Miałam kiedyś włosy do pasa. Były dość gęste, a oprócz tego porządnie zadbane, bo moja mama miała na ich puncie obsesję i uwielbiała się nimi bawić. Rok temu postanowiłam je ściąć do ramion. Męczyła mnie trochę ta długość, a dodatkowo rozwaliłam swojego laptopa i chciałam zdobyć na niego fundusze sprzedając włosy. Wrzuciłam swoje zdjęcie na grupę urodową z prośbą o poradę, czy po ścięciu zrobić ombre, czy sombre, czy jaki inny balejaż. Gdy w komentarzu przyznałam się do mojej przedsiębiorczości, zostałam zwyzywana. No bo jak mogę nie oddać tych włosów na biedne dzieci z rakiem? A w szkole nie miałam lepiej. Co mi wszyscy napsuli nerwów, to moje. Nic dziwnego, że znienawidziłam wszystkie akcje zbierania włosów dla chorych na raka.
A teraz znienawidziłam je jeszcze bardziej.
Moja przyjaciółka, która pasjonuje się fotografią, wymyśliła sobie z koleżanką bawiącą się w cosplay elfią sesje zdjęciową. Jako że jestem wysoka, patykowata i mam dużo piegów (wymyśliły sobie elfa w irlandzkim stylu), poprosiły mnie o zostanie ich modelką. Projekt był duży, od prawie roku trwało dogadywanie się z ludźmi, szukanie materiałów na stroje po taniości i tworzenie ich. Jedynie perukę zdecydowały się kupić porządną, wydały nieco ponad 200 zł, bo przecież nie mogła wyglądać tandetnie, za tę cenę oczywiście była syntetyczna. Niedawno to wszystko skończyłyśmy.
Do czego zmierzam? Przez ponad miesiąc niemal codziennie biegałam po lasach, ruinach itp. No wiecie, elf bawi się na polanie, elf patrzy ze smutkiem na fabryki, elf kąpie się w jeziorze, elf ucieka przed myśliwym, elf choruje na widok śmieci w lesie, elf bawi się z psem do złudzenia przypominającym małego wilka, i inne takie. Za każdym razem miałam na sobie fantazyjnie upiętą perukę. Nie raz trzeba było ją czyścić z zielska, błota czy szlamu i glonów z jeziora. Nigdy nie trzeba było tej peruki jakoś specjalnie ratować. Umyć, rozczesać i wysuszyć, tylko tyle. Włosy były do pasa i kręcone, koleżanka od cosplayu twierdzi, że to najgorszy możliwy wariant do pielęgnacji. I nawet po miesiącu takiego poligonu i najróżniejszych stylizacji, peruka wciąż wyglądała jak naturalne włosy, ani razu nie trzeba było jej nawet podcinać.
200 zł, czyli trzy razy mniej, niż dostała moja sąsiadka na kupno swojej peruki, gdy wypadły jej włosy po chemii. A jakby kupić taką do ramion albo łopatek? Można by dostać jeszcze lepszą jakość w podobnej cenie.
Ale nie, jestem chciwą suką bez serca i w ogóle sama powinnam zachorować na raka, bo moje włosy mogły zbawić świat, a ja je bezczelnie sprzedałam. Nawet jak ostatnio weszłam na grupę się o coś spytać, to od razu dopadły mnie osoby, które jakimś cudem pamiętały o moim niecnym występku. No paranoja.
Brzydzą mnie sesje fotograficzne noworodków. Nieważne jak ładna oprawa, jak pomysłowy fotograf, po prostu nie mogę patrzeć na te sztucznie upozowane dzieci. Kojarzy mi się to ze starymi sesjami pogrzebowymi, kiedy układano martwych ludzi do zdjęć.
Od roku mieszkam i pracuję w jednym z większych miast w Polsce. Niestety nie stać mnie na wynajem mieszkania, a cenię sobie prywatność, więc żeby nie wylądować na bruku, kupiłem sobie przyczepę kempingową na kredyt, do tego wynająłem garaż z kanalizą i podłączeniem do prądu, w którym jest zaparkowana przyczepa. Za rok spłacę kredyt, a przyczepa zostanie i koszt życia praktycznie w centrum miasta będzie mnie wynosić poniżej 500 zł miesięcznie.
A mówią, że życie w mieście jest drogie :D
Sytuacja z dziś.
Pojechałem sobie do sklepu po coś na kolację, jedynego dużego sklepu w całej okolicy, więc ruch zawsze tam jest duży. Dodam tylko, że jestem przed dwudziestką, więc wyglądam raczej młodo. Jako że mam orzeczenie o niepełnosprawności oraz kartę parkingową, to korzystam z tego przywileju. Tak było i dziś, zaparkowałem na jednym z 3 miejsc, jako że wszystkie miejsca dla niepełnosprawnych były wolne (staram się nie korzystać z tego przywileju, jeśli nie ma więcej wolnych miejsc dla niepełnosprawnych, kierując się zasadą, że może znajdzie się ktoś bardziej chory). Położyłem kartę za szybę i wyszedłem z samochodu. Przyczepił się do mnie jakiś typek, na oko 30 lat. Powiedział mi, żebym wyjął też wózek, ostentacyjnie żując przy tym gumę, na co grzecznie mu powiedziałem, że mam kartę, którą zresztą mu pokazałem (jest tam zdjęcie, imię, nazwisko), po czym poszedłem na zakupy. Kiedy wróciłem, miałem zalepiony zamek od drzwi gumą do żucia.
Zrobiło mi się najzwyczajniej przykro. Szkoda, że żebym mógł korzystać ze swoich praw, musiałbym mieć ujebane obie nogi przy samej dupie i ręce przy łokciach.
Innym razem miałem popisane markerem wszystkie szyby, raz ktoś przebił mi oponę - swoją drogą genialny pomysł. Nie chce, żeby ktoś tu stawał, więc unieruchomię go na tym miejscu. Wymiana opony w moim stanie nie wchodziła w grę. I to naprawdę przykre, że po kilkunastu operacjach na ręce, nogi, kręgosłup i różne choroby krążenia spotykają mnie takie sytuacje. Zazwyczaj nie utrudniają mi może jakoś specjalnie życia, ale to naprawdę przykre. Chętnie oddam to miejsce parkingowe, ale weźcie ze sobą moje choroby. Trochę więcej zrozumienia, to, że ktoś nie czołga się po podłodze nie znaczy, że wszystko w nim w porządku.
Dużo jest wyznań od osób, które pozostawione same sobie na początku dorosłego życia, bez wsparcia rodziców czy też innej rodziny, nie poddały się i doszły do czegoś. Piszę z tej drugiej strony, jako matka dorosłego, prawie 20-letniego syna.
Razem z mężem pracowaliśmy i dbaliśmy o dzieci, nie uważam, żebyśmy byli złym przykładem, przez długie lata opiekowaliśmy się schorowanymi rodzicami, każde z nich do końca swoich dni miało opiekę w naszym domu i to nie z obowiązku, ale z miłości.
Mój syn rok temu skończył szkołę, dobrze zdał maturę, bez problemu dostał się na studia, sam wybrał kierunek i miasto, jak najdalej od domu. Ale nie to było problemem, zawsze powtarzałam, że dopóki pracujemy i chce się uczyć, to będzie miał naszą pomoc.
Już w listopadzie wiedziałam, że wyjechał z domu chyba nie po to, by studiować. W grudniu podjął decyzję o rzuceniu studiów. Nie było łatwo mi to przyjąć do wiadomości, ale trudno... Mówię - nie studiujesz, więc pracuj. On poszuka pracy w mieście, w którym studiował, bo przecież w naszej "mieścinie" (ponad 50-tysięcznym mieście) nie znajdzie pracy. Na to też się zgodziliśmy, co wiązało się z tym, że utrzymywaliśmy go kolejny miesiąc, przez styczeń miał pracować na swoje utrzymanie już od lutego. Pod koniec stycznia wrócił do domu, bo w styczniu nie pracował, dlaczego? Bo tak się ułożyło. Po kilku dniach bez problemu znalazł pracę w tej naszej nędznej mieścinie. Pozwoliłam mu się nie dokładać do wydatków, bo przecież zostawił pokój w mieście, za który musi płacić, no i miał tam wrócić, to niech oszczędzi jak najwięcej.
Wyjechał pod koniec maja, więcej wydaje niż zarabia, narobił długów i krzyczy "pomóżcie, pożyczcie, nie mam za co żyć". I wiecie co? Jestem wyrodną matką, bo w końcu powiedziałam dość. Boli mnie serce, nie mogę spać, ale nie dam się więcej wykorzystywać, nawet własnemu dziecku.
Wszyscy mówili, że jak będę w oficjalnym związku, to wszystko będzie takie poważne i monotonne.
Wracam w piątek po pracy i wizycie u znajomych do domu, tak koło 20. Moja narzeczona leży na kanapie, naga, w towarzystwie butelki whisky, i pijana śpiewa sobie piosenki Britney Spears z teledysków na telewizorze. A na całym ciele wymalowała sobie czarnym flamastrem jakieś plemienne wzory. Gratuluję kunsztu artystycznego i proponuję prysznic, mydło i szczotkę, bo może dostać podrażnienia skóry. Miłość mojego życia zgadza się na prysznic, ale tylko wspólny. Ja staram się zmyć z niej te tribale, ta raczej cieszy buźkę i śpiewa Roxette. Pyta, czy pobawimy się w więzienny prysznic.
Ten związek na razie nie pozwoli mi spoważnieć.
Dziś wyszłam z moim bratem i jego fajnymi kolegami do kawiarnio-cukierni. Kiedy kelner przyjmował zamówienie, powiedziałam jak ostatnia narwana pipa "lubię te białe, kremowe rzeczy". Chłopak naprzeciwko zakrztusił się wodą.
Za każdym razem jak wchodzę do domu, to od razu zaglądam do salonu i patrzę, czy w fotelu nie ma mojego Taty. Zawsze uwielbiał w nim siedzieć... zmarł 13 lat temu, a ja nadal odruchowo zerkam w ten fotel.
Wszystkie liczby jakimi się posługuję muszą być okrągłe, a w najgorszym wypadku podzielne przez 5. Byłam chyba pierwszą osobą w Polsce, która na żądanie zmieniła sobie PIN do karty kredytowej, bo numeru z rodzaju 2137 bym w życiu nie zapamiętała, więc poprosiłam o 2030. Te kilka lat temu naprawdę niełatwo było zmienić PIN, zapewniam. ;)
Jak byłem mały to na naszym osiedlu mieliśmy taki mały kiosk z gazetami, jakimiś tandetnymi zabawkami, pocztówkami i całą gamą tanich pierdół.
Interes ten prowadziła pani Gienia – kawał wrednego babska, które miało w zwyczaju rozpoczynać biznesy ze swoimi klientami od pytania „Czego?”. Ponadto notorycznie źle wydawała resztę (oczywiście - na swoją korzyść) i do przesady wręcz nienawidziła dzieci. A my dzieciakami byliśmy i za każdym razem, gdy kupowaliśmy w tym kiosku wafelek „Kukuruku” narażeni byliśmy na pełne pogardy spojrzenia i wyburkiwane pod nosem złośliwości.
Pewnego razu, po jednej z dostaw, w asortymencie babiszcza pojawiły się kłódki na kod, z takim pokrętłem, jak od sejfu. Każda z nich miała przypisane do siebie cztery cyfry, za pomocą których otwierało się zamek. Kiedy wracaliśmy z kumplem ze szkoły w naszych głowach narodził się pomysł godny jedynie prawdziwego geniusza zła.
- Kłódkę poproszę. - rzekłem do naburmuszonej kobiety, której mina wskazywała oburzenie faktem, że oderwaliśmy ją od rozwiązywania krzyżówek panoramicznych.
- Osiempiesiąt… - mruknęła baba rzucając nam przed nos pudełko.
Kolega zaczął grzebać w kieszeni, a ja szybko wyjąłem kłódkę z opakowania i założyłem ją na skobelek, którym kioskarka zamykała co wieczór swój „lokal”.
- Wie pani co? Jednak podziękuje za tę kłódeczkę. Powiesiłem ją pani tutaj przy drzwiczkach... Kod to kombinacja cyfr 3,6,1 i 9. Musi pani pokombinować. Ma pani tylko 256 możliwości! - krzyknąłem na odchodne.
Upiorne babiszcze zostało uwięzione w swej grocie, a my z ukrycia obserwowaliśmy, jak przez resztę popołudnia jej mąż trzymając w dłoni notesik usiłował rozgryźć kod. W końcu dał sobie spokój, bo pani zachciało się pilnie iść do ubikacji, więc w ruch poszedł jakiś stary brzeszczot, którym facet przeciął kłódkę.
Dziś bym takiego numeru nie powtórzył, ale chyba trochę jest prawdy w tym, że dzieci często wykazują iście psychopatyczne skłonności...
Dodaj anonimowe wyznanie