Wczoraj dostaliśmy z partnerem telefon od jego mamy z informacją, że zapukała do niej straż miejska szukając mojego chłopa, więc podała im nasz aktualny adres. Siedzimy, myślimy o co może chodzić, nic do głowy nie przychodzi. Był piąteczek wieczór, koło 21, kiedy usłyszeliśmy pukanie do drzwi.
Mili panowie przeprosili za niedogodną porę i migusiem rozwiali nasze wątpliwości czego dotyczy wizyta. Okazało się, że w lutym dostaliśmy mandat za samochód zaparkowany na zakazie (zakaz jest od godziny 8 do 22, ale się komuś zaspało do pracy, a karteczka z mandatem znikła). Strażnik szepnął również, że nasza kochana sąsiadka przyłożyła do tego mandatu rękę, w zasadzie telefon. Poinformował nas, że sprawa została skierowana do sądu, że koszta sądowe, że odsetki, no generalnie czarna dupa, bo z kasą stoimy co najmniej cienko. Po prostu dupa.
Na szczęście strażnik okazał się zaradnym człowiekiem - polecił, żeby właściciel auta zeznał, że nie jest w stanie potwierdzić kto kierował pojazdem tego dnia, a za to grozi mandat w wysokości pięciu dyszek :) Upiekło się, uff :)
Coraz częściej spotykam poczciwych mundurowych :)
Mój syn ma 4 lata i jest specyficznym dzieckiem. Wyjątkowo dobrym, uczynnym i wrażliwym. Nie jest to tylko moja opinia, bo wiadomo, że dla każdej matki jej dziecko jest takie "naj". Jest to opinia wszystkich ludzi, którzy spędzają z moim synem trochę więcej czasu. Wszyscy mówią, że takiego dziecka w życiu nie spotkali. Mój syn ma też niesamowitego farta. Za każdym razem jak wychodzimy z domu, coś mu się dobrego przytrafia, a to kierowca na końcowym zaproponuje mu zabawę w jego kabinie, a to dostanie naklejki od pani z kiosku, w restauracjach zawsze gratisy i upominki "bo taki grzeczny i uśmiechnięty". Syn nie płacze, nie marudzi, jak się przewróci, to wstanie, otrzepie się, przyjdzie po buziaka i po sprawie.
Teraz czas na część anonimową. Mój syn trzy razy umierał. Rak nerki zdiagnozowany tuż po urodzeniu, dosyć częsty nowotwór u dzieci, jednak dwa lata wyjęte z życia. Dwa lata bez rówieśników, placów zabaw, wyjść gdziekolwiek. Tylko do szpitala. Operacje, chemia, wszystko go wykańczało. Operacje przeszedł tak ciężko, że jestem pod ogromnym wrażeniem, że taki mały człowiek wciąż daje radę się uśmiechać po takiej ilości bólu jakiej doznał i po tym, jak widział, jak odchodzą jego koledzy z oddziału. O jego chorobie nie wie nikt poza najbliższą rodziną, przyjaciółmi i przedszkolankami. Dopiero kiedy ktoś zauważy blizny po operacjach, drenach lub porcie, to mówię w skrócie co mu było.
Nie da się opisać tego, jak bardzo wdzięczna jestem za każdy miły gest, jaki mój syn dostaje od przypadkowo spotkanych osób . Za każdy uśmiech u niego wywołany, kiedy w końcu może poznawać świat i zobaczyć, że w życiu już nie ma bólu. Mam też ogromną nadzieję, że jego chęć życia i radość zostanie z nim na lata, nawet kiedy zacznie poznawać świat od tych gorszych stron.
Mój brat to był taki typowy Pioter, chciałoby się rzec. Akurat na imię mu Paweł, ale to szczegół. Chude, w dresach, ostrzyżone na jeża i niezbyt toto wydarzone, także intelektualnie, ale na swój sposób też genialne.
Jako brat czuł się zawsze odpowiedzialny za siostrę, nawet starszą. Chciał mnie chronić przed okolicznymi Sebami (którzy coraz śmielej sobie poczynali), ale ani siłownia, ani obiadki u babci nie poprawiały jego tężyzny fizycznej, wpadł zatem na genialny plan - zabrał na siłownię mnie. Duża nie jestem, całe 1,7 metra i 65 kilogramów wagi, za to kondycję mam jak ta lala. Brat ma wzrostu 1,9 m, a waży o dwa kilo więcej, ledwie siatki z zakupami podnosi. Ale nie, nie posłał mnie tam, bym nauczyła się bić. Zabrał mnie tam, bym nauczyła się technik podnoszenia dużych ciężarów. Po co?
Gdy już pod okiem trenera nauczyłam się jak bezpiecznie "rwać", przyszła pora na ćwiczenia z Pawłem i jego Gangiem Suchoklatesiaków ze szkoły. Przy wzmożonej współpracy wypracowaliśmy przez kilka tygodni całkiem ładne przedstawienie, polegające na podnoszeniu ich i "rzucaniu" nimi niczym Kokosz praskający ławą w zbójcerzy.
Po co to wszystko? Dla okolicznych Sebów. Kolegów brata nikt w okolicy nie znał. Chłopaki wywatowali się nieco ciuchami, by wyglądać na masywniejszych i odegraliśmy sztukę pt. "Rudy kurdupel dosłownie rzuca bandą niemal dwumetrowych gości". Skończyły się zaczepki, skończyły próby łapania za spódnicę czy ręce, gdy wracałam do domu, a oni okupowali ławeczkę. Skończyło się też szturchanie i popychanie brata po tym, jak wychyliłam się z okna i zapytałam, "czy mam do panów zejść i im wp*erdolić, czy to jakaś pomyłka?".
A Paweł i jego kumple odkryli w sobie dryg do tańca (breakdance) przez te ćwiczenia. To było trzy lata temu, ja mam spokój, a panowie zdobyli ostatnio nagrodę w międzywojewódzkim konkursie licealnym. Paweł rzucił przez tę pasję tępe gapienie się w telewizor całymi dniami, nabrał względnej krzepy, zaczął solidnie o siebie dbać. Zdobył dziewczynę, która jest cudowną osobą.
Szkoda, że miesiąc temu zabił go pijany kierowca, który wjechał na czołówkę. Pawła nie dało się uratować, pijak wyszedł z tego niemal bez szwanku.
Mój dziewięcioletni synek wychowuje się bez mamy, która zginęła w wypadku, kiedy młody miał jakieś półtora roku. Staram się być najlepszym rodzicem na świecie, ale wiadomo, że nie zawsze wychodzi.
Niedawno zaczął się rok szkolny. Młody zawsze dobrze sobie radził z nauką, ale od września w jego klasie zmienił się wychowawca i wiedziałem, że będę musiał monitorować jego szkolne życie trochę bardziej niż zwykle. Niestety, wykrakałem. Już po tygodniu dostałem wezwanie do szkoły. Młody pobił się z kolegą. Chłopak nigdy nie sprawiał problemów wychowawczych, jest bardzo spokojnym dzieckiem i nigdy nie był skóry do bójek. Po rozmowie z nową wychowawczynią wziąłem młodego na spytki, ale niczego z niego nie wyciągnąłem.
Po jakimś czasie mój telefon znowu się obudził. Wychowawczyni zadzwoniła do mnie z informacją, że mój syn nie wykonuje żadnych poleceń nauczycieli i jest w stosunku do nich dość opryskliwy. Wtedy zacząłem się martwić, że jednak zawiodłem jako rodzic. Nie wiedziałem co mam robić. Rozmawiałem z nim długimi godzinami, tłumaczyłem, że tak się nie robi. W domu młody zachowywał się tak jak zwykle, więc tym bardziej nie wiedziałem o co chodzi z tymi problemami w szkole.
W ciągu pierwszego miesiąca dostałem kilka wezwań do szkoły, a na pierwszej wywiadówce musiałem zostać jeszcze pół godziny dłużej.
Rozwiązanie problemów przyszło równie nieoczekiwanie.
Pewnego wieczoru młody przyszedł do mnie ze zwieszoną głową i zapytał, czy jestem na niego zły. Wtedy też wreszcie wszystko mi wyjaśnił. Nowa wychowawczyni to młoda, atrakcyjna kobieta, mniej więcej w moim wieku. Mój syn obmyślił sobie plan, że jeśli będzie sprawiał problemy, nauczycielka będzie mnie wzywać do szkoły i w końcu się w sobie zakochamy. Podobno widział to na jakimś filmie.
Z jednej strony mi ulżyło, ale z drugiej uświadomiłem sobie, że faktycznie go zawiodłem.
PS. Powiedziałem o wszystkim wychowawczyni. Nie, nie jesteśmy razem, ale założyłem konto na portalu randkowym. Chcę znaleźć sobie żonę i matkę dla mojego dziecka, żeby miał pełną rodzinę, tak jak jego koledzy.
Od paru lat wyniszcza mnie emocjonalnie jedna sytuacja z życia.
Po prostu nie umiem sobie wybaczyć i śni mi się to po nocach.
Popołudniowe lato, gorąco jak cholera.
Mój półtoraroczny synek uciął sobie drzemkę z moim partnerem w naszym łóżku.
Z racji pogody okno było otwarte. Po jakimś czasie też mnie lekko zmogło, więc ułożyłam się obok synka. Gdy oczy robiły się coraz cięższe, spojrzałam jeszcze raz na to okno i w myślach sobie powiedziałam, że na pewno obudzi mnie młody jak wstanie, więc nie muszę się martwić i go zamykać, bo się podusimy przez ten upał, a tak przynajmniej jest przewiewnie. Mieszkaliśmy na czwartym piętrze.
Nie wiem ile czasu spaliśmy, ale obudziło mnie walenie do drzwi.
Tak dobrze mi było, nie chciało mi się wstawać. W końcu za piątym uderzeniem przeklęłam i leniwie pomaszerowałam do drzwi. Otwieram, a tam "sporych rozmiarów" spocony i zasapany nie mogący wydusić z siebie słowa machający tylko rękami facet.
Dotarło do mnie...
Dosłownie jakbym dostała czymś ciężkim w głowę!!
Kalkulacja: dziecko wstało, okno!!
Wbiegam do sypialni, w łóżku go nie było. Już byłam pewna.
Okno miało roletę, więc nie mogłam dostrzec, czy dalej tam jest...
Zawołałam go delikatnym miłym i spokojnym głosikiem. Odsunął roletę i spojrzał na mnie takimi radosnymi oczkami, uśmiechając się od ucha do ucha. Siedział na parapecie z nóżkami poza oknem, machając nimi. Z młodym często bawiliśmy się, że ja go goniłam, a on uciekał. Byłam pewna, iż potraktuje to właśnie jak tę zabawę. Wzięłam głęboki oddech i ponownie zawołałam go w ten sam sposób co za pierwszym razem, podchodząc do niego wolno, po czym sięgnęłam go chyba za pampersa i zrzuciłam go z tego parapetu do domu. Ręce i nogi trzęsły mi się jak nigdy dotąd, tak mocno go obejmowałam, że mało go nie udusiłam.
Facet opowiedział mi później, że mieszka naprzeciwko na trzecim piętrze i paląc papierosa na balkonie dostrzegł, jak mały sobie siedział i obserwował otoczenie. Temu panu jestem wdzięczna do dzisiaj... Nie dość, że czwarte piętro, brak windy, bo stara kamienica, to jeszcze domofon nie działał. Zanim on się dostał do środka, wbiegł na nasze piętro, dopukał się do nas, to aż mnie skręca... Nie mogę nawet myśleć, ile mój synek czasu spędził w tym oknie...
Czuję się z tym okropnie pomimo tego, że ostatecznie nic mu się nie stało.
Czuję się tak za każdym razem, kiedy tylko o tym pomyślę, a niestety to non stop do mnie wraca, skręca mnie normalnie od środka.
Patrzę na mojego sześciolatka i nie umiem nawet myśleć o tym, że przez moją głupotę mogłoby go już nie być. Wstydzę się i nigdy mu tego nie opowiem...
Mam 30 lat, żonę, 4-letniego synka i drugiego w drodze. Mój syn od urodzenia był wychowywany z miłością i szacunkiem, żeby sam był taki jak dorośnie. Mały strasznie dawał nam popalić jak zaczął chodzić do przedszkola, zrobił się jak typowe „brajanki”, płakał gdy na coś z żoną mu nie pozwalaliśmy, rzucał się na podłogę w sklepie, nie słuchał się. Na nic nie zdawały się rozmowy, dotychczasowe kary, nagrody...
Pewnego dnia po jednej z takich akcji nie wytrzymałem, obiecałem sobie, że nigdy tego nie zrobię, a jednak, przełożyłem małego przez kolano i dałem kilka klapsów na tyłek. Mały przestał wrzeszczeć, nie płakał, był zdziwiony co się stało. Po chwili zaczął zbierać zabawki i układać na miejsce. Sam jestem w szoku, nigdy nie chciałem tego zrobić i mam nadzieję, że więcej nie dam ani jednego klapsa, ale jak widać pomogło coś, czego się wyrzekałem.
Kiedy skończyłam 18 lat, postanowiłam pierwszy raz pójść do ginekologa.
Byłam trochę zestresowana wizytą, a jak się stresuję, to moja zdolność słuchu w dziwny sposób spada i wszystko przekręcam. A może po prostu jestem głucha.
Pani doktor robiła notatki i przeprowadzała wywiad. I wtedy padło pytanie:
- Stróżyła pani?
Ja na to zrobiłam zdziwione oczy, chrząknęłam, zaczęłam się zastanawiać... W końcu doszłam do wniosku, że musiałam coś źle zrozumieć.
- Słucham?
- Czy stróżyła pani?
Nie no, chyba jednak znowu się przesłyszałam. Swoim błyskotliwym tokiem rozumowania wywnioskowałam, że mniejszy wstyd będzie, jak udam, że nie rozumiem pytania.
- Przepraszam, nie wiem, co to znaczy...
Pani doktor spojrzała na mnie wymownie, powoli zdjęła okulary, po czym zabrała się za wyjaśnienia z nutą zniecierpliwienia w głosie:
- Czy uprawiała pani seks, miała stosunek z drugą osobą.
Spaliłam buraka i bąknęłam tylko:
- Nie, nigdy!
Przy pierwszej okazji wyleciałam jak torpeda z jej gabinetu. :D
Może i jestem złym człowiekiem, ale wprost uwielbiam prowokować płacz u dzieci. Wystarczy chwila nieuwagi rodziców, abym mogła oddać się swojemu osobliwemu hobby. Nie, nie robię tym dzieciom jakiejś dotkliwej krzywdy. Po prostu strzelam do nich raczej mało sympatyczne miny. Za każdym razem się udaje. I ten popłoch w oczach rodziców, kiedy dzieciak zaczyna niespodziewanie płakać... Bezcenne.
PS Staram się to ograniczać ze względu na innych ludzi, bo mimo że ja czerpię z tego dziką satysfakcję, to innych może wku*wiać ryczący dzieciak.
Może nie jest to do końca wyznanie jakie lubicie, ale bardzo chciałabym się anonimowo podzielić swoimi przemyśleniami dotyczącymi akcji charytatywnych. Jestem matką pacjenta hematologii i wolontariuszką w szpitalu i jako że zbliża się okres akcji charytatywnych, chciałabym Wam opisać na kilku przykładach, jak to wygląda oddział w grudniu.
Telewizja, błysk fleszy, gazety. Piłkarze przynoszą pluszaki, szkoły wysyłają delegacje itp. W grudniu przez oddziały przewija się naprawdę mnóstwo osób chcących pomóc, większość z nich niestety nie potrafi zachować ciszy, szacunku, może jedna na dziesięć osób pyta, czy może zrobić sobie zdjęcie z biednym, łysym, podpiętym do czterech rurek dzieckiem. Kiedy słyszą odmowę część rozumie, część jest oburzona, bo przecież jest moda na #charity. To naprawdę widać, że większość z tych akcji jest organizowana dla własnego wizerunku, osobistej chęci zrobienia czegoś dobrego, jednak nie do końca przemyślanego. W ciągu jednego pobytu w szpitalu pięć razy wywalałam z sali grupy ludzi, którzy nawet bez pukania wpadali do nas z kamerami, gitarami i kolędami śpiewanymi zdecydowanie za głośno jak dla dziecka śpiącego po chemioterapii.
Nieprzemyślane prezenty i ich nadmiar (serio) to kolejne utrapienie. Co mamy zrobić z dziesiątą maskotką w tym tygodniu, co ślepe dziecko ma zrobić z kredkami, po co niemowlęciu puzzle. Madki oczywiście zawsze znajdą sposób "o, to damy Kasi, to kuzynce Basi, a to zostawimy dla Brajanka i już nie musimy kupować dzieciakom z rodziny prezentów".
Po skończonej akcji charytatywnej oczywiście można znaleźć zdjęcia swojego dziecka umieszczone bez niczyjej zgody na różnych stronach. Uwierzcie, że niektórzy rodzice nie chcą, aby ich dziecko było pokazywane w takim a nie innym stanie. Ale nikt o zdanie nie pyta. Kiedyś nie pozwoliłam ekipie telewizyjnej wejść na salę, to nas filmowali przez zamknięte przeszklone drzwi.
Oczywiście doceniam to, że ludzie chcą przychodzić i chcą pomagać. Fajnie byłoby natomiast, gdyby zamiast kolejnego pluszaka syn dostał wypis. Zamiast worka zabawek chcielibyśmy, aby te pieniądze zasiliły konto fundacji współpracującej ze szpitalem, aby zamiast kolejnej kolorowanki lub breloczka od drużyny siatkarskiej ktoś się z synem pobawił, abym ja mogła iść coś zjeść i napić się kawy. Fajnie by było, gdyby zamiast puzzli ktoś wywołał uśmiech na twarzy dzieci organizując teatrzyk lub spędzając z nimi czas, robiąc ozdoby, które to dziecko może wziąć do domu.
Bo takie wizyty ze szlachetnie zebranymi pluszakami trwają zazwyczaj 30 sekund, w hałasie i w towarzystwie błysków lampy aparatu, a potem znów zostajemy sami.
Obecnie moje dziecko ma siedem lat i od 7 lat co roku obserwuję ten sam grudniowy szpitalny cyrk. To co robią wolontariusze jest dobre, lecz byłoby to znacznie lepsze, gdyby zostało przemyślane nie tylko pod kątem lajków.
Jestem ratownikiem. Całe lato zdarzyło mi się psioczyć na nowy model spodni ratowniczych, który na tyłku i kieszeniach, od środka ma gumową "ceratę". Sauna dla pupy. Miodzio.
Zostały rzucone w kąt i dziś wróciły do łask. Na moje szczęście. Pierwszy raz w życiu - oszukała mnie dupa. Wracając z pracy, dobre 15 km w korku spowodowanym utrudnieniami związanymi z maratonem, uwolniony został skrywany już z trudem potężny ładunek gazu usypiającego. Ale chwila... Coś za ślisko. Smród rozniósł się po aucie. Dotarła do mnie smutna prawda i w tej chwili ktoś puka do okna samochodu - policjant, który kierował ruchem. Nie wiem co chciał mi powiedzieć, bo skrzywił się, machnął ręką, i odszedł.
Ale dzięki przeklinanej latem ceracie na pupie, mój tyłek nie świecił żółto-brązową mokrą plama w drodze do bloku, a pranie tapicerki nie musiało pożreć połowy mojej wypłaty.
Chwała ceracie.
Dodaj anonimowe wyznanie