Najbardziej wzruszające wyznanie miłości, jakie w życiu słyszałam?
Moja babcia mówiąca mojemu dziadkowi w wigilijny wieczór "to co, żeby Bóg nam dał choć jeszcze jeden rok razem".
Bądźmy szczerzy, każdemu z nas w dzieciństwie zdarzyło się coś przeskrobać. Czasami bardziej, czasami mniej. Ja akurat miałem dosyć komiczną sytuację.
Jak miałem jakieś 3 lata, mieszkałem z rodzicami w bloku. Miałem taki czerwony, plastikowy samochodzik, na tyle duży, abym mógł na nim usiąść, złapać za kierownicę i jeździć po pokoju. Miał pod siedzeniem coś w rodzaju bagażnika, który można było dosyć łatwo otwierać.
Pewnego razu zachciało mi się srać. Pojechałem zatem moim samochodem do łazienki i nie wiem czemu, ale nie skorzystałem jak zawsze z toalety. Zastanawiam się do dzisiaj co mnie podkusiło, ale otworzyłem bagażnik i... skorzystałem. Po wszystkim jak gdyby nigdy nic zamknąłem bagażnik mojego auta i podciągając majty, wyjechałem zadowolony z łazienki. Po jakichś dwóch godzinach, kiedy zaczęło na prawdę capić w salonie, matka się skapnęła.
Cudowne dzieciństwo.
Nie jestem przeciwna dzieciom. Swoich nie mam, nie wiem, czy planuję, niektóre dzieciaki uważam za słodkie, inne zatłukłabym kapciem, ale generalnie mam stosunek bardzo neutralny, a nie jednoznacznie wrogi. Ostatnio wśród moich znajomych i rodziny jest wysyp ciąż i niemowlaków. Super, życzę im jak najlepiej, czasami mogę się całkiem bez wysiłku pozachwycać, gdy mi pokazują zdjęcia swoich berbeci, nie wzdycham ze zniecierpliwieniem, gdy ww. berbecie drą się bez powodu, zawsze jestem dla dzieci miła i (staram się być) wyrozumiała. Jest jednak coś, czego nie mogę zaakceptować u niektórych rodziców. Temat kupy.
Totalnie rozumiem, że rodzicowi kupa jego dziecka nie śmierdzi, to normalne. Ale byłoby miło, gdyby rodzice zdawali sobie sprawę, że dla innych temat g*…, niezależnie z jak słodkiej pupy wyszło, jest nadal obrzydliwy. Zwłaszcza przy jedzeniu... Brat i bratowa mojego męża chyba nie dopuszczają do siebie takiej ewentualności. Od paru miesięcy wręcz rodzinną tradycją na obiadach u teściowej jest moment, w którym 2-latka ogłasza, że musi zrobić kupę, w związku z czym babcia lub któreś z rodziców przynosi do jadalni nocnik i mała robi swoje, podczas gdy my siedzimy przy stole. Bączki i wszelkie inne odgłosy towarzyszące oddawaniu kału kwitowane są przez rodzinkę radosnymi śmiechami. Najważniejsze, że mała sama woła, że musi na nocnik i że chce z niego korzystać, bo przecież jak na 2 lata to ogromny sukces. A ja tkwię w tej śmierdzącej karuzeli śmiechu podczas każdej wizyty u szwagrów i teściów i próbuję nie rzygnąć...
Nie rozumiem tego, bo wbrew pozorom brat męża jest zupełnie normalnym, fajnym kolesiem, na co dzień bardzo dobrze się dogadujemy, wydaje mi się rozsądnym człowiekiem, żadna patologia, jego żona to też nie typ "polskiej madki".
Czy gdy człowiek zostaje rodzicem naprawdę tak mu się przewraca w głowie, że oczekuje od całego świata miłości do fekaliów swego dziecka?
Gdy miałam 13 lat, mój starszy brat trafił do więzienia za gwałt.
Zaczęłam się go brzydzić, nie pisałam do niego listów, gdy parę razy był na przepustce, to szłam do koleżanki albo babci, byle tylko na niego nie patrzeć.
Teraz czekają go pierwsze święta po wyjściu z więzienia, oczywiście zamierza je spędzić z naszymi rodzicami. Mnie tam nie będzie, nie jestem w stanie z nim rozmawiać, obrzydza mnie myśl, że ten zboczeniec mógłby mnie dotknąć. Rodzice oczywiście są oburzeni, że nie chcę przyjechać, że zepsuję pierwsze rodzinne święta.
Trudno.
Spędzę Wigilię z moim chłopakiem i jego rodziną.
Dla ciekawych: Nigdy nic mi nie zrobił, nie zgwałcił, nie molestował, ale to co zrobił tej biednej dziewczynie skreśliło go dla mnie jako człowieka.
Rok 2007, wiosna, miałam niewiele ponad 12 lat. W szkole dokuczało mi kilka dziewczyn, ale jedna z nich była główną prowokatorką. To ona wymyślała nowe przezwiska i metody gnębienia. Wiedziałam, że gdyby zniknęła, moje cierpienie by zniknęło. Nieraz bałam się iść do szkoły czy płakałam po powrocie. Zgłaszałam to nauczycielom (różnym) czy próbowałam ją prosić. Moje skargi powodowały 2/3-dniowe zostawianie mnie, ale potem męczarnie wracały.
Więc wymyśliłam, że najlepszym rozwiązaniem byłoby zniknięcie dziewczyny... postanowiłam ją zabić. Tak, dobrze czytacie.
W tamtym czasie oglądałam dużo programów kryminalnych. Swój plan układałam w głowie, aby nie zostały żadne ślady. Wiedziałam, że muszę być ubrana od stóp do głów, aby nie spadł mi żaden włos z ciała. Włosy związane, żadnego żucia gumy czy plucia, smarkania. Buty najlepiej o rozmiar za małe albo za duże, aby ciężej było dopasować. Nowe lub z lumpeksu - nienoszone na moim zabłoconym podwórku, aby nie nanieść specyficznej ziemi. Telefon chciałam zostawić w szkolnej szatni, a potem po niego wrócić, aby nie zostać namierzoną przy tym samym nadajniku.
Zaplanowałam chyba każdy szczegół. Miejsce też. Co mnie odwiodło od planu? Miałam 140 cm wzrostu i ważyłam 35 kg. Moja dręczycielka miała 170 i 70 kg wagi. Nigdy nie zdołałabym przeciągnąć zwłok kilka metrów w wyznaczone miejsce. Tak więc z dnia na dzień porzuciłam ten plan.
To byłoby tyle.
Pewnego dnia wybrałem się na siłownię. Ot, normalny dzień, więc trening nie był też bardziej wymagający niż na co dzień. Ostatnim wysiłkiem było skakanie na skakance. Tuż po rozpoczęciu serii, która miała potrwać do 10 minut poczułem w brzuchu dziwne uczucie. Po chwili po prostu się zesrałem. Nie przestałem skakać, nie chciałem, bo musiałbym iść się umyć, tylko po to, żeby wrócić dokończyć skakanie, a później znowu się myć. Po takiej kalkulacji w moim mózgu było proste i logiczne, że lepiej dokończyć serię.
Tak, zapach gówna czuli wszyscy w okolicy.
Przepraszam jeszcze raz współćwiczących.
Od kilku lat jestem całkiem sama, po śmierci babci nie został mi już nikt bliski. Musiałam wynająć pokój, pracowałam w sklepie.
Zostałam zwolniona dyscyplinarnie po tym, jak jedna ze współpracownic po prostu mnie wrobiła.
Pracy obecnie nie mogę znaleźć żadnej.
Pokój mam opłacony tylko do końca miesiąca, więc od 1 stycznia będę bezdomna, a w portfelu zostało mi niecałe 50 zł.
Święta spędzę jedząc puszkę makreli w sosie pomidorowym. Na sylwestra wypiję ruskiego szampana za 5 zł. W Nowy Rok spakuję cały swój dobytek i stopem ruszę przed siebie.
Cholernie mnie to przeraża, od zawsze żyłam skromnie, ale miałam co jeść i miałam ciepłe łóżko, w którym mogłam się wyspać.
Wiecie, jak to jest w akademiku. Dużo imprez, mało snu...
Był poniedziałek, pierwszy wykład o godzinie ósmej. Przyszedłem punktualnie i przez pierwsze dwadzieścia minut pilnie słuchałem profesora opowiadającego swym monotonnym głosem o wpływie zmian klimatu na ekonomię państw śródziemnomorskich. Potem była już walka. Powieki zaczęły mi opadać, potem osuwała mi się głowa, usiłowałem walczyć. Ba, broniłem się wszystkimi siłami, ale potęga Morfeusza wzywającego mnie na swój mięciutki dywanik okazała się silniejsza. Zaległem przyklejony policzkiem do blatu ławki. „Tylko minutka...” - obiecałem sobie, gdy już gasł ostatni bastion mojej świadomości.
Kiedy otworzyłem oczy, wokół mnie siedzieli zupełnie obcy mi ludzie, a na środki sali stała jakaś pani, która energicznie gestykulując gadała coś o kulturze Łemków. „Te, paczcie! Obudziła się księżniczka!” - krzyknął ktoś na auli. Przynajmniej dwie setki par oczu odwróciły się w moją stronę, skutecznie odstraszając resztki snu.
Okazało się, że pan profesor pozwolił mi przespać cały wykład, a kiedy ten skończył się i ja nie wykazywałem chęci wyjścia z sali, to cały rok, w zmowie z naszym wykładowcą, pozwolił mi zostać. Ta, piętnaście minut później, zapełniła się studentami etnologii, którzy także uznali, że nie wypada mnie budzić. Do żywych wróciłem dopiero po godzinie, w połowie wykładu.
Teraz jestem legendą. To miłe. Trochę gorzej, że wszyscy nazywają mnie „śpiącą królewną”...
Cóż... Mój mąż to jednak lojalny pracownik.
Wydawało by się, że czymś się zatruł, ale nie poszedł na L4, zapowiadał się luźny dzień w pracy. Mówił - e tam, nic mi nie będzie. Po co brać wolne, szef będzie niezadowolony, jeszcze przed świętami... No nie bardzo. Pojechał do pracy.
Jak się okazało, to była jelitówka - nadmienię, że jego praca polega na jeżdżeniu autem i na kontakcie z klientem. Jak się domyślacie, jechał jakimiś zadupiami i obskakiwał każdy krzak. W pewnym momencie zrobiło się tak źle, że zaczął wymiotować. Nic trudnego - silny człowiek - otwiera drzwi i gitara. Do domu daleko, więc lepiej dokończyć niż zawrócić. W pewnym momencie parcie było tak silne, że dupa go oszukała. Wywalił gacie. Kupić innych się nie da, bo na dupie placek, cóż... Obdzwonił klientów, że jest "niewyjściowy", każdy był wyrozumiały, podjechali, swoje odebrali...
Mąż wrócił do domu zażenowany, umył dupę i padł na twarz.
Tak że każdemu życzę pracownika, który tak potrafi się poświęcić.
W wieku 7 lat po raz pierwszy obejrzałam horror. Była to "Klątwa".
Jak do tego doszło?
Kiedyś na TVN w każdą środę po You Can Dance, leciały horrory. Zawsze oglądaliśmy z rodzicami taneczny show, a potem zawsze ja błagałam, żeby móc obejrzeć z nimi film dla dorosłych. Pewnego razu tata się zgodził. Potem się tłumaczył, że był pewien, że po prostu zasnę w ciągu 10 minut. Niestety to nie ja, a on z mamą zasnęli, a ja obejrzałam film do końca.
Byłam na tyle ogarniętym dzieckiem żeby wiedzieć, że skoro Arielka nie istnieje, to i żaden nawiedzony Azjata mnie nie zabije. Natomiast czy moi rodzice byli równie tego świadomi? Postanowiłam to najwyraźniej sprawdzić.
Kto oglądał ten wie, że główne monstrum w filmie wydaje bardzo charakterystyczny dźwięk i że jest tam scena, gdzie znikąd pojawia się ono pod kołdrą.
Wlazłam więc rodzicom do łóżka, wczołgałam się pod kołdrę i zaczęłam ów dźwięk z siebie wydawać, jednocześnie ciągnąc ich za nogi.
Rezultat był taki, że dostałam pilotem w łeb :)
Mój ulubiony gatunek filmów? Horrory.
Dodaj anonimowe wyznanie