Moi rodzice wypijają codziennie 12 piw. 12 piw na głowę.
Tata codziennie wychodzi o 17 kupić 24 piwa. Kiedy wychodzę z psem, okoliczne dzieciaki wyzywają mnie od patologii.
Próbowałam to zmienić, poszłam po pomoc do rodziny. Próbowałam zgłosić się do MOPS-u. Żadne moje próby nie przynoszą nic.
Wiecie, żyjąc z tym od 16 lat da się przyzwyczaić. Nawet jeżeli rodzice chlają te 12 piw dzień w dzień, to nie są ultra napici, nie ma agresji.
Najgorszy jest ten cholerny dźwięk. Dźwięk butelek piwa, ich brzęk. Dziennie słyszę go minimum 3 razy - pierwszy, najgłośniejszy, kiedy tata pakuje 24 puste butelki do reklamówki przed wyjściem do sklepu. Drugi, również głośny, kiedy po powrocie upycha to wszystko w wolne miejsca w lodówce. I na koniec te cichsze, za każdym razem przy wyjmowaniu butelki z zapełnionej lodówki.
Te dźwięki doprowadzają mnie do szału. Potrafię siedzieć spokojnie, wesoła, z naprawdę dobrym humorem cały dzień, aż usłyszę ten odgłos szkła - momentalnie staję się agresywna, często wybucham płaczem, co jakiś czas wpadam w histerię.
Bardzo boję się, że kiedyś będę gdzieś ze znajomymi i któryś z nich przyniesie piwo, a ja po usłyszeniu charakterystycznego brzęku wybuchnę przy nich.
Rozmowy z rodzicami były, było wszystko, co tylko przyszło do głowy mi, ludziom w internecie czy osobie z telefonu zaufania. Było wszystko, tak jak jest i alkohol.
Sporo lat temu moi rodzice wybudowali dom dwurodzinny. Druga część domu była z myślą o mnie. Niby są dwa mieszkania, ale z częścią wspólną, wspólnym podwórkiem, tarasem. Ja brałam aktywny udział w budowie domu, woziłam materiały, pomagałam w załatwianiu urzędowych spraw, a kiedy zaczęłam pracować, wykończyłam swoją część domu i zamieszkałam tam z mężem, wkrótce urodziło nam się dziecko. Żyło nam się spokojnie, ale formalnie dom należał do rodziców, bo byłam i tak jedyną spadkobierczynią, więc wiadomo, że będzie to moje.
Po śmierci mamy 1/4 domu notarialnie przeszła na mnie, pozostała część nadal należała do taty. Nadal żyliśmy w harmonii, pomagając sobie wzajemnie, wzorowa rodzinka.
A jakby tak było nadal, nie miałabym o czym pisać. Pewnego dnia do części taty sprowadziła się kobieta. Koleżanka z pracy, która tylko czasowo miała zamieszkać, bo nie ma się gdzie podziać, jej narzeczony zginął w wypadku, nie stać jej na wynajmowanie dotychczasowego mieszkania, więc mój tata, dobry człowiek, przyjął ją do siebie. Szybko okazało się, że narzeczony pozostawił coś po sobie - ciążę. Nie wiem, jak ona to zrobiła, ale mój ojciec, zawsze bardzo racjonalny człowiek, pomimo dużej różnicy wieku (bo ona jest młodsza ode mnie!) postanowił się z nią ożenić. Dowiedziałam się o tym kilka dni przed ślubem, nie dało się ojcu nic wyperswadować. Urodziły się dzieci (sztuk dwie), tata uznał je za swoje.
Kobieta bardzo się zmieniła - stała się bardzo roszczeniowa, ze mną weszła na wojenną ścieżkę, zaczęła wykorzystywać wszystkich. Szczerze się obydwie nie znosimy. Męczymy się już tak kilka lat.
Tata jest już mocno starszym i mocno schorowanym człowiekiem. Ile jeszcze pożyje - nie wiadomo. Po jego śmierci jego część domu zostanie podzielona na 4 części - z czego 3 części przypadną jej i jej dzieciom, jedna dla mnie. We własnym domu - w który włożyłam dużo pracy, serca i pieniędzy - będę tylko współlokatorką z osobą, której nie znoszę. Sprzedać swojej części nie mogę, ona mnie nie spłaci, bo nie ma z czego, ja jej też - zresztą ona wcale nie chce rozmawiać o takiej ewentualności. Jesteśmy skazane na siebie na wiele lat, nie wiadomo, czy po śmierci taty nie sprowadzi do tego domu jakiegoś nowego męża i jaki on będzie. Części wspólnej domu nie da się tak rozdzielić, żeby nie spotykać się. Można się tylko unikać. I tak do końca życia...
Jestem w 7 miesiącu ciąży, wyglądam jak wieloryb. Czasem nawet dla żartu wołam do męża, by dzwonił po Greenpeace, bo już się nie podniosę z łóżka. Ogólnie pomimo tych gorszych dni, staram się szukać plusów w każdej sytuacji.
Ostatnio jednak spotkała mnie dość przykra sytuacja. Każda pani, która miała lub ma pokaźny brzuszek, rozumie jak ciężko jest założyć normalne buty. Człowiek chce się schylić, a tu przeszkadza mu wielki, twardy brzuch.
Będąc w domu założenie buta nie jest takie upierdliwe. W domu mogę się położyć, poprosić o pomoc lubego, lub zwyczajnie powyginać się pokazując przy tym swoje wszystkie "walory".
Dużo słyszy się o moherach, które jeszcze cię zwyzywają za bycie w ciąży. Zazwyczaj większość taki rzeczy kończy się triumfem starszej pani, chyba że do dyskusji włączy się mężczyzna.
Idąc do sedna historii: upał, zaduch i idę ja, orka. Wachluję się ulotką, by przypadkiem nie zemdleć, do domu jeszcze dwie ulice. Przystanęłam by złapać oddech, gdy nagle poczułam, że lecę. W ostatniej chwili złapałam się płotu. Przed oczami ciemno i nagle zaczyna się potok niepochlebnych słów. Dwie starsze kobiety dosłownie opieprzały mnie za to, że stanęłam na ich drodze, że jestem niepoważna, a potem na dodatek zaczęły psioczyć o tym, że nie mam... obrączki na palcu, a mam taki brzuch.
I tak stały nade mną, ja bez buta, zdyszana, trzymająca się płotu i one. Dosłownie miałam ochotę położyć się na ziemi i albo umrzeć, albo zacząć rodzić.
I nagle moim wybawcą nie okazał się ksiądz, Seba, jakiś starszy pan czy Karyna z dzieciątkiem, tylko... grupka nastolatek.
Grupka młodych dziewczyn, które od razu podeszły do mnie, ignorując starsze panie.
Wiem, że jedna z was mówiła o Anonimowych, gdy mnie odprowadzałyście. Dziewczyny, uratowałyście mi wtedy dosłownie życie. Mam nadzieję, że jeszcze kiedyś was spotkam!
4 lata temu przeprowadziłam się do własnego mieszkania do dużego miasta. Moi sąsiedzi przyjęli mnie bardzo życzliwie i zaprosili na 15 rocznicę swojego ślubu. Dla mnie to było ogromne wyróżnienie! Wiedząc, że przygotowanie takiej uroczystości na 30 osób to duże wyzwanie, postanowiłam pomóc pani domu. Mocno mnie zdziwiło, że jej dzieci, Marek lat 14 oraz Ania lat 12, cały czas siedziały na kanapie i nic nie robiły. Stwierdziłam, że nie moja sprawa i nie będę się wtrącać w wychowywanie cudzych dzieci. W połowie imprezy chłopak przyszedł do matki i zapytał, ją czy może mu nalać wody. Był to dla mnie szok, ze dziecko nie wie nawet gdzie są szklanki, w końcu mieszkają razem. Gospodyni wyjaśniła mi, że jej dzieci są dla niej najważniejsze i nie mogą nic robić.
Jak dla mnie to było dość dziwne, ale byłam pierwszy raz u sąsiadów i nie chciałam ich pouczać, tym bardziej że byli wobec mnie bardzo mili. Po kilku tygodniach mieszkania na tej samej ulicy (ja w niedużej kamienicy, oni w domku naprzeciwko) zaczęliśmy się spotykać coraz częściej. Przyjaźń rosła, ja się cieszyłam, że znalazłam życzliwe osoby.
Po pewnym czasie przyszedł do mnie Mark i ze łzami w oczach żalił mi się, że matka nie pozwala mu nic robić, a on jedzie na obóz w wakacje i znów dzieci będą się z niego śmiały. Żal mi się zrobiło chłopaka, więc pokazałam mu jak myje się naczynia, segreguje śmieci, prasuje, pierze, a nawet kiedyś z jego siostrą zrobiliśmy pizzę! Wszystko trwało z pół roku. Niestety moje zachowanie nie spodobało się matce chłopaka, która oskarżyła mnie o molestowanie jej dzieci, gdy tylko dowiedziała się, że jej dzieci sprzątają po sobie :). Sprawa była dla mnie naprawdę przykra, rozniosło się nie tylko po naszej ulicy, ale dotarło nawet do mojej pracy. Było to bardzo upokarzające. Dzieci nie sprzeciwiły się matce i poparły jej oskarżenia.
Sprawa trafiła do sądu, po roku zostałam oczyszczona z zarzutów tylko dzięki badaniu psychologicznemu dzieci! Wszyscy szli w zaparte, że jestem pedofilem. Co wtedy przechodziłam nawet nie chce wspominać. Wszyscy sąsiedzi rzucali we mnie nie tylko wyzwiskami.
Rok temu napisał do mnie Marek, chciał naprawić relacje i przeprosić. Może faktycznie zrozumiał swój błąd, w końcu był dzieckiem pod mocnym wpływem matki, ale ja nie chcę mieć z nimi nic wspólnego. Presja jaką na mnie wywarli zmusiła mnie do zmiany pracy i wyprowadzki, gdy tylko znalazłam kupca na mieszkanie.
Matka Marka odpowiedziała za składanie fałszywych zeznań (nie mogłam sobie tego darować), lecz nigdy nie będzie się to równało z tym, co mnie spotkało. Jak się tłumaczyła? ŹLE ZROZUMIAŁA OPOWIEŚCI DZIECI. Franca wszystko zmyśliła, a mi nie wierzył nikt…
Przez trzy lata pracowałam w niedużej firmie. Włączając szefową, było jedenaście młodych kobiet. Od samego początku zauważyłam, że relacje w pracy są na poziomie liceum, ale nie przeszkadzało mi to. Mogłyśmy poplotkować o mężach, chłopakach, trochę o studiach. Atmosfera była świetna. Do czasu.
Jako że byłam wtedy świeżo zatrudnionym pracownikiem, szanowne koleżanki postanowiły urządzić integrację. Miałyśmy pojechać do klubu oddalonego o 30 km od naszej miejscowości. Trochę się zdziwiłam, toć przecież u nas w mieście miałyśmy 3 fajne dyskoteki do wyboru i masę innych rozrywek, ale OK. Głupio mi było jako jedynej się sprzeciwić. Mój chłopak zawiózł cztery z nas, reszta miała się dostać z dwójką mężów pozostałych koleżanek.
Na początku było fajnie, darmowe drinki, śmiechy, rozmowy itd., jednak po północy jakby sam diabeł w nie wstąpił. Jedna zdradziła narzeczonego, inna upiła się do nieprzytomności i zasnęła przy stole, jeszcze inna zgubiła się gdzieś i za żadne skarby świata nie mogłam jej znaleźć, kolejna obmacywała się z jakimś grubo starszym gościem na parkiecie. Pragnę podkreślić, że wszystkie byłyśmy w stałych związkach. OK, to niby nie moja sprawa, co kto robi, ale i tak czułam się dziwnie nieswojo, oglądając to wszystko. Ot, z fajnych koleżanek wyszły podstępne kurwiszony. Trochę przykro. Poprosiłam chłopaka, by po mnie przyjechał. Zgarnęliśmy te najbardziej upite koleżanki i zawieźliśmy je do domu.
Pojutrze, w poniedziałek, znowu były normalnymi koleżankami. Po miesiącu jednak ponownie zaczęły się nalegania na imprezę. Grzecznie odmówiłam, tłumacząc się wizytą rodziców chłopaka. Mocno wtedy odczułam, jak to jest być wykluczonym. Przestały się do mnie odzywać, a nawet robiły na złość. Nawet szefowa starała się mnie za wszelką cenę zgnoić. Całą sobą mówiły mi, że mnie tu nie chcą, nie należę do "paczki" i najlepiej gdybym się zwolniła. Oliwy do ognia dodawał fakt, że za każdym razem, gdy ponawiały próbę integracji, odmawiałam zawczasu.
Wytrzymałam tam jeszcze rok i odeszłam. Wszyscy naokoło mi się dziwili dlaczego, przecież taka fajna praca, ale nie mogłam tam już wytrzymać. Nie mogłam spojrzeć w oczu któremuś z ich mężów i wiedzieć, że ich żona puszcza się na dyskotekach. Straszne. Ostatnio napisał do mnie mąż jednej z koleżanek. Pilnie potrzebuje jakiegoś świadka, który widział zdrady żony, ponieważ się rozwodzą i chce orzec jej winę. Sama nie wiem, czy powinnam się na to zgodzić i opowiedzieć wszystko to, co wiem. Myślałam, żeby napisać anonimowy list, ale nie wiem, czy podobne zeznanie przejdzie w sądzie.
Kiedy byłam dużo młodsza, nie pamiętam dokładnie ile miałam wtedy lat, około 8, 9 może 10, pierwszy raz znalazłam kasetę z pornografią (to były początki internetu, więc naprawdę garstka osób go miała, a jedyny sposób na oglądanie tego typu filmów to kasety lub gazetki). Kasetę znalazłam przez przypadek, kiedy podczas zabawy pod nieobecność rodziców wygrzebałam ją z ich szafki. Jako ciekawa dziewczynka oczywiście ją włączyłam. Po obejrzeniu CAŁEJ kasety wpadłam na pomysł, że też chcę być jak ta pani.
Wyciągnęłam mały aparat cyfrowy (taki, na którym można już było nagrywać, ale nie było dźwięku) i postanowiłam nagrać siebie nago. Kiedy już znudziła mi się zabawa, postanowiłam ukryć ślady. I tu się pojawił problem. Aparat, którym nagrywałam, albo nie miał możliwości usunięcia filmu, albo jako dziecko nie umiałam tego zrobić. Spanikowałam. Wolę nie myśleć, co by się stało, gdyby rodzice zobaczyli film z małą gołą mną, która się dotyka jak pani z kasety na własnym aparacie. Wyrzuciłam aparat przez okno. Tak. Wyrzuciłam go z 5 piętra z nadzieją, że się rozwali. Rozwalił się.
Rodzicom powiedziałam, że wypadł mi przez przypadek, kiedy robiłam zdjęcia przez okno. Nie wiem, czy uwierzyli. Nigdy nikomu o tym nie powiedziałam.
Mam pewną koleżankę - Kasię, której poczucie humoru jest wyjątkowo cyniczne. Potrafi z absolutnie poważną mina powiedzieć rzeczy, które mimo że są jedynie żartem, mogą zabrzmieć naprawdę serio. Ostatnio poszłam z nią do supermarketu po jakieś większe zakupy. Kiedy wracałyśmy, przypomniałam sobie, że miałam kupić piwo miodowe dla mojego brata. Na szczęście akurat po drodze mijałyśmy duży sklep z alkoholami i tytoniem.
W środku zaczepiła nas sympatyczna pani hostessa zatrudniona do promowania nowej marki papierosów. Wiadomo – dziewczyna zadaje kilka pytań, a następnie daje klientowi w „prezencie” paczkę fajek. Oczywiście zaczepiła i nas. Uśmiechnięta od ucha do ucha, rozpoczęła recytować swoją formułkę. Zanim jednak zdążyła ją dokończyć, Kasia weszła jej w słowo i z typową dla siebie powagą rzekła:
- Nie, dziękuję. Od lat palę papierosy jednej marki. Jako że teraz jestem w ciąży, boję się, że zmiana tytoniu mogłaby zaszkodzić mojemu dziecku.
Jeszcze nigdy nie widziałam, aby komuś tak szybko zszedł uśmiech z twarzy...
Dwa lata temu upiłam się. Wróciłam do domu, jakoś. Położyłam się do łóżka i usnęłam. Tak mi się wydaje. Wstaję rano, otwieram oczy. Suszy bardzo. Pierwsza myśl - łazienka (mam bliżej), lecę się napić. Ale patrzę na łóżko... pety, pogryzione, wyssane, leżą wszędzie. Czuję w ustach tytoń. I zło..
W nocy byłam tak głodna, że zjadłam pety z popielniczki...
Mam znajomka - Araba. Pracuje on w Polsce. Studiuje tu też jego siostra. Miła dziewczyna, całkiem ładna. Oboje są muzułmanami, jednak nienachalnymi. Mają zdrowe podejście do życia. Nie przeszkadza im mieszkanie w kraju katolickim ani że znajomi są tego wyznania. Pewnego razu zacząłem go delikatnie badać, czy jego siostra ma kogoś, bo mi się podobała. On bez problemu mnie przejrzał i stwierdził "Daj sobie spokój, to nie przejdzie. Nie umówi się z tobą". Ja zdziwiony, bo przyznał, że ona nie ma nikogo.
Całkiem spokojnie wyjaśnił mi, że ona nie będzie się spotykać, a tym bardziej nie wyjdzie za niemuzułmanina i spytał, czy ja byłbym w stanie przejść na islam. Mówię, że nie (wierzę w Boga, choć moje drogi z kościołem katolickim jako organizacją się cokolwiek rozeszły). "No i widzisz - taki związek nie ma szans - nie może być małżeństwa między dwiema różnymi religiami, a ona na katolicyzm nie przejdzie". Coraz bardziej zdziwiony pytam "Ale przecież ty jesteś z O., a ona z całą pewnością jest katoliczką". "Spokojnie, po ślubie przejdzie na islam, jak pojedziemy do mnie do domu". Tu mi się coś nie zgadzało, bo O. dobrze znałem i wiedziałem, że mimo że nie jest specjalnie religijna, to z pewnością jest wierząca.
Najdziwniejsze dla mnie jest to, że facet nie jest żadnym ekstremistą religijnym, nikogo nie próbował namawiać na zmianę wiary ani nie wychwalał swojej wiary. Wyjaśnił mi wszystko całkowicie spokojnie i rzeczowo, jakby wyjaśniał sprawy oczywiste, których jakiś bęcwał nie wie. Na moje pytanie "No ale jak to? Przecież ona ma znajomych niemuzułmanów i wam to nie przeszkadza, ale już jakby chciała sobie znaleźć chłopaka, to jest problem?". "No. Przecież to normalne". Dla niego to było całkowicie naturalne, że tylko mężczyźni muzułmanie mogą brać sobie żony z innej religii i one automatycznie przechodzą na islam, a kobiety muzułmanki wychodzą za mąż tylko za muzułmanów i mają absolutny zakaz zmiany religii. Nie traktował tego jako jakiegoś przejawu dyskryminacji czy ograniczania. Po prostu całkiem normalny porządek świata, nad którym przechodzimy do codzienności. Właśnie ten spokój i traktowanie tego jak normalną normalność najbardziej mnie zdziwił.
Zdecydowanie muszę porozmawiać z O. - czy ona o tym wie...
Kilka lat temu postanowiłem wybrać się ze znajomym na miasto. Po kilku godzinach trochę zgłodnieliśmy, więc poszliśmy na kebsa. Jako że kumpel powiedział, że w okolicy otworzyli nową budkę, to zdecydowaliśmy wybrać się do owego miejsca, a nie tam gdzie zawsze. No okej, wszystko ładnie, pięknie, dostaliśmy tego kebaba, no i w drogę! Smakował całkiem znośnie, tylko chyba Turek na złość dał mi ostry sos, a nie łagodny, jak o to prosiłem. Pomijając fakt, że wypaliło mi ryj, to mam dosyć wrażliwe jelita, więc miałem nadzieję, że skończy się to inaczej niż tak, jak myślałam. Ależ oczywiście, jak bardzo się myliłem!
Po jakiejś godzinie pożegnałem się z kumplem, bo zacząłem źle się czuć, a poza tym on miał coś do załatwienia, więc nawet dobrze się złożyło. Niestety, w połowie drogi ostro wzięło mnie do toalety, a jak na złość niczego w pobliżu nie było. Już na serio zaczęło mnie cisnąć i coraz gorzej się czułem, jednocześnie czując, że do domu mogę nie dojść. No i niestety, moje przypuszczenia się sprawdziły, bo pomimo szczerych chęci i trzymania za wszelką cenę, zesrałem się w spodnie. Dosłownie. Poszła za mnie taka lawina, że bałem się ruszyć z miejsca. W jednym momencie zacząłem się śmiać, ale z drugiej strony chciało mi się płakać, bo nawet nie wiedziałem jak dojść do domu :')
I tak stałem w miejscu, nie wiedząc co ze sobą zrobić, tym bardziej że moja niespodzianka zaczęła drażnić mój tyłek, a do domu jeszcze kawałek drogi.
I nagle na horyzoncie pojawiła się ona. Nie dość, że u lasek nie bardzo mam powodzenie, to jeszcze w takim momencie musiałem spotkać tak piękną dziewczynę. Podeszła do mnie, pytając czy wszystko okej, no bo raczej niecodziennym widokiem jest chłopak, który stoi w miejscu, ma zaszklone oczy, ale się śmieje. I wtedy nie wiem co mi odwaliło, spojrzałem na nią i powiedziałem "zesrałem się w spodnie". W pierwszej chwili parsknęła, ale po mojej minie zorientowała się, że mówię prawdę. I w momencie, nie wiem co nią kierowało, wzięła mnie za rękę i zaprowadziła mnie do swojego domu. Kiedy dotarłem na miejsce, dalej nie bardzo czając, co jest grane, skorzystałem z łazienki, umyłem się i laska pożyczyła mi spodnie swojego brata, bo jak wiadomo, nie miałbym jak wrócić do domu. Zrobiła mi jeszcze mięty i tak zaczęliśmy rozmawiać. Okazało się, że to serio fajna dziewczyna i gdyby nie ona, nie mam pojęcia co bym zrobił. Ale bardziej zadziwia mnie to, że zdecydowała się na taki krok.
Jako że nie lubicie niedokończonych wyznań: razem nie jesteśmy, ale przyjaciółką jest wspaniałą!
Dodaj anonimowe wyznanie