do mnie mój były uczeń (teraz 19 lat) i poprosił o spotkanie.
Wszedłem do kawiarni i natychmiast go przytuliłem. To, co mi wtedy powiedział, zapamiętam do końca życia.
- Dałeś mi rodzinę, zaakceptowałeś mnie, pozwoliłeś mi być sobą. Do tej pory przy nikim się tak nie otworzyłem. Tego dnia, kiedy wychodziłem z płaczem ze szkoły, bo zadzwoniła do mnie siostra, że ojciec znowu uderzył mamę i się wyprowadził, chciałem to skończyć. Gdybyś mnie wtedy nie przytulił i nie uspokoił, już dawno bym nie żył. Kocham cię tak jak powinienem kochać swojego ojca.
Dla takich dzieciaków jak on wstaję codziennie z uśmiechem na ustach...
Moja najlepsza kumpela jest w ciąży. Koniec 8 miesiąca, więc niejeden zawodnik sumo bałby się podejść.
Tego pięknego zimowego poranka jechałyśmy tramwajem - ja do pracy, ona do lekarza. Był już prawie nasz przystanek, więc zaczęłyśmy się zbierać do wyjścia, ale ludzi było dużo, a kumpela powolna, więc tramwaj zdążył się zatrzymać. My w połowie drogi do wyjścia, na szczęście większość pasażerów zdążyła wysiąść, kiedy zjawia się ONA. 60+, kudłate futro i reklamówka. Wypatrzyła miejsce zwolnione przez nas i dawaaaj sprint przez cały tramwaj.
Niby nic, normalka, tylko że na jej drodze stała moja sumo. Zarobiła od mohera łokciem prosto w brzuch.
Nie namyślając się ani sekundy, przywaliłam babci torebką.
Moja siara sprzed lat.
Dzwoni telefon.
- Dzień dobry, czy to mieszkanie pana XYZ? (chodziło o faceta mojej mamy).
- Tak, zgadza się, ale go nie ma w domu.
- Rozumiem, a kim pani jest dla tej osoby? (następuje zaciemnienie umysłu).
- Ja... ja, ja...!!! JA NIE WIEM KIM JESTEM!!!
Pip, pip, pip, pip... Nie zadzwonił więcej.
Jestem wielką fanką włoskich placków z dodatkami. Mieszkam niedaleko pizzerii i regularnie uzupełniam tam kalorie.
Pewnego dnia usłyszałam dzwonek do drzwi. Otworzyłam i zobaczyłam dobrze znanego mi dostawcę z kartonem dużej pizzy w ręce. Zrobiłam duże oczy, bo nie zamawiałam pizzy (miałam zamiar, ale tego nie zrobiłam). Donosiciel z pizzerii powiedział, że placek już opłacony i nie pozostaje mi nic innego, jak usiąść i żreć.
Robiłam kilka podejść do tego cudownie pachnącego pudełka. Najpierw pomyślałam, że to jakiś dziwny rodzaj promocji, później, że ktoś może robi sobie ze mnie jaja i do pizzy dodano jakiś środek przeczyszczający... albo gorzej. Ostatecznie stwierdziłam, że pizza to pizza i jeśli umrę po zjedzeniu jej, to umrę szczęśliwa.
Przez kilka tygodni sytuacja się powtarzała. Co środę w drzwiach stał dostawca z pizzą, opłaconą przez anonimowego aniołka.
W jedną taką środę, na pudełku znalazłam napis: "jeśli pizza smakowała, zadzwoń" i numer telefonu.
Zadzwoniłam.
Okazało się, że darczyńcą był mój dobry znajomy, który jak mówił, zakochał się we mnie, ale nie miał odwagi, żeby zagadać czy użyć innych, bardziej konwencjonalnych metod. Powiedział, że wpadł na pomysł z pizzą, bo wiedział, że często tam zamawiam i stwierdził, że nawet jeśli mnie to nie ruszy, to przynajmniej przytyję i może przestanę mu się podobać.
Serce mi zmiękło, a że nie miałam nikogo, postanowiłam spróbować, a nuż po jakimś czasie też się zakocham? I tak zostaliśmy parą.
Aktualnie nie jesteśmy razem, bo oboje stwierdziliśmy, że nie jesteśmy dla siebie stworzeni i wolimy być dobrymi przyjaciółmi.
Dodaj anonimowe wyznanie