Jako 9-latka byłam w posiadaniu dwóch królików miniaturowych. Pewnego dnia kuzynka (wtedy 6-latka) przyjechała do mnie w odwiedziny. Króliczki siedziały sobie w swojej "klatce" i skubały świeżo dosypaną karmę... Usiadłyśmy sobie przy nich, głaskałyśmy i w pewnym momencie zauważyłam, jak młoda wyżera im słonecznik. Nie zastanawiając się długo, wzięłam jednego króliczego bobka w palce i dałam jej do spróbowania mówiąc, że to "pyszna kuleczka warzywna" (nie, nie próbowałam, powiedziałam tak, by to zjadła). No i kurde zjadła...
Jeżuu, jak przypomnę sobie wtedy moje duszenie się śmiechem... Chyba zły ze mnie człowiek, ugościłam siostrę króliczymi bobkami.
Mieszkamy razem z babcią. Babcia jest typową starszą kobietą - czas spędza głównie na gotowaniu, oglądaniu seriali, czytaniu gazet. Nie wyróżniała się niczym szczególnym. Jednak nie miałam racji.
Pewnego dnia babcia zawołała mnie do siebie. Miała bardzo zadowoloną minę i z dumą pokazała mi jakiś cienki, trochę pogięty zeszyt. Na każdej stronie miał rzędy wyrazów typu "byskit", "dżus", "sandłicz", "bir" i tym podobne. W pierwszej chwili nie ogarnęłam o co chodzi, ale babcia już pośpieszyła z tłumaczeniem.
- Tyle czasu spędzam przed tym telewizorem, to niech chociaż będzie z tego seansowania jakiś pożytek! - tu pokazała na zeszyt. - Od teraz uczę się angielskiego.
A że babcia ogląda głównie zagraniczne programy o gotowaniu i telenowele, to oczywiste, że jej zasób słownictwa stanowią póki co takie słowa jak "mąka", "jajka", "córka", "wymieszać", "wesele" - i tak na zmianę.
Do poziomu "native" trochę jej jeszcze brakuje, pisownia też pozostawia wiele do życzenia, ale to nic - jestem z niej dumna! Kiedy tylko mam czas, próbuję jej co nieco wytłumaczyć - a babcia naprawdę sobie dobrze radzi ;)
Dzisiaj rano byłem tak zaspany, że jadąc samochodem przeżegnałem się mijając fotoradar, bo uznałem go za kapliczkę :D
Wyznanie będzie o tym, jak nauczyłam się nie oceniać książki po okładce - a konkretniej nie oceniać ludzi na podstawie ich wyglądu, rasy etc.
Sytuacja miała miejsce w tramwaju, a właściwie już na pierwszym przystanku. Zaczepił mnie mężczyzna podchodzący pod 40., gość ewidentnie z rejonu Indii czy Pakistanu. Polskiego nie znał, angielski lepiej.
Prosił, żeby przetłumaczyć mu jakiś dokument z fotografii z telefonu, więc grzecznie powiedziałam co i jak - chodziło o jakąś datę dostarczenia dokumentów.
Przyjechał mój transport, więc biorę torbę i plecak, mówię goodbye, ale nie. Okazuje się, że jedziemy razem. Oczywiście siedząc koło siebie. 14 przystanków. Yeey.
Zostaliśmy znajomymi na Fb, opowiedział mi całą historię swojego życia, a jakże - okazał się mikrobiologiem, który współpracuje z armią USA! Po prostu niesamowite.
No nic. Tłok w tramwaju, a my oczywiście szprechamy po angielsku, wszystkie babcie i inne osobistości tramwajowe gały na nas.
W końcu mój przystanek. Próbuję się jakoś grzecznie wyrwać, wysiadam - NIE.
Wysiada ze mną.
Żegnamy się rzewnie, gość zaprasza mnie na jedzenie czy coś tam.
Odmawiam i tłumaczę, że jadę do domu, na pożegnanie zostaję przytulona, po czym gość W KOŃCU sobie idzie.
A ja wkładam rękę do kieszeni - a tam nie ma ani słuchawek, ani telefonu. Zaglądam do torby - nie ma telefonu. Szybka dedukcja - gość zapierniczył mi telefon!
Wołam do niego (akurat przechodził przez pasy), żeby zaczekał. Obejrzał się i poszedł dalej.
Nigdy nie zapomnę tego uczucia w nogach. Biegłam za nim jak Usain Bolt.
Dopadłam go prawie płacząc, żeby mi oddał telefon. Obmacałam go całego, lud się patrzy, ja zapłakana, a telefonu nie ma...
Ściągnęłam plecak. Otwieram... Telefon był w plecaku. Do tej pory nie mogę sobie przypomnieć, kiedy go tam wrzuciłam.
Takiego wstydu to się w życiu nie najadłam.
Gość na szczęście nie zrobił mi awantury, poszedł dalej. Ja natomiast do dziś czuję na sobie wzrok wszystkich ludzi, którzy to widzieli.
Za czasów szkoły zawsze byłam klasowym wyrzutkiem, w sumie to po kilku latach dało się przyzwyczaić do codziennego nękania, ale najbardziej przykro było mi zawsze w okresie świątecznym. Wiadomo, mikołajki klasowe, każdy kogoś losuje i kupuje tej osobie prezent. W podstawówce zawsze każdy dawał daną kwotę i to rodzice kupowali prezenty dla całej klasy, tak by każdy dostał to samo. W gimnazjum i liceum każdy musiał coś kupić wylosowanej osobie. Jako że mnie nikt nie lubił, to też nikt nigdy nie chciał mnie wylosować, jednak zawsze jakiś pechowiec musiał kupić mi prezent... Prawie zawsze, były lata, w których nawet mnie nie dopisali do losowania. I kiedy cała klasa radośnie dawała sobie prezenty, ja siedziałam z malutką nadzieją, że dostanę cokolwiek, lecz nikt nie podchodził. Sama zawsze starałam się, by kupić komuś coś fajnego, zwykle nawet przekraczałam kwotę, która była ustalana, by na pewno dana osoba się ucieszyła.
Jakie prezenty mi dawali? Starego miśka, który jeszcze był obklejony jakimś cukierkiem, czy starą książkę i słodycze po terminie. Każdego roku, jeśli coś od nich dostawałam, to były to właśnie śmiecie tego typu. Wstydziłam się z tym przychodzić do domu, pokazywać to mamie, która zawsze od razu pytała co dostałam. Wracając do domu taki "prezent" wyrzucałam, po czym szłam do sklepu kupić sobie jakiś inny, by móc z uśmiechem wrócić do domu i pochwalić się, że dostałam coś fajnego.
Nikt się nigdy nie dowiedział o moim procederze, ale mimo że szkołę już dawno skończyłam, to w okresie świątecznym zwykle chodzi mi to wszystko po głowie i jest mi smutno, że nawet na te głupie mikołajki szkoda było komuś pójść do sklepu i kupić jakiegoś pluszaka.
Pracuję w systemie dzień - noc, zależy jak zmiana wypadnie. Akurat po kilku takich niedospanych nockach miałam wykład (studiuję). Był to chyba setny lektorat w tym dniu, na dodatek nudny jak flaki z olejem i stało się... odpłynęłam. Z impetem walącej się wieży pieprznęłam jak długa wprost na lukę między ławkami. Zrobił się szum i wielkie zamieszanie, a mi było tak wstyd, że udałam, iż zemdlałam. "Ocknęłam się" minutę później, żeby nie udawać za długo, bo chyba nie jestem w tym najlepsza.
Wszyscy mnie ratowali, żodyn nie wie, że walnęłam kimę, żodyn!
Jestem psychiatrą dzieci i młodzieży. Praca trudna, ale daje mi bardzo dużo satysfakcji. Niemal rok temu na oddział trafiła 16-latka z ciężką depresją i, mówiąc ogólnie, skutkami długotrwałego zażywania pewnego narkotyku - stany lękowe, halucynacje, zaburzenia rytmu serca i parę innych. Po pewnym czasie doprowadziliśmy ją do jako takiego stanu, została wypisana z lekami, poradzono pójść na psychoterapię. Nie była chętna do współpracy, przez większość czasu siedziała, wpatrzona w okno albo ścianę, ale to nie jest niczym niezwykłym na tym oddziale. Pacjentkę odbierali jej rodzice. Znacie to uczucie, kiedy kojarzycie jakąś osobę, ale nie wiecie skąd? To było dokładnie to.
Po jakimś tygodniu doznałam olśnienia. Byli to moi dawni sąsiedzi - jeszcze na studiach przez dwa lata wynajmowałam pokój w bloku, gdzie generalnie wszyscy mieszkańcy byli w porządku. Poza nimi. Wówczas dziewczynka miała jakieś 5-6 lat, często nie płakała, a ryczała - nawet nie wiecie, jaki to rozdzierający dźwięk i straszne uczucie, kiedy się to słyszy, a nie da nic zrobić, kiedy dziecko woła "mamo! mamusiu!" przez pół godziny, aż pada ze zmęczenia; nigdy nie widziałam, żeby rodzice ją dotykali - trzymali za rękę, nosili, raz, kiedy upadła, nie podnieśli jej, tylko stali nad nią i beznamiętnie mówili "Madziu, wstawaj". Miała starsze rodzeństwo, chyba brata, i jego traktowali normalnie.
Razem ze współlokatorkami zgłosiłyśmy sprawę na policję, ale przyszli, popatrzyli, i nic z tego nie wynikło, bo przecież zadbane, czyste, najedzone, nie bite, płaczliwe, nic niezwykłego, a nagrania płaczu nie zrobiły na nich wrażenia.
Niedawno rozmawiałam ze znajomą psychoterapeutką i od słowa do słowa doszłyśmy do tego, że była u niej ta właśnie Magda. Okazało się, że jednak ojciec ją bił, matka nie reagowała, bratem się niby zajmowali, ale był zastraszany; ona, nie mogąc wytrzymać, uciekła z domu, w końcu została odnaleziona, nie mogąc znaleźć spokoju w rzeczywistości uciekła w świat narkotyku, którego zdobycie, jeśli się wie w jaki sposób, nie jest trudne.
Nie wiem, co jest najsmutniejsze w tym wszystkim - zachowanie rodziców, policji, szkoły (na pewno było widać różnicę w zachowaniu)? Trudno powiedzieć. Nie jest to odosobniony przypadek, wręcz jest ich coraz więcej, patologia ma różne oblicza. A wy nie wahajcie się zgłaszać takich przypadków, bo może się uda i pośrednio zapobiegniecie kolejnym takim katastrofom.
Dostałam kiedyś wino w prezencie, bo bardzo lubię je pić. Było tak dobre, tak niebanalne i tak świetne, że zachwytom nie było końca. Mogę powiedzieć, że w życiu nie piłam tak dobrego wina! Zrobiłam nawet zdjęcie butelki i jak byłam w sklepie po wino, zawsze szukałam tego konkretnego. Trwało to z półtora roku.
Dziś też byłam w sklepie po wino i jest! To to! Chwytam za butelkę, a tam cena... 8 zł.
Jak się okazało, czasami po dobre trzeba patrzeć mocno w dół, nie w górę.
Jako biedna studentka właśnie wygrałam życie. Tylko przy kasie mi jakoś głupio było, bo nie wyglądam jakbym lubiła tanie siarczany.
Czasem się zastanawiam, czy powinno mnie gryźć sumienie.
Gdy uczęszczałem do miejscowej podstawówki, zawsze po lekcjach chodziłem na świetlicę, czekając na rodziców.
Pewnego słonecznego popołudnia - miałem wtedy 7 lat - gdy z grupą kolegów bawiłem się na dworze, do płotu podeszło trzech nastolatków.
Byli to przedstawiciele rasy patusów w wieku 15-17 lat.
Na początku nie wiedziałem o co im chodzi i bawiłem się dalej. Po chwili zrobiło się tam małe zgromadzenie, pani ze świetlicy przyszła, żeby ich pogonić.
Podszedłem do płotu. Trzej młodzieńcy stali z drugiej strony, na chodniku, pół metra niżej niż poziom ze świetlicą i mną.
Owe patusy zaczęły bez powodu wyzywać inne dzieci, mimo upomnień pani.
Nie wiedzieć czemu, gdy zobaczyłem, że jeden z nich trzyma palcami płotu, ni z tego, ni z owego, kopnąłem go butem w te palce.
Wtedy zaczął się Armagedon.
Wpadli w szał bojowy. W jednym momencie przeskoczyli płot i wdarli się na podwórze. Jeden popchnął świetliczanką, potem biegł i powalał inne dzieci. Drugi pluł na wszystkich wokół.
Trzeci (ten. którego kopnąłem) chciał mnie dorwać. Uciekłem na dach domku ze zjeżdżalnią, ale on ruszył za mną.
Szczęśliwie pojawił się ojciec jednego z kolegów, bo akurat chciał go odebrać i w ostatniej chwili wyrzucił patusa, który zaraz by mnie zabił, a potem pogonił pozostałych dwóch. Świetliczanki zawiadomiły policję.
Jakieś dwa dni później do mojego domu zapukało dwóch funkcjonariuszy.
Powiedzieli, że według świetliczanki, jeden z patusów ewidentnie chciał mi coś zrobić.
Policjanci chcieli znaleźć przyczynę tego niespodziewanego ataku. Na szczęście robili to tylko dla formalności. Jeden z nich zażartował, że patus połamał sobie specjalnie dwa palce u dłoni twierdząc, że to ja i dlatego nas zaatakowali.
Policjanci, ja i rodzice uśmialiśmy się słysząc to i zgodnie stwierdziliśmy, że to szajbus, a ja byłem przypadkową ofiarą.
Wsadzili ich do poprawczaka.
Tak więc wracam do początku mojego wyznania: mam się przejmować tym, że spowodowałem atak na świetlicę szkolną i "wsadziłem" trzech młodzieńców do poprawczaka?
Pochodzę z bardzo bogatej rodziny. Gdzie słowa "bardzo" nie wstawiłem przypadkowo.
Przed rozpoczęciem studiów dziadek powiedział mi, że prawdziwi przyjaciele są bezcenni i tego nie można kupić za żadne pieniądze, to ludzie, którzy powiększą twoją rodzinę. I wiecie co, postanowiłem mieć prawdziwych przyjaciół, którzy nie lecą na stan mojego konta licząc, że coś na tym zyskają.
Rozpocząłem studia inżynierskie po drugiej stronie Polski. Od pierwszego roku gram biednego studenta z południa kraju. Zamieszkałem na stancji z kilkoma współlokatorami, po zajęciach pracuję jako pomoc w restauracji, ubieram się w lumpeksach, udzielam korków. Na zajęcia chodzę regularnie. Poznałem wielu ludzi. Jedni zadufani w sobie, patrzą tylko na grubość portfela, lubili mnie poniżać. Drudzy podkładający świnie, by wybić się wyżej, niektórzy fałszywi tak bardzo, że zastanawiam się, czy to człowiek, czy już gad. Z całego roku mam dwójkę przyjaciół, którzy są dla mnie jak brat i siostra.
Kiedyś rozmawialiśmy, jak fajnie byłoby poznać architekturę Paryża, Lizbony, czy Barcelony.
W czerwcu kończę magisterkę i po 5 latach mam zamiar zdradzić im mój mały sekret. Zapraszając ich na wycieczkę życia po Europie. A dla reszty roku też przygotowałem niespodziankę... ;)
Dodaj anonimowe wyznanie