Na 2 dni przed wspólnym wyjazdem do Tajlandii z moją dziewczyną, otrzymałem dowody na jej regularną niewierność z kolegą z pracy. Było słabo. Człowiek pracuje, stara się, poświęca czas drugiej połówce, a tu okazuje się, że ta przyprawia mu regularnie rogi. Normalnie sprawa byłaby jasna. Ale szkoda mi było tej Tajlandii. Bilety imienne, biuro podróży nie zwróci ani grosza przy rezygnacji na chwilę przed. Mógłbym jechać sam, ale sam zapłaciłem za nas oboje i połowa pieniędzy byłaby stracona, a nie zabronię jej przecież wykorzystać jej biletu. Nie chciało mi się na nią patrzeć, co dopiero jechać z nią na 2 tygodnie do Azji. I wpadłem na pomysł. Duma do kieszeni, mała zemsta podniesie mnie na duchu.
Nic jej nie powiedziałem. Jak nigdy nic polecieliśmy do Tajlandii. Spędziliśmy 2 tygodnie na fantastycznej zabawie i wypoczynku. Znaczy bardziej ja spędziłem. Ona głównie siedziała na kiblach i srała. Ja ją pocieszałem i podawałem wodę. Okazjonalnie również środek powodujący sraczkę. Była pewna, że inny klimat i inna woda tak jej zaszkodziły. A ja sobie udawałem zasmuconego jej kondycją, cieszyłem się okolicznymi atrakcjami z cichą nadzieją, że zasra się na śmierć.
Wróciliśmy do Polski. Ja opalony i wypoczęty, ona jako odwodniony wrak.
Miesiąc później z nią zerwałem. Niech przyprawia rogi komuś innemu.
Wyszedłem z domu, przeszedłem kilka ulic, na skrzyżowaniu skręciłem w prawo. Na wprost mnie był ogromny budynek - garaż piętrowy, wszedłem na jego teren i windą wjechałem na najwyżej położony poziom.
Usiadłem z nogami na zewnątrz, spoglądałem ukradkiem w dół na asfaltową, twardą i ciemną ulicę. Na wprost mnie budynek z metalu i szkła.
Dzwoni telefon, ze zdjęcia patrzą na mnie tak nieaktualnie wesołe uśmiechnięte oczy, jedne zielone, drugie brązowe. To żona.
Nie odbieram. Mógłbym, ale to nic nie zmieni, nic nie zmieni przeszłości.
Minęło 9 miesięcy od pogrzebu 9-letniej dziewczynki z brązowymi oczkami, tak ufnie patrzącymi w moją stronę.
Potrzebowała nerki. Nikt jej nie dał nerki, chciałem dać jej swoją, dałbym jej wszystkie narządy, jakich by potrzebowała. Płuca, wątrobę... Serce już moje dawno miała, ale to bijące też bym jej oddał, gdybym pasował.
Nie pasowałem, ojciec nie pasował do dziecka.
Druga osoba na zdjęciu, zielonooka blondynka, żona... Która po tylu latach przyznała się, że to nie była moja córka.
Jak do cholery jasnej przejść nad tym do normalności?! Dni, tygodnie, lata - pełne kłamstwa i obłudy! Ku*wa mać!
To nie jest apel, po prostu robię wszystko, żeby wyrzucić z siebie trochę tego co czuję, mając nadzieję, że obarczając was sam poczuję się lepiej.
W podstawówce byłam prześladowana ze względu na bycie "grubasem". Wyzwiska, rzucanie kamieniami, poniżanie. Co tylko można sobie wymarzyć. W pewnym momencie byłam tak wściekła, że podsunęłam moim "kolegom" inne odstające od normy osoby, nad którymi razem się znęcaliśmy. Z ofiary stałam się oprawcą.
Przepraszam was za to, wiem, jak musiało was to boleć, ale nie wiedziałam wtedy, jak inaczej mogę się obronić.
Gdy byłem mały, rodzice często zostawili mnie i moją siostrę pod opieką dziadków na weekend - zdarzało się, że była też tam również kuzynka.
Jako że byłem najmłodszy, często zdarzało mi się z płaczem biec do babci i żalić, jak to dwie starsze dziewczyny strasznie mi dokuczają.
Pewnego razu, gdy po raz kolejny przybiegłem zaryczany do babci aby się poskarżyć, dostałem od niej radę... "nie daj się, to ty jesteś facet, pokaż im, że masz jaja i nie jesteś baba".
Tak też za dobrą radą mojej babci, pobiegłem do pokoju i stojąc przed siostrą i kuzynką ściągnąłem spodnie... Nie pamiętam dokładnie co powiedziałem, ale pamiętam za to, jak obydwie wybuchły śmiechem, a ja uciekłem z płaczem do babci... Która zresztą też nie dała rady się powstrzymać, gdy jej powiedziałem co zrobiłem :D
Zasmuciła mnie jedna rzecz, jaką zauważyłam u dzieci mojej sąsiadki. Chodzi dokładnie o nieszanowanie zabawek i prezentów…
Był to Dzień Dziecka, a moja sąsiadka (mająca dwie córki – 8 i 9 lat) postanowiła zaprosić swoją rodzinę oraz mnie z mężem na kawę, aby uczcić to wielkie święto Małych Ludzi :). Każdy z nas kupił dziewczynkom prezenty; część była „firmowymi” zabawkami, ale niektóre były zwykłymi pluszakami czy grami… Myślałam, że dzieci ucieszą się z tylu prezentów, ale niestety myliłam się…
- Słodyczy i owoców w ogóle nie uznały za prezent – wylądowały na ziemi i w trakcie zabaw wszystko podeptały; z czekolad zrobiły sobie paletki (!) do bicia siebie nawzajem, a żelkami zaczęły się rzucać;
- mniejsze prezenty tj. pisaki, ciastolinę, puzzle, kolorowanki od razu rzuciły do kąta, nawet nie patrząc co to jest;
- pieska na baterię, który szczekał i machał ogonkiem, kopały, by się przewrócił, już nie mówiąc, że dźgały go długopisem po oczach „Czy będzie piszczał?”; na końcu wyrzuciły go z balkonu sprawdzając, czy lata (BTW, to podobno jest z jakieś bajki!!);
- po plastikowych kręglach zaczęły deptać, by były płaskie;
- od jednego z gości dostały dużego pluszowego słonia – wzięły nożyczki i zaczęły obcinać trąbę, uszy, ogon… na końcu wrzuciły zabawkę do basenu i biły w nią nadmuchiwanymi piłkami, by zatonęła;
- lalkę, która śpiewała (typu „Jej wysokość Zosia”) zdążyły popsuć cały czas naciskając wszystkie możliwe guziki, a na końcu były tak zajęte obcinaniem uszu słoniowi, że lala spadła za fotel;
- pluszowy miś od pradziadków wylądował pod stołem, niestety nieświadomie kopany przez resztę domowników (powiem Wam, że to mnie najbardziej zasmuciło, ponieważ prababcia chyba pamiętała jak „mnóstwo” zabawek miała w swoim dzieciństwie i była naprawdę przygnębiona).
Gdy na to patrzyłam, byłam naprawdę smutna. Nasz prezent wylądował w grupie „dupereli w kącie”, a interaktywny piesek nie dotrwał do wieczora… Może ja pochodzę z jakiejś mało majętnej rodziny, ale przenigdy ani moje rodzeństwo, ani ja nie wpadlibyśmy na to, aby tak traktować prezenty. Wszystkie zabawki (czy plastikowe, czy pluszowe) były szanowane, ani razu nie rzucone na ziemię, już nie mówiąc o zniszczeniu.
Dlaczego rodzice nie reagowali na takie zachowanie? Przecież za kilka lat dziewczynki będą niszczyły wszystko i niczego nie uszanują… W pewnym momencie powiedziałam przy stole „Jak byłam mała, to za takie rzucanie zabawek dostałabym po łbie”… Wtedy rodzice na mnie ruszyli „Przecież to dzieci! Muszą się bawić!”, „A co, mają siedzieć i czytać książki?!” i powiedzieli… że chyba się zasiedzieli. I mieli rację, bo dłużej na takie bananowe wychowanie nie mogłabym patrzeć.
Dwa lata temu postanowiłam z moim partnerem spędzić urlop w górach. Mieliśmy się spotkać na miejscu, bo on wracał z delegacji. Po kilkunastu godzinach spędzonych w pociągu wysiadłam na dworcu i dostałam SMS, że "z nami koniec". No cóż, urlop słabo udany.
Tegoroczne wakacje. Te same góry, nowy chłopak. Spędziliśmy tam dwa tygodnie. Wszystko cacy. Po powrocie przestał się do mnie odzywać (nie mieszkaliśmy razem).
W następnym roku planuję urlop nad morzem.
Kojarzycie syndrom paryski? Turyści zawiedzeni mało romantycznym prawdziwym obliczem Paryża popadają w coś na kształt depresji.
Ja mam syndrom amerykański... Odkładałem bardzo długo, żeby pojechać do USA. Miało być 6 tygodni motocyklem przez Stany. Po 4 wróciłem do domu.
Kilka lat marzeń i planów zniszczone przez moje wyobrażenie o amerykańskim śnie. Wiem, że to nie lata 80., kiedy Stany wydawały mi się w tamtym czasie Nirvaną, ale to co tam zobaczyłem tak bardzo odbiegało od moich wyobrażeń, że nie umiałem tam dłużej zostać.
Minęło już 8 m-cy, a ja nadal czuję pustkę po utraconym marzeniu.
Tak ostatni wzięło mnie na wspominanie mojej świętej pamięci babci. Gdy byłem w podstawówce, seniorka naszego rodu miała już trochę nierówno pod dekielkiem, delikatnie mówiąc. Alzheimer i parę innych umysłowych zaburzeń. Babcia co chwilę odwalała jakieś numery. A to usiłowała odgrzać sobie obiad w telewizorze, myląc go z mikrofalówką, a to nagle przypominała sobie, że musi zadzwonić do swojej koleżanki – Helenki, która to odeszła z tego świata pół wieku wcześniej.
Mieszkała razem z nami. Trzeba było ją pilnować i dbać o to, aby przy kolejnym „odpale” nie przyszło jej do głowy np. podgrzewać wody w wannie za pomocą suszarki czy wyrównywać fałdy na dywanie za pomocą rozgrzanego żelazka.
Mimo że babcia była szalona, to wszyscy bardzo ją kochaliśmy i prawdę mówiąc to mieliśmy z nią dużo śmiechu. Ona sama, zdając sobie sprawę ze swoich ułomności i wiedząc, że jest z nami bezpieczna, czuła się z swobodnie w rodzinnym domu, wśród najbliższych jej osób.
Umówiliśmy się, że nie będziemy dawać jej do zrozumienia, że jest starą wariatką – to mogłoby jej sprawić przykrość. Znosiliśmy więc jej „wybryki” dzielnie. Pamiętam, że od moich najmłodszych lat babcia podkradała mi zabawki, które następnie pod koniec roku pakowała w papier śniadaniowy i kładła pod choinką w formie prezentu dla mnie. I tak też do perfekcji opanowałem sztukę teatralnego cieszenia się z otrzymanych od babci samochodzików, ludzików GI Joe, czy kartridżów do Pegasusa, które starowinka bezczelnie zajumała mi parę miesięcy wcześniej...
Moja dziewczyna wyjechała na kilka miesięcy beze mnie. Jak się pewnie domyślacie, zdradziła mnie. Jak się o tym dowiedziałem? Otóż podróż się jeszcze nie skończyła, a ja już odnalazłem jednoznaczne zdjęcia na profilach społecznościowych jej znajomych.
Ona nie wie, że ja wiem. Rozmawiamy jak za dawnych dobrych czasów, jakby nic się nie stało. A co jest w tym najlepsze? To, że wydrukowałem te zdjęcia w formacie A1 i obkleiłem nimi CAŁE nasze mieszkanie. Trochę mnie to kosztowało, ale było warto.
Nie przemyślałem jednego. W międzyczasie rodzice do mnie dzwonili na kamerce. Za każdym razem odbierałem siedząc na kiblu, żeby nic nie widzieli. :D
Nie mogę się doczekać powrotu "mojej dziewczyny".
Ostatnio wracałem z imprezy, a że mieszkam niedaleko klubu, wracałem na nogach. Poszedłem na skróty przez las i zaczepiły mnie 3 dziewczyny. Zapytały, czy mogę z nimi przejść przez ten las, bo się bardzo boją. Zażartowałem sobie z nich i powiedziałem, że jak byłem żywy, to też się bardzo bałem.
Jeszcze nigdy wcześniej nie widziałem, żeby ktokolwiek tak szybko uciekał i tak głośno krzyczał :D
Dodaj anonimowe wyznanie