#tLMp9

Większość dzieciństwa spędziłem w domu dziecka. Z rodziną nie utrzymuję żadnego kontaktu - brat dostał wysoki wyrok, matka ponoć też siedzi, ojciec zniknął bardzo wiele lat temu i słuch po nim zaginął. Z rodziny mam tylko ciocię, to znaczy taką przyszywaną, jedną z tych, które przez moje szczenięce lata wychowywały mnie w placówce. Od lat jestem dorosły i samodzielny, ale wciąż mam z nią bliski kontakt. Często mi pomaga, doradza, odwiedzam ją kiedy jestem w pobliżu, przedstawiłem jej moją dziewczynę. Dosyć często odwiedzam też placówkę, w której spędziłem 12 lat życia, nie tylko z ważnych okazji jak na przykład przed świętami, ale po prostu, bo to był mój dom. Mieszkam sam i zdarzało mi się wracając z pracy wpaść do placówki żeby zjeść obiad z kimś, a nie przed telewizorem.

Mam taką a nie inną historię i gdy komuś ją przedstawiam, spotyka mnie dużo współczucia. Ale nie z powodu patologicznej rodziny ani przemocy, lecz z powodu pobytu w "bidulu". Ludzie wzruszają się nade mną, jakie to dramatyczne, że musiałem być w takim miejscu, że tam pewnie strasznie, biednie, zimno, worki pokutne zamiast ciuchów, sto dzieci w małym pokoju i zupa mleczna na obiad lana z kotła.

Doceniam współczucie, ale denerwuje mnie, że ludzie, których poznaję, nie są w stanie zrozumieć, że piekłem i dramatem było życie przed bidulem. Dom dziecka nie zrobił mi nic złego. Było nas w nim 12, miałem dobre warunki, nigdy nie odczułem biedy, nie różniłem się niczym od rówieśników, ba, nawet dostawałem kieszonkowe i jeździłem na zagraniczne wycieczki szkolne i w każde wakacje na obozy sportowe. Wychodząc, dostałem solidną wyprawkę. Wciąż mam tam przyjaciół i jedyną rodzinę - moją ciocię. Wracam na święta, zabawy, niedzielne obiady, raz nawet spędziłem z nimi całego sylwestra. Nie dlatego, że ktoś mi kazał, ale dlatego, że chciałem. Życie w domu dziecka nie było disneyowską bajką, ale nie jest piekłem. Denerwuje mnie, że każdemu z osobna muszę to tłumaczyć i każdy patrzy na mnie jak na ofiarę obozu koncentracyjnego. Dobry bidul? Nieee. Na pewno wyprali mi tam mózg.

#oAv3q

Parę dni temu mój chłopak, a właściwie to już narzeczony, przyznał się, że od dwóch lat zdradza mnie z rożnymi kobietami. Po długiej rozmowie powiedział mi, że nie jest szczęśliwy w naszym związku i najwyższy czas go zakończyć. Do domu wróciłam całkowicie załamana, rycząc jak wariatka. Mój tata od razu zareagował. Kazał mi się uspokoić, przyjść do salonu i wszystko mu bardzo dokładnie opowiedzieć. Wiedziałam, że chce mnie podnieść na duchu. Staruszek to facet o złotym sercu, ale i dość trudnym charakterze.

Jest ekscentrykiem i czasem jego zachowanie nieco odstaje od normy.
Nie zdziwiło mnie więc, że założył na nos wielkie, słoneczne okulary, usiadł na kanapie koło mnie, wyłączył telewizor rzekł: „Opowiadaj...”. Rozpoczęłam więc mój, przerywany rzewnym szlochem, monolog. Opowiadałam o moim długim związku, o wzlotach i upadkach, o pewnych sygnałach, które zbagatelizowałam i wreszcie o wyznaniu mojego chłopaka, jego zdradach i zerwaniu. Tata co jakiś czas poruszał głową i mówił „Mmmhmmm...”, więc myślałam, że słucha mnie, a jego poważna mina sugeruje, że analizuje wszystko to, co mu opowiadam.

Kiedy wreszcie po ponad 40 minutach skończyłam mój łzawy monolog nastała długa cisza. Patrzyłam na ojca myśląc, że zaraz przytuli mnie i zacznie pocieszać. Nic jednak z tego. Ojciec siedział i patrzył się przed siebie. Po chwili wydał z siebie głębokie chrapnięcie. Tak, kochany tatko usnął pewnie gdzieś w połowie mego wywodu. Okulary założył celowo, żeby nie było mi przykro, jakbym zanudziła go na amen...

#TSLSZ

Urodziny koleżanki, wybieramy się do klubu. Od początku myślałam, że będziemy same. Jednak, kiedy dotarłyśmy do Pomorskiej stolicy klubowej okazało się, że jubilatka miała spotkać się z mężczyzną, z którym pisała jakiś czas. Przyszedł z kolegą, nazwijmy go K. Mężczyźni nie pochodzili z Polski, lecz z Turcji. Nie podobało mi się to, ale uznałam, że nie będę marudzić w jej urodziny. Kiedy koleżanka była zajęta rozmową ze swoim wybrankiem, K. zaczął rozmawiać ze mną.

Na początku był bardzo miły, normalny chłopak z innym akcentem. Wchodzimy do klubu, idziemy na parkiet. K. zaczął tańczyć ze mną. Kiedy zaczął mnie dotykać, odepchnęłam go, potem było już tylko gorzej. Był bardzo nachalny i bezpośredni, nie potrafił zrozumieć znaczenia słowa "nie".

Kupiłam sobie i koleżance piwo przy barze, poszłyśmy do palarni, usiadłyśmy na pufach. Dołączyli do nas cudzoziemcy. Trzymałam swoją szklankę cały czas w ręce. Odłożyłam ją na ziemię, obok nogi K., szukałam czegoś w torbie. To były dosłownie trzy minuty, które wystarczyły mu, żeby dosypać mi narkotyku do alkoholu. Nie czułam żadnej zmiany w smaku. Z każdym łykiem czułam się coraz dziwniej, jednak uznałam, że to nie jest nic takiego, tak działa alkohol - pomyślałam. Kiedy K. widział, że kończę opróżniać szklankę, wyszedł. W tym samym czasie napisał do mnie mój kolega, który akurat był w mieście. Stwierdziłam, że wyjdę do niego na chwilę. Kiedy wstałam, wszystko zaczęło mi się rozmazywać, nie słyszałam przez chwilę muzyki.

Pomyślałam, że za szybko wstałam. Wychodzę z palarni, odkładam szklankę na barze, przy którym stał K. Kieruję się w stronę wyjścia, K. idzie za mną. Nigdy nie zapomnę wyrazu jego twarzy, taki zadowolony, pewny siebie, coś go bardzo cieszyło. Przyspieszyłam, oglądając się przez ramię, czy dalej za mną idzie. Także przyśpieszył. Wychodzę przed klub, K. złapał mnie za rękę i zapytał, czy chcę gdzieś z nim pójść. Wyrwałam ją mu i odeszłam. Spotkałam kolegę, potem pamiętam już tylko krótkie momenty. Pamiętam, że chciał zabrać mnie do mojego domu, bo wyglądałam okropnie, nie miałam wcale tęczówek. Nie czułam się dobrze, zgodziłam się. Klub - szatnia - kurtka - dworzec kolejowy - taksówka. Nie pamiętam nic więcej.

Gdyby nie przypadkowe spotkanie, najprawdopodobniej znaleziono by mnie rano, zgwałconą w krzakach przy plaży. Policja nie zrobi z tym nic, w palarni nie było kamer, nikt nie widział, że coś mi dosypał. Wystarczyła chwila nieuwagi i moje życie stałoby się ruiną. Nie chcę sobie nawet wyobrażać, jak ta noc mogłaby się skończyć. Jestem tym przerażona.

#bAe7x

Mam 20 lat i odkąd mój dziadek wrócił z Ameryki (chodziłam wtedy do podstawówki), moje życie stało się piekłem. Moi rodzice byli po rozwodzie i mieszkałam z matką, babcią i dziadkiem pod jednym dachem. Dziadek bił mnie za każdy, nawet najmniejszy wybryk. Zrozumiałabym, gdyby to był tylko klaps, ale on potrafił mnie przewracać, kopać, niszczyć moje rzeczy i ciągle przezywać, wmawiać, że jestem nikim, a moja matka tylko mu wtórowała, wmawiała, że wszystkich prowokuję i zasługuję na takie traktowanie.

Popadłam w depresję. Byłam wtedy w gimnazjum. Chodziłam do psychologa i udało mi się po części zwalczyć to cholerstwo i zyskać odrobinę wiary w siebie. Na początku technikum przeżyłam wybuch gazu w domu. Zgadnijcie, kto spowodował katastrofę. Oczywiście dziadziuś, który uważał, że syczy mu w uszach i poszedł napalić w piecu. Z domu nic nie zostało, a my dostaliśmy mieszkanie socjalne. Przez następne lata nadal musiałam znosić humorki tego szaleńca, aczkolwiek nie zdarzało się to tak często jak kiedyś. Nawet będąc pełnoletnia, nie mogłam nikomu się przeciwstawić. Za każdym razem, kiedy się buntowałam, grozili, że wyrzucą mnie z domu. Zaczęłam chorować na nerwicę i doszło do tego, że nie byłam w stanie chodzić do szkoły, bo ciągle wymiotowałam, źle się czułam, bałam się wychodzić z domu, miałam napady paniki.

Z pomocą mojego ukochanego wzięłam się za siebie i poszłam na terapię grupową do psychiatry. Teraz jest już lepiej, ale wcześniej nawet po terapii miałam problemy. 1 stycznia tego roku, dziadek posunął się do tego, że rzucił się na mnie, złapał za szyję, przewrócił mnie na łóżko i groził, że mnie zabije. Od tego momentu bałam się nawet spać. Chciałam na niego donieść, ale zabrakło mi sił. Kulminacyjnym momentem jednak okazały się okolice maja, gdzie tym razem popchnął mnie na meble i się przewróciłam. Tego dnia wyprowadziłam się do swojego chłopaka (kończyłam szkołę i nareszcie mogłam coś zrobić ze swoim życiem). Chciałam zgłosić dziadka na policję, ale po przejściu się do radcy prawnego, zrezygnowałam. Nie było żadnych śladów
na ciele, a matka zawsze stała po stronie swojego pojebanego ojczulka, więc brak świadków... Niczego nie mogłam mu udowodnić. Mogłam próbować walczyć o swoje z prawnikiem, ale... Nie mam ani pieniędzy, ani sił na to.

Finalnie stwierdziłam, że nie są warci tego, żebym robiła sobie w życiu jeszcze więcej stresu przez nich i staram się żyć szczęśliwie razem z ukochanym. Ostatnio jednak znowu przeszłość do mnie wróciła, gdy moja ulubiona ciocia, a siostra dziadka, się ze mną skontaktowała. Ona wierzy tylko swojemu braciszkowi. Uważa, że on o mnie dbał i kochał, że zrobiłam najgorszą rzecz w życiu i na dodatek zeszmaciłam się, bo zamieszkałam z mężczyzną (z którym jestem 3,5 roku) bez ślubu... Brak mi słów. Jestem po prostu smutna.

#khjQ0

Byłem kiedyś na spotkaniu rodzinnym mojej ówczesnej dziewczyny. Była tam też jej kuzynka - dziewczyna w ciąży oraz ciotka - matka dwóch innych kuzynek, również obecnych na spotkaniu.
- Ale Madziu, no przecież tak rzadko się widujemy, napij się ze mną - ciotka nagabuje ciężarną kuzynkę.
- No ale ciociu, w ciąży jestem, nie mogę pić - stanowczo odpowiada kuzynka.
- Głupoty gadasz, pewnie że możesz. Ja przez obie ciąże normalnie piłam i nic się nie stało.
W tym miejscu warto opisać córki szanownej cioci - jedna urodziła się bez ręki i jest lekko upośledzona umysłowo, druga od urodzenia cierpi na jakieś porażenie mózgowe i porusza się na wózku. Nic się nie stało?

Ostatnio moja antyszczepionkowa koleżanka wrzuciła na fb pokaźny artykuł o szkodliwości szczepionek. Jako że lubię czasem poczytać jakieś bzdury, przeczytałem. Okazało się, że autorką tekstu była wspomniana ciotka. Kobieta, która nie widziała związku pomiędzy jej piciem w trakcie ciąży a upośledzeniami córek napisała spory elaborat o wpływie szczepionek, które zostały jej zaaplikowane w dzieciństwie na nieprawidłowy przebieg ciąży oraz o tym, jak szczepienie dzieci fatalnie wpływa na ich rozwój...

#Z76BY

Mam piętnaście lat. Jestem dziewczyną dość szczupłej budowy. Piersi mam, ale bardzo łatwo je ukryć, szczególnie że nie są to jakieś wielkie „atuty”. Ostatnio obcięłam się na krótko z bardzo długich włosów (oddałam je dla mojej chorej na raka koleżance). Nie powiem, czasem wyglądam jak chłopak, ale nie przejmuje się tym. Ważne, żebym to ja czuła się komfortowo i że koleżanka jest szczęśliwa.
Jadę sobie ostatnio w autobusie. Dosyć zimno, dlatego mam na sobie zwykłe jeansy i zwyczajną za dużą na mnie bluzę z tęczowym paskiem przechodzącym przez lewą stronę. Wsiada sobie pani około sześćdziesiątego roku życia i siada koło mnie bokiem, chyba na początku nie widząc mojej osoby. Nagle odwraca się, oczy jak pięć złotych. Do tego przenosi wzrok na moją bluzę. I się zaczęło.
- To chłopak?! Kolejny gej w tej Polsce, wy nie macie za grosz szacunku! Jesteście chorzy, jeszcze dzieci chcecie adoptować! Do tego macie czelność z normalnymi ludźmi jeździć w autobusie! Jak wy śmiecie?!
Do tego uderzyła mnie torebką. Dość mocno. Wstałam, kulturalnie mówiąc „przepraszam”, żeby się odsunęła, bo chcę wyjść. Gdy już wysiadałam, odwróciłam się do babki i powiedziałam następujące słowa:
- Gdybym była mężczyzną, wolałabym zostać gejem, niż coś w panią wkładać.

I po prostu wysiadałam. Nie będę grzeczna w stosunku do takich osób.

#uJKdD

Parę lat temu przywiozłem z pewnego egzotycznego kraju butelkę alkoholu z tropikalnych owoców. Według lokalnych wierzeń taki trunek działa niczym najsilniejszy afrodyzjak. Zresztą sama już nazwa dużo obiecuje. Napój ten zwie się bowiem „Siete veces sin sacar”, czyli dosłownie - „Siedem razy bez wyciągania”. Znaczyłoby to, że po osuszeniu butelki tego cuda mężczyzna będzie zachowywał się niczym nakręcony viagrą królik, który podczas jednego, trwającego całą noc stosunku, będzie szczytował przynajmniej siedem razy!

Przywiozłem to do Polski i następnej nocy, po romantycznej kolacji, przy dźwiękach pościelowej muzyki, razem z wybranką mojego serca wypiliśmy całą butelkę. Napierdzieliliśmy się upiornie. Ona spędziła pół nocy wisząc z głową w sedesie, a ja bełkocząc łaziłem na czworakach po domu, wpadając na meble i wywracając wszystko na mojej drodze.

Nie doszło między nami nawet do jednego zbliżenia. Był za to okropny kac, uczucie głębokiego zażenowania i stan poważnej utraty zaufania do ludowej medycyny.

#VMG9G

Hej, tu dziewczyna z toksycznego związku (pierwsza część - Rmxt3).

Około miesiąc po sytuacji z wyznania Grzesiek miał urodziny, przyszło na nie sporo osób, w śród nich znalazł się Adam z którym nie rozmawiałam przez ten czas.
Impreza trwała w najlepsze, wódka lała się non stop, przez co strasznie się bałam, bo wiedziałam, że mój chłopak będzie szukał zaczepki i pewnie jak zwykle to mi się oberwie.
Około 1 w nocy, postanowiłam zacząć powoli ogarniać mieszkanie, zmywałam naczynia, a do kuchni wszedł Adam, rozmawialiśmy sobie spokojnie i nie wspominaliśmy tamtego pocałunku, co dało mi pewnego rodzaju pewność, że to tylko jednorazowy wyskok i on nic do mnie nie czuje. Wyszedł, a chwilę po nim przyszedł Grzesiek. Zaczął się do mnie dobierać, a seks z pijanym facetem w tamtym momencie naprawdę nie był szczytem moich marzeń, więc spokojnie, bardzo łagodnie mu odmówiłam, mówiąc, że zajmiemy się sobą, gdy wszyscy goście pójdą. Cóż, to był błąd, ponieważ Grzesiek stwierdził, że mi się nie chce, bo pewnie dałam Adamowi, bo on widział, jak tamten wychodzi z kuchni.

Dostałam w twarz, a gdy chciałam uciec, chwycił mnie za włosy i uderzył głową w lodówkę, szarpałam się chwilę, co on uznał za przyznanie się do zdrady, bo przecież "jakbym nie miała nic na sumieniu, to bym się tak nie rwała". Zaczął mnie dusić, uderzając co chwilę o jakieś meble.
Na szczęście jego brat usłyszał hałasy dobiegające z kuchni i przebiegł w samą porę, wyrwałam się Grześkowi i uciekłam stamtąd, a on go zatrzymał.

Wszyscy goście, którzy byli wtedy w domu zobaczyli mnie wtedy zapłakaną z twarzą w krwi, rozwalonym nosem oraz rozciętym łukiem brwiowym. Impreza momentalnie się skończyła, wszyscy zaczęli mnie uspokajać i wypytywać co się stało, od kiedy tak jest. Kłamałam. Mówiłam, że to pierwszy raz, że nie wiem co w niego wstąpiło. Adam przez cały czas stał w rogu, słuchał tego wszystkiego, ale wiedziałam, że mi nie wierzył.
Chciałam tam zostać do rana, a następnego dnia zatrzymać się na chwilę u kuzynki, ale brat Grześka mi nie pozwolił i zabrał na noc do siebie (jestem mu za to wdzięczna, ponieważ tamtej nocy Grzesiek dzwonił do mnie kilka razy grożąc, że jak nie wrócę, to mnie zabije).
Reszty historii chyba się domyślacie, zamiast zostać u kuzynki jestem u Adama, już na stałe, jako jego szczęśliwa dziewczyna, z Grześkiem nie mam kontaktu, a jego bratu jestem ogromnie wdzięczna za wszystko, bo gdyby nie on, kto wie jak by się to wszystko skończyło.

#0lwKv

Dwa lata temu moja dobra koleżanka świętowała swoje zaręczyny. Zaprosiła mnie i kilka innych koleżanek na "ostatnią w jej życiu imprezę, bo teraz zaczyna poważne życie". W klubie miałyśmy specjalne miejsce. Daga ogarnęła nam świetne świecące opaski. Bawiłyśmy się w najlepsze w swoim zamkniętym gronie, mimo że tego wieczoru klub dosłownie pękał w szwach. W drodze powrotnej z toalety wpadł na mnie facet. Nic dziwnego w takim tłumie. Nawet nie zwróciłam na to większej uwagi. Wieczór dobiegł końca.

Kilka dni później znalazłam pod drzwiami moje zdjęcie z klubu. Było niewyraźne i rozmazane. Nie powiem, przeszedł mnie dreszcz.
Po tym zdjęciu nic mnie więcej nie niepokoiło. Do czasu, kiedy zaczęłam dostawać dziwne telefony. Ktoś po drugiej stronie sapał mi do słuchawki, tak jakby właśnie przechodził najlepsze orgazmy w życiu. Nie dzwonił w nocy, tylko w dzień, z kilku różnych numerów. Zaczęłam poważnie zastanawiać się nad zgłoszeniem tego na policję. Jednak po czasie telefony ustały. Znowu miałam spokój, mimo że wciąż potrafiłam o tym myśleć.

Zaczęłam spotykać się z Karolem. Pierwsza randka wydawała się być obiecująca. Jednak to co się zaczęło dziać po niej wciąż wywołuje u mnie lęk. W mojej skrzynce codziennie znajdywałam kilka pogniecionych kartek z napisami typu "dlaczego", "ranisz mnie", "moja". Dodatkowo ktoś wrzucał do niej płatki róż i białe robaki, takie jak na ryby. Zawsze kiedy wychodziłam z domu rozmawiałam z kimś przez telefon, bo bałam się chodzić sama po mieście.

Umówiłam się ponownie z Karolem. Tego wieczoru zaprosiłam go do siebie na kolację. Opowiedziałam mu, co mi się przytrafia w ostatnim czasie. Stwierdził, że może warto zacząć obserwować kto się kręci w pobliżu klatki, uprzedzić sąsiadów, aby również reagowali na to z większą czujnością.

Tej nocy miałam ogromne szczęście, że u mnie został. Około godziny 3-4 obudziło nas walenie do drzwi. Wstałam, aby sprawdzić kto to. Szarpał za klamkę, dzwonił dzwonkiem i walił pięścią w drzwi. Zawołałam szybko Karola. Ten podszedł bliżej i spojrzał przez wizjer. Po drugiej stronie drzwi ciemność. Krzyknął "kto tam?", mężczyzna po drugiej stronie odpowiedział śmiechem. Sięgnęłam po telefon i wybrałam numer na policję. Zanim zdążyłam nacisnąć zieloną słuchawkę połączenia usłyszałam na klatce głosy policjantów. Ktoś z sąsiadów musiał wezwać ich szybciej. Wtedy dopiero otworzyliśmy drzwi. Byłam cała we łzach.

Na drzwiach miałam wyryte jakimś ostrym narzędziem słowo "kurwa", a mężczyzna którego zabrali, okazał się być typkiem, który wpadł na mnie w klubie. Czyli to nie był przypadek. Musiał mnie obserwować.

Uważajcie na siebie, reagujcie na takie sytuacje szybko.
Nie chcę myśleć co by było, gdybym tej nocy nie zamknęła drzwi.
Dodaj anonimowe wyznanie