Ostatnio umówiłem się na długo wyczekiwaną randkę z bardzo fajną dziewczyną - Gosią.
Tak bardzo się tym przejąłem, że wziąłem prysznic (Ha! Czasem trzeba!), wzorowo ogoliłem się, przyczesałem włos i wystroiłem się niczym kogut na otwarcie kurnika. Założyłem świeżutką, wyprasowaną koszulę i eleganckie spodnie. Do tego modna marynarka i krawat w Muminki. Mieliśmy iść do takiej hipsterskiej restauracji, a potem do teatru na polecany przez wszystkich musical.
Wsiadłem w taksówkę i już po chwili… stałem w korku. Szlag mnie trafił, bo zacząłem się pocić. Wyobraziłem sobie, że dotrę na randkę mokry i śmierdzący niczym stary żul. Wcisnąłem więc taryfiarzowi dwie dyszki i wyskoczyłem wprost na przystanek tramwajowy. Zaleta tego transportu jest taka, że tramwaje rzadko stoją w korkach. Usiadłem na ławeczce i od razu zorientowałem się, że coś jest nie tak. Pomacałem się po tyłku. Guma do żucia! Jakiś debil przylepił ją do deski.
Kiedy podjechał tramwaj, ja zdrapując z zada resztki lepkiej substancji, wtoczyłem się do środka i usiadłem koło babki z małym dzieckiem. Brzdąc od razu poprawił mi humor. Rechotał tak pociesznie, uśmiechał się do mnie, robił miny, machał mi przed nosem jakąś grzechotką, a na koniec narzygał na mnie świeżo wypitym mlekiem wyssanym parę minut wcześniej z cyca swojej mamy. Ufajdał mi wszystko – od spodni, przez koszulę na krawacie z Muminkami skończywszy.
Wysiadłem z tramwaju i zrezygnowany zadzwoniłem do Gosi, aby przeprosić ją i przełożyć randkę. Ku mojemu zaskoczeniu dziewczyna powiedziała, żebym się nie przejmował i wpadł do niej na szybkie pranie. Całą resztę dnia przesiedziałem ubrany w jej przykrótkie dresy, jedząc zamówioną pizzę, oglądając głupie komedie, pijąc wino i śmiejąc się do rozpuku. Prawdę mówiąc była to udana randka, bo ciuchy, mimo ogromnego upału, mi nie wyschły i zostałem u Gosi na noc...
Dziś zdałam sobie sprawę z tego, że bardziej kocham psa niż człowieka. Z chłopakiem kłócę się już dłuższy czas i poważnie myślałam o rozstaniu. Jednak jak już mam przejść do rozmowy na ten temat, to przypominają mi się jego cudowne pieski, które uwielbiam. Nie potrafię zerwać, bo wiem, że już ich nie zobaczę i będę tęsknić.
W końcu po kilkunastu latach mój brat się wyprowadza.
Po raz pierwszy w życiu będę miał swój własny pokój, urządzę go tak, jak zechcę. Nie będę musiał spać z matką w jednym pokoju, a czasem i łóżku, oraz gnieździć się po kątach salonu, próbując znaleźć sobie miejsce, gdzie nikt mnie nie zauważy. Będę mógł śmiać się bez obaw, że zaraz zacznie mnie wyzywać, bo mu przeszkadzam oraz nikt nie będzie próbował mnie pobić, bo wylałem wodę na podłogę. Nikt nie będzie budził mnie w środku nocy dla zabawy, rzucając we mnie tym, co akurat mu się pod ręką napatoczy. Zaproszę po raz pierwszy kolegów.
Radość mnie rozsadza, ale nie mogę tego nikomu powiedzieć. Przed rodziną udaję, że żałuję, że mój brat wyprowadza się tak daleko i że prędko go nie zobaczę.
Pojechałam na zakupy z koleżanką. Gdy kupowałam kolczyki, zagadałam się się z nią i nie słuchałam, co powiedziała do mnie kasjerka. Myślałam, że zapytała, czy mam może grosik żeby było lepiej wydać, więc rozkojarzona spojrzałam na nią i powiedziałam, że niestety nie.
Okazało się, że zapytała, czy może być winna grosika.
Wydała mi go.
Tak zdziwionej kasjerki jeszcze nie widziałam. :D
Jako dziecko uwielbiałam spędzać czas na placu zabaw z moimi ziomeczkami. Po dłuższym czasie skakania i krzyków zachciało mi się siku, jednak nie uśmiechało mi się biec do toalety. Stwierdziłam więc, że usadowię się na huśtawce i dzielnie wytrzymam do końca zabawy.
Nie wytrzymałam. Mało tego, rozhuśtana obsikałam wszystkich dookoła.
Korzystając z pięknej pogody, postanowiliśmy z narzeczonym odwiedzić moich rodziców na wsi. Przy okazji, chciałam zrobić wstępne rozeznanie w tym, kogo z mojej części rodziny zaprosić na ślub. I tak sobie siedzieliśmy, dyskutowaliśmy, a lista z każdą chwilą rozrastała się coraz bardziej. Kiedy moja mama postawiła kropkę przy ostatnim nazwisku, doznałam olśnienia. Na liście nie było ciotki Stefy i Krzyśka, mojego kuzyna (co prawda dalekiego, ale spędziłam z nim większość dzieciństwa). Pytam więc, co u ciotki Stefy i czy moi rodzice mają z nią jakiś kontakt, bo bardzo bym chciała, żeby razem z Krzyśkiem świętowali nasz wielki dzień. Mina mamy zbiła mnie z pantałyku. Była w autentycznym szoku. "Jaka Stefa, jaki Krzysiek? O kim ty mówisz?", zapytała. Zdziwiłam się, że ich nie pamięta, skoro nawet ja miałam dość wyraźne wspomnienia z nimi związane. Po moich wyjaśnieniach mama nadal patrzyła na mnie jak na głupią, a ja zaczęłam się poważnie martwić, że to zwiastun sklerozy. Ale na szczęście, przypomniało mi się, że w rodzinnym albumie mamy masę zdjęć z ciotką i kuzynem. W te pędy do pokoju, zabrałam album, zaczęłam przeglądać i... Nic. Żadnych zdjęć, żadnych listów, żadnych śladów, że ciotka Stefa w ogóle istnieje. Zrobiło mi się gorąco. Ostatnie wspomnienie, jakie mam z zabawy z Krzyśkiem, pochodzi z okresu, kiedy mieliśmy około 12 lat, a więc trochę za dużo, żeby mieć wymyślonych przyjaciół. Ale wszystkie fakty jasno wskazywały, że nigdy nie było ani ciotki Stefy, ani kuzyna Krzyśka. Reszta rodziny potwierdziła wersję mamy. Tata, babcia i inne ciotki nigdy nie słyszały o Stefie.
W mojej głowie narodziło się kilka rozwiązań tej sprawy:
1. Stefa naraziła się rodzinie i została ekskomunikowana. (Tu nie pasuje mi reakcja mamy i innych, oni byli w prawdziwym szoku, nie byli zmieszani, nie wymieniali spojrzeń, zachowywali się tak, jakbym mówiła o kimś, kogo faktycznie nie znają).
2. Stefa jest tajnym agentem i zniknęła na misji a jej dane zostały wymazane.
3. Przeniosłam się do alternatywnej rzeczywistości.
4. Efekt Mandeli zadziałał w moim przypadku zbyt mocno.
5. Jestem psychiczna.
Sama nie wiem co myśleć.
Mój ojciec, od kiedy pamiętam, kazał zwać się "panem ojcem" i jeśli już musiałam się do niego zwrócić, to mówiąc "panie tato" albo "ojcze". Matka z największą pokorą mówiła doń "panie małżonku", ewentualnie "panie mężu", bo on tak chciał. Matkę bił, mnie bił, niby pracował, ale w sumie... głównie chlał. Ojciec to typowy zapasiony wąsaty Janusz, którego jedynym hobby jest picie i oglądanie TV. Pan ojciec pija jedynie wódeczkę, a na przystawkę piwko. Piwko z puszki, wódeczkę ze szklanki. Taki pan hrabia, co pracował "na produkcji", sir Don Nawalon. Do dziś mu to zostało, ta tradycja z dziada pradziada.
Dawno się wyprowadziłam, mam własne, naprawdę miłe mi życie. Z rodzicami kontaktu nie utrzymuję, kwestie prawno-finansowe załatwiłam dawno temu sądownie, jedynie informacje jakie mam, to te od sąsiadki, która pilnuje, czy oni jeszcze żyją. Nie mam jakiejś specjalnej traumy, syndromu dorosłego dziecka alkoholika ani nic z tych rzeczy. A wiecie czemu?
Bo kiedy toaleta była do północy okupowana przez ojca, tuż po tym, jak na 2-4 godziny zajmowała ją matka, każdego wieczora (z musu) chowałam się w szafie i sikałam do słoika. W sumie robiłam to co codziennie, często po kilka razy. I za każdym razem wylewałam te siuśki na ulubioną szklankę ojca i talerz matki leżące w zlewie. Połowa mojego urobku szła do resztek wódki (jeśli jakieś w butelce zostały, a mocz był idealnie przezroczysty) albo do resztki piwa. Ojciec zawsze rano na kacu wypijał to duszkiem. Bardzo mu smakowało.
Wspomnienie tego, jak "pan tato" żłopał moje siki z TAKĄ rozkoszą, skutecznie pomogło mi ze wszelkimi traumami i problemami. Nie pofatygowałam się, by mu to uświadomić, bo raz, i tak by nie uwierzył, dwa, już nie za bardzo rozumie co się z nim dzieje, a trzy, nie odzywam się do niego ani do matki.
Żona wypiła za dużo wina do komedii romantycznej, której morałem było, iż kluczowa w związku jest szczerość. No to ją wzięło na szczerość. Fascynujących rzeczy o niej się dowiedziałem.
Nie ma pewności czy kilku byłych z czasów studiów nadal nie ma jej nagich zdjęć, ale to nie problem, większości jasno mówiła, że jest z nimi tylko na chwilę i nie mają żalu.
Jak widzi, że się stresuję, to wrzuca mi do kawy tabletki uspokajające, bo "stres jest zły na krążenie".
Przy przyjaciółkach mówi o mnie tylko "mój piesek". Bo pracuję w policji.
Aha.
Jestem złym człowiekiem...
Mam męża. I teściów na sąsiedniej posesji. Mąż pracuje w tzw. delegacjach, teść też jest jeszcze aktywny zawodowo, często też nocuje poza domem (w związku z pracą). Ja pracuję w domu, więc zazwyczaj parę dni (i nocy) w tygodniu zajmuję się teściową.
A teściowa ma Alzheimera. I prawie 80 lat.
Nie jest to jeszcze zaawansowany etap tej choroby, ale nie jest łatwo. W nocy, około 3-4 nad ranem, trzeba ją obudzić, żeby skorzystała z łazienki (przy "dwójce" trzeba pomóc z wytarciem). Później około 8 - to samo. Wtedy też wstaje lub dalej idzie spać. Następnie trzeba jej pomóc przy prysznicu. Wygląda to mniej więcej tak:
- Proszę wziąć do ręki słuchawkę, no to, co wisi, to srebrne (cały czas trzeba pokazywać)...
i dalej:
- Proszę odkręcić wodę, tym kurkiem z naklejką, nie tym, tym niżej, nie tym (cały czas pokazuję palcem), no tak, tym.
- Proszę przekręcić kurek w lewo, w lewo, nie w prawo, no w moją stronę! No, udało się...
- Proszę się "namoczyć" (później daję mydło w płynie i jakoś leci).
Następnie muszę zrobić śniadanie, cokolwiek to jest musi być pokrojone na małe kawałki, z nożem już sobie nie radzi (obiad tak samo).
Co jakiś czas trzeba się pytać, czy nie chce iść do łazienki. Zazwyczaj odpowiada, że przed chwilą była, ale raczej nie była, tylko jej się tak wydaje. Więc trzeba kazać jej iść i spróbować zrobić co trzeba. Tu (tak jak przy prysznicu) trzeba ZA KAŻDYM RAZEM mówić, co ma robić (podnieść klapę, zdjąć majtki, podciągnąć spódnicę, podetrzeć się, zamknąć klapę, spuścić wodę, umyć ręce itd. ). Nie jestem w stanie być z nią cały czas, więc czasami nie zdążę się zapytać, a np. zrobi siku na podłogę lub kupę w majtki :/
Chowa różne rzeczy (np. talerz do szafki w łazience, kozaki do komody), rozmawia z lustrem (ze swoim odbiciem, myśli, że tam jest jej koleżanka), ogólnie lekko nie jest. Nie można jej zostawić samej na więcej niż 2-3 godziny (wypad do najbliższego sklepu typu Biedronka). Oczywiście nic nie pamięta (np. jak mam na imię, nie pamięta czasami, że ma syna), zawsze jak coś zrobi, to mówi, że to nie ona, że ktoś tu był i nabroił.
Ostatnio wchodzę do jej pokoju (chciałam zapytać o toaletę, czy nie chce skorzystać) i widzę, że leży bez ruchu na łóżku.
W pierwszym momencie poczułam ulgę, dopiero za chwilę podeszłam i zobaczyłam, że jednak oddycha (usnęła).
Jestem złym człowiekiem...
Studiuję na dość znanej uczelni ekonomicznej. Wynajmuję mieszkanie na spółkę z dziewczyną, którą poznałam na 1 roku. Bardzo podziwiam moją współlokatorkę. Agata ma świetne stopnie, nigdy nie zawaliła sesji. Jest dosyć atrakcyjna, ale nie gania za chłopakami. Zawsze sprząta, jeśli nabałagani, wszystkie opłaty robi na czas. Jest dla mnie miła, uprzejma, zawsze pomoże, doradzi. Ale najbardziej podziwiam jej wątrobę, żołądek i głowę. Agata chleje jak smok wawelski z Wisły. Do śniadania zawsze walnie sobie piwko albo szklankę winka. Zimą na zajęcia nosi termos z herbatą z miodem. I z wódką. Latem butelkę z sokiem z lodem. Też doprawionym. Potrafi w środku tygodnia wyjść na techno party, schlać się do granic wydolności ludzkiego organizmu i następnego dnia siedzieć 11 godzin na uczelni, świeża i pełna energii. Może to przez to, że łyka leki jak cukierki. Żadne narkotyki, trzyma je we wspólnej łazience, zwykłe leki z apteki. Ale ilości mnie porażają. Potrafi łyknąć pół opakowania mocnych piguł przeciwbólowych i najnormalniej funkcjonować. Albo łyknąć garść tabletek do obiadu, "bo się nie może odprężyć dzisiaj".
Niedawno podczas imprezy, na której byłyśmy, doszło do bójki. Jakiś koleś rzucił butelką i przypadkiem trafił Agatę w szczękę. Poraniona, z połową twarzy we krwi, spuściła kolesiowi łomot, wróciła do naszego mieszkania i dopiero się opatrzyła. Ani razu nie powiedziała, że coś ją boli.
Mieszkam z Terminatorem w sukience.
Dodaj anonimowe wyznanie