Wiele się kiedyś słyszało o wyłudzaniu pieniędzy metodą "na wnuczka" czy "na policjanta", ale mój piętnastoletni pierworodny może pochwalić się kreatywnością. Otóż on pieniądze próbował wyłudzić metodą "na geja".
A konkretnie: szedł sobie na końcówkę mszy i stawał na końcu pod kościołem z karteczką "Jestem gejem, zbieram na terapię". Dzięki "dobroczynności" starowinek z miasta zebrał niezłą sumkę, zanim z żoną się zorientowaliśmy. Kary żadnej nie dostał, ale nigdy nie zapomnę jego miny, kiedy żona rzuciła żartem, żeby faktycznie nie został gejem.
Puenty brak, chciałem tylko podzielić się anegdotką.
Wiecie czemu nie lubię chodzić na świąteczne zakupy? Ponieważ wszędzie widzę piękne zabawki, które chciałabym sobie kupić, zanieść do domu i poustawiać na komodzie w mojej sypialni. Mam 25 lat, a chcę mieć swoje zabawki. Czemu? Wszystko przez to, jak moja matka odebrała mi dzieciństwo.
Gdy byłam małą dziewczynką, mój tato traktował mnie jak swoją księżniczkę! Byłam jego oczkiem w głowie. Spędzałam z nim każdą wolną chwilę, gdy miał wolne w pracy, razem się bawiliśmy, jeździliśmy na wycieczki rowerowe itd. Lubił mnie rozpieszczać i praktycznie podczas każdego powrotu z pracy do domu kupował mi jakaś ładną lalkę, pluszaka czy figurkę przedstawiającą dane zwierzę. Kupował też karteczki, na które kiedyś był szał (zbieranie, wymienianie się itd). Byłam mu za to bardzo wdzięczna, ale nie chciałam przywiązywać się do moich zabawek..
Zawsze, gdy wychodziłam do szkoły (miałam z 7-10 lat) chowałam zabawki gdzie się tylko dało, a z resztą, którą nie mogłam nigdzie upchnąć.. .żegnałam się.
Moja matka wyrzucała moje zabawki, rozdawała swoim znajomym, "weźcie dla swoich dzieci" czy po prostu niszczyła je. Nie, rodzice nie mieli problemów w małżeństwie. Moja mama po prostu uważała, że zabawek mam za dużo. Potrafiła wyrzucić do śmieci lalkę, która tata kupił mi dzień wcześniej. Było mi wtedy bardzo przykro - płakałam i prosiłam ją, żeby tak więcej nie robiła. Ona nie widziała problemu.
Najcenniejszy dla mnie był segregator z karteczkami. Karteczek miałam naprawdę dużo i bardzo o nie dbałam. Gdy byłam w szkole na lekcjach, to z przerażeniem myślałam o tym, co matka wyprawia w moim pokoju z moimi zabawkami. Oczami wyobraźni widziałam, jak pluszaki lądują w śmietniku, a figurki są rozdawane sąsiadom. Lecz tylko myśl o zniszczeniu moich karteczek przyprawiała mnie o mdłości.
Pewnego dnia wróciwszy ze szkoły zobaczyłam, że znowu ubyło kilka zabawek. Zrobiło mi się smutno, ale od razu ruszyłam sprawdzić co z segregatorem. Zamarłam, gdy zobaczyłam, że go nie ma. W histerii pytam matki gdzie on jest! Usłyszałam "Tak długo zbierałaś to gówno i miałaś tego tak dużo, że oddałam dzieciom sąsiadki z domu obok". Wybiegłam z domu ze łzami w oczach, prosto do sąsiadki. Pukam w drzwi jak szalona. Otwiera sąsiadka, wyraźnie przerażona widokiem zapłakanej 10-latki - "Asiu, co się stało?!". Powiedziałam, że mama przez pomyłkę oddała mój segregator i chciałam prosić, żeby mi go oddano.
Niezręczna cisza, a po niej "Nie mam już tego segregatora.. Moje dzieci nie zbierają karteczek, więc wrzuciłam to wszystko do pieca. Przykro mi".
Coś we mnie pękło. Nie pamiętam nawet drogi do domu. Niby takie głupie karteczki, ale były dla mnie ważne.
Tak więc chyba teraz rozumiecie, czemu tak bardzo chcę mieć jakieś zabawki - bo nikt mi już niczego nie odbierze, nie zniszczy, nie wyrzuci.
Gdy miałem jakieś 14, może 15 lat, mieliśmy kota. Niektóre koty są bardzo terytorialne i taki właśnie był nasz. Może dlatego, że był wychodzący, na wsiach było to wtedy normą. Najbardziej uczepił się mnie. Potrafił gryźć i drapać tylko dlatego, że usiadłem na swoim własnym łóżku, a on na nim leżał. Pewnego dnia nie wytrzymałem i po tym jak mnie ugryzł, uderzyłem go. Nie mocno, ale poczuł. Stanął jak wryty, popatrzył na mnie w szoku i znowu zaatakował. Znowu dostał. Minę miał nieziemską. Natychmiast uciekł pod łóżko i siedział tam cały dzień.
Kiedy wyszedł - zupełnie inny kot. Łasił się, miział, nigdy więcej mnie nie drapnął ani nie ugryzł. Szanował tylko mnie, reszty domowników już nie. Wszyscy mnie pytali jak to zrobiłem, głupio mi było powiedzieć "oddałem mu, bo mnie ugryzł", czy "uderzyłem kota". Mówiłem po prostu, że dużo z nim przebywałem.
Gdy się wyprowadziłem, za każdym razem, jak wracałem do domu przybiegał do mnie, wskakiwał na ręce i tulił się. Można powiedzieć, że był moim najlepszym przyjacielem przez wiele długich lat.
Nie nakłaniam oczywiście nikogo, żeby bił kota, każdy kot jest inny, na mojego akurat podziałało. Nie jestem z tego dumny, ale z drugiej strony... To trochę jak za czasów podstawówki. Pobiliśmy się, a po wszystkim byliśmy kumplami.
Będzie krótko i anonimowo. Będzie też obrzydliwie - ostrzegam, bo wiem, że niektóre wrażliwsze osoby często proszą o taką informację na początku wyznania.
W liceum, aby uniknąć sprawdzianu, na który nie zdążyłam się nauczyć, udawałam krwotok z nosa za pomocą krwi z okresu. Na przerwie przy zmianie podpaski zachowałam w chusteczce higienicznej dwa dorodne skrzepy. Na lekcji, jak już kartki zostały rozdane, zrobiłam ślad krwi płynącej z nosa, po czym zgniotłam skrzepy w chusteczce i z tą zakrwawioną chustką przy nosie spokojnie spytałam nauczycielkę, czy mogłabym wyjść na chwilę do łazienki. Ta spanikowała, sama zaprowadziła mnie do pielęgniarki (za jej chwilową nieobecność klasa była mi bardzo wdzięczna), a pielęgniarka zadzwoniła do rodziców, by zabrali mnie do domu.
Tydzień później normalnie nauczyłam się na sprawdzian i napisałam go bardzo dobrze. Numer powtórzyłam w tej szkole jeszcze tylko raz, potem rodzice stwierdzili, że trzeba będzie mnie zabrać na jakieś badania, więc przestałam, bo nie miałam ochoty na bycie ciąganą po szpitalach.
Święta coraz bliżej, dom wysprzątany, udekorowany... Nastrój pełną gębą. Jako że ten nastrój udzielił mi się w tym roku bardzo mocno, to jakoś tak nawet z rozczuleniem przyjąłem do swojego domu kątnika, który wkradł się do mnie najprawdopodobniej z piwnicy. Postanowiłem pozostawić go w domu przynajmniej do wiosny, bo teraz na dworze raczej długo by nie pożył. Dostał imię Zenek.
Pewnego wieczoru siedzę sobie w pokoju i oglądam telewizję, gdy nagle słyszę jakieś poruszenie w kuchni. Tu warto dodać, że mam jeszcze kota - Stefana. Wchodzę do kuchni, a tam Stefan toczy wojnę z moim honorowym gościem! W te pędy rzuciłem się mu na ratunek. Ze strachu pająk dość szybko wbiegł na moją dłoń i w ostatniej chwili uratowałem go przed łapą kota. Żeby Zenek mi nie zwiał, to zakryłem go drugą dłonią, a on ni stąd, ni zowąd ze strachu upierdzielił mnie. Odruchowo zacisnąłem dłonie i... z Zenka został naleśnik. Chyba nie przyjmę już w tym roku więcej gości.
2 lipca 2010 roku, szłam przez rynek w kierunku dworca głównego we Wrocławiu, z trudem niosąc plecak wypełniony materiałami do rysowania portretów. Byłam wyczerpana i zła, ponieważ zarobiłam nie więcej niż 30 złotych, a zrobiło się zbyt ciemno, by móc dalej rysować.
W pewnym momencie usłyszałam, jak ktoś gra na gitarze i śpiewa po rosyjsku - w języku, którego uczyłam się od dwóch lat. Dimitrij, bo tak nazywał się gitarzysta, miał tak piękny głos, a słowa piosenek tak mnie urzekły, że stałam przed nim bez końca, słuchając go. Potem jednak jakoś zeszłam na ziemię, wrzucając mu do futerału wszystkie pieniądze, które tego dnia zarobiłam, i mówiąc łamaną ruszczyzną, że mnie zachwycił swoją grą. W tamtej chwili zaczęły się trzy najlepsze lata mojego życia.
Przez następne godziny rozmawialiśmy jak najęci. Okazało się, że Dimitrij pochodzi z Sankt Petersburga, a w te wakacje jedzie przez Europę z plecakiem, płachtą biwakową i gitarą, podróżując autostopem i śpiąc w parkach i u życzliwych ludzi. Pamiętam, że przepiliśmy moje marne 30 złotych. Że zaprowadziłam go do parku południowego i pomogłam mu rozłożyć płachtę, przez co przegapiłam ostatni pociąg do domu. Że nakłamałam mamie, że śpię u koleżanki, trzymając jednocześnie Dimitrija za rękę. Że przytulałam go, całowałam się z nim i było nam dobrze.
Następnego ranka namówił mnie, bym pojechała z nim w dalszą podróż. Zgodziłam się, choć nieco się bałam. Spędziliśmy cztery tygodnie pijąc, rozmawiając z ludźmi i zwiedzając, a gdy wróciłam do Polski, zaczęłam od razu zbierać pieniądze na wizę i bilet do Petersburga. Do tej pory pamiętam jego reakcję, gdy zadzwoniłam do niego z lotniska, mówiąc mu, że udało mi się przyjechać...
Chciałabym teraz napisać, że od x lat jesteśmy małżeństwem. Że mamy dom, samochód i dwójkę dzieci. Że codziennie rano wstaję obok niego i jestem najszczęśliwszą kobietą na świecie. I pewnie napisałabym, gdyby nie to, co zdarzyło się 3 marca 2013.
Mieliśmy wtedy pójść razem do jego kolegi. Niestety, nigdy nie poszliśmy. Dimitrija potrącił pijany kierowca.
Przez następne lata zamiast żyć wegetowałam. Nie mogłam wstać z łóżka, rysować zleconych obrazów. Codziennie płakałam. Wróciłam do Polski. Wielokrotnie byłam na skraju samobójstwa.
Teraz, choć mam zaledwie 26 lat, czuję się staro. Próbowałam umawiać się z innymi mężczyznami, jednak każdy mój związek rozpadał się, zanim naprawdę się zaczął. Jestem cieniem tego, kim byłam, oddałabym chyba wszystko, by choć na chwilę zobaczyć Dimitrija, potrzymać go za rękę, jak kiedyś. Mówią, że "tego kwiata jest pół świata", powinnam zapomnieć i żyć dalej.
Dziękuję, jeśli doczytaliście do końca. Musiałam gdzieś to z siebie wyrzucić. Jutro zaczynam terapię. Mam nadzieję, że jakoś pomoże. Pozdrawiam.
Kiedyś byłem bardzo skąpy. Dziś jestem zwyczajnie oszczędny.
O tym, jaki byłem, przypomina mi sytuacja z pierwszego roku moich studiów w Lublinie.
Poszliśmy na integrację na starówkę. Potem oczywiście zaczęło się liczenie i ściepa drobnych, żeby zapłacić rachunek razem. Jak zwykle coś się nie zgadzało i wyszło mi, że jestem stratny. Niestety, panie zabrały już kartę z napiwkiem. Podszedłem do baru i powiedziałem, że "Jestem studentem i jednak nie zostawiam napiwku".
Pani oddała mi złotówkę z groszami.
Dobrze, że nie pamiętam już spojrzenia tej kelnerki.
Kiedy chodziłam do podstawówki, na naszym balkonie wylądował gołąbek, który nie mógł latać, miał chyba coś ze skrzydłem. Jako empatyczne dziecko oczywiście nie dałam nikomu tego gołębia z balkonu wyeksmitować, co nie cieszyło domowników. Codziennie przynosiłam mu wodę, jakieś jedzonko, opiekowałam się nim i nawet go nazwałam.
Po jakimś tygodniu mojej opieki wróciłam sobie ze szkoły, a na balkonie nie ma mojego gołębia. Pytam więc co z nim - okazało się, że odleciał! Bardzo się cieszyłam, że uratowałam mu życie.
Niestety po jakichś 5 latach od tego zdarzenia ojciec przyznał się, że troszkę mu "pomógł", bo gołąb srał na balkon :/ I tyle z ratowania gołębia...
Właśnie kończy się coś ważnego w moim życiu.
Mam 30 lat, od 12. jestem w związku. Właściwie od początku rozmawialiśmy z moim mężem Remikiem na temat dziecka. Moje podejście zawsze było takie samo - chcę mieć dziecko, ale adoptowane. Jestem obciążona genetycznie poważną chorobą, nie chcę tego przekazywać dalej. Ciąży i porodu zawsze się bałam. I na dodatek mogłabym zapewnić dom dziecku, które go potrzebuje. Remik zawsze powtarzał, że mi się odmieni, a po moich stanowczych przeczeniach przytakiwał mi i stwierdzał, że czy swoje, czy adoptowane - on każde dziecko pokocha. Wierzyłam mu, bo czemu miałabym nie wierzyć?
Problem pojawił się po naszym ślubie. Remik zaczął nalegać na to, żebyśmy zrobili sobie dziecko. Ja próbując sprowadzić go na ziemię powtarzałam mu, że nie tak się umawialiśmy. Że mówił mi, że możemy adoptować dziecko i dla niego nie będzie miało to żadnego znaczenia. Wtedy przyznał mi się, że tylko tak mówił, żeby się o to ze mną nie kłócić. Zajebiście. W tym wszystkim zapomniał, że to ja byłabym matką, a jak wiadomo, na matce ciąży dużo większą odpowiedzialność i to od samego poczęcia. Powiedział mi, że nie wyobraża sobie życia bez NASZEGO dziecka, a na adopcję nie ma szans.
Po tych słowach wyszłam do pokoju i zaczęłam się pakować.
Za kilka dni ostatnia rozprawa. Bierzemy rozwód za porozumieniem stron.
Piętro niżej mieszka rodzina, która ma trójkę dzieci, w tym jedno na oko 1,5-roczne. I właśnie to najmłodsze za każdym razem, gdy widzi kogoś obcego, np. na klatce, wydziera się wniebogłosy. Nie że płacze, agresywnie krzyczy na drugą osobę, jakby chciało kogoś wystarczyć.
Co ciekawe, ta sama rodzina ma również yorka (albo innego tego typu "psa"), który szczeka jak opętany na każdego.
Któregoś dnia gdy wracałem do mieszkania, ich drzwi były otwarte na oścież. To co zobaczyłem mnie zamurowało.
Dziecko normalnie popylało na czworaka za psem, bez ubrań, brudne od jedzenia, obwąchiwało wszystko i wszystkich, a gdy mnie zobaczyło, wyskoczyło na klatkę razem z psem, żeby mnie oszczekać.
Teraz nie wiem, czy to tylko zabawa, czy jednak dzwonić po jakieś służby.
Dodaj anonimowe wyznanie