Udzielam korepetycji. Kilka lat temu uczyłem dziewczynę 3 lata młodszą ode mnie (ja 19, ona 16). Byłem grzecznym uczniem liceum, więc dyrekcja pozwoliła mi uczyć w sali szkolnej. No i tak z lekcji na lekcję coś zaiskrzyło. Później to już średnio to można było nazwać nauką ;)
Któregoś razu "uczymy się" i słyszę, że ktoś idzie! Szybko koszulkę na siebie, dziewczyna zapina guziki - nigdy się tak szybko nie ubierałem. Wchodzi sprzątaczka... Myślę - dobra, może nie widziała... Chociaż dziewczyna nie całkiem dokładnie ubrana siedzi mi na kolanach, a ja jej coś tam niby tłumaczę... Na bank widziała! Pani sprzątaczka nie odezwała się ani słowem, spojrzała spod byka, wzięła kosz na śmieci i wyszła.
Myślałem, że konsekwencji nie będzie, ale nic z tego... Po tej akcji straciłem jedną uczennicę - córkę sprzątaczki, której też dawałem korepetycje :D
Jakiś czas temu mojej mamie ginęła bielizna. Pytała ojca, czy nie widział czasami czerwonych majtek z serduszkami itp. Warto nadmienić, że prania u nas nie robi tylko mama - w zależności od tego kto jest w domu, ten włączy pralkę i rozwiesza później pranie. Zaczęły się tworzyć historie, że może pralka połyka, jak skarpetki, że takich nie miała i najróżniejsze teorie na temat jak zginęły.
Pewnego dnia przychodzę do kolegi, jego ojciec mnie wpuszcza, mówi, że Tomek się kąpie i żebym poczekał w jego pokoju. Wchodzę, czekam, a jako że się nudziłem, to zacząłem rzucać sobie piłeczką, aż ta wpadła mi pod łóżko. Szukam piłeczki i znajduję stertę gaci. Przyglądam się - widzę czerwone z serduszkami i inne, o których mówili w domu, więc od razu skojarzyłem, że gość ma majtasy mojej rodzicielki w pokoju. Myślę sobie co za ku**a zbok, był u mnie i kradł brudną bieliznę matki.
Wraca spod prysznica, we mnie się gotuje, więc uderzyłem go i pytam co tu robi ta bielizna. Na co on, że to nie dla niego, a na handel. Okazało się, że sprzedawał napalonym gościom bieliznę mojej mamy przez internet.
Nikomu o tym nie powiedziałem, z nim nie rozmawiam od tamtej sytuacji, natomiast oficjalna wersja jest taka, że ukradł mi pieniądze, dlatego z nim nie gadam. Nie wiem, czy to dobre rozwiązanie, ale wydaje mi się, że pomimo obrzydliwości całego zajścia, lepiej żeby zostało to między mną a nim. Do teraz jak o tym pomyślę, to chce mi się rzygać.
Sytuacja miała miejsce jakieś 15 lat temu, gdy miałam około 4-5 lat. Mama dostała jakieś bilety z pracy do teatru na Czerwonego Kapturka, ale niestety w ten dzień wypadł jej dyżur. W tej sytuacji mój dumny tata wybrał się tam ze mną i z moim o 6 lat starszym ode mnie bratem. Po drodze upominał nas, że na spektaklu mamy być cicho, nie możemy śmiecić itp.
Dotarliśmy na miejsce, Czerwony Kapturek hasa na scenie, a w pewnej chwili tata mówi mi na ucho, że musi wyjść do łazienki i żebyśmy grzecznie sobie siedzieli. Niestety kiedy oddalił się już na znaczną odległość, moją małą główkę ogarnął strach - nie chciałam zostawać sama z bratem, bo bałam się, że potem nie znajdziemy taty :) Chcąc dowiedzieć się, czy długo go nie będzie wstałam i krzyknęłam ile sił w płucach: TATO, IDZIESZ NA SIKU CZY KUPĘ?
Wtedy zmartwiłam się, że tata nawet się nie odwrócił, ale teraz wcale mu się nie dziwię :D
Jestem policjantką od sześciu lat, ostatnia sprawa natchnęła mnie na napisanie tego wyznania. Z góry zaznaczam, że nie chodzi mi o żadne szkalowanie wiary, Boga czy czegokolwiek z tym związanego. Chodzi mi tylko o ukazanie zjawiska, którego sama do końca nie rozumiem, a opiera się ono właśnie na wierze. Osobiście nie mam nic do ludzi wierzących, jestem zupełnie neutralna, jednak ilość podobnych spraw lub zachowań zaczęła mnie coraz bardziej zastanawiać.
1) Dostajemy wezwanie od sąsiadów, że jest jakaś bójka w mieszkaniu wyżej, słychać wyzwiska, krzyki, rzucanie przedmiotami. Na miejscu w domu zastaliśmy około 40-letniego mężczyznę i jego żonę, zapłakaną, przerażoną, z wyraźnymi oznakami pobicia. Chcemy pana zatrzymać, na co pan stwierdza "przecież ja katolikiem jestem, nic złego bym nie zrobił, żona się przewróciła tylko", przy czym argument o byciu katolikiem pojawił się chyba z 10 razy podczas zatrzymania. Później okazało się, że z owym państwem mieszka jeszcze matka mężczyzny, która podczas składania zeznań upierała się, że jej syn jest wierzącym katolikiem, więc niemożliwe, aby coś takiego zrobił.
Sprawa wygrana w sądzie na korzyść żony. Jak się okazało, mąż bił ją od jakiegoś czasu, a jego matka przymykała oko, bo do kościoła uczęszczał, Biblię znał, więc jego czyny musiały pochodzić od Boga.
2) Przychodzi do nas młoda dziewczyna w strasznym stanie, podbite oko, obrażenia głowy, złamany nadgarstek. Mówi, że od lat jest bita przez matkę i ojca. Na pytanie czemu nie zgłosiła tego wcześniej stwierdza, że to wbrew przykazaniu o czczeniu własnych rodziców i ona nie mogła postąpić wbrew zasadom wiary, ale tym razem już się poddaje i woli zgrzeszyć. Nie piszę tego żartobliwie, ale dziewczyna nawet na komendzie próbowała się modlić i przepraszać Boga za ten grzech.
3) Setki wezwań do spraw, które można by było rozpatrzyć może jedynie przez Biblię, a nie polskie prawo. Np. pan dzwoniący do nas z podejrzeniami, że jego córka mogła mieć aborcję, a to grzech ciężki i mamy natychmiast ją aresztować. Kolejny pan zawiadamia, że jego żona go zdradziła, a to cudzołóstwo, grzech, więc mamy interweniować. Starsza pani przychodząca co jakiś czas zgłosić, że jej córka z mężem nie wychowują dziecka w religii katolickiej, a przecież przed ołtarzem to przysięgali. Młody chłopak, ledwo 18 lat, chciał donieść na swojego sąsiada, że ten ciągle przychodzi do domu z nową kobietą i on nie może znieść patrzenia na takie grzeszenie.
4) Szczytem było, gdy 25-letnia matka powiesiła się wraz z 2-letnim synem, aby trafić do nieba, bo ona przeczuwała, że są święci.
To tylko kilka przykładów, ale naprawdę przeraża mnie nagminność tego typu spraw opartych na religii. Szczególnie bolą mnie przypadki, gdy faktycznie komuś dzieje się krzywda, a ta osoba nie może uzyskać pomocy przez czyjąś lub własną wiarę.
Dzień jak co dzień, wstaję, jem śniadanie, idę do szkoły. Jest lekcja matematyki. Nauczycielka podchodzi do mnie, bierze moją głowę i wkłada ją sobie w biust, a później zaczyna się ze mną całować. Otwieram oczy, myślę - ale zwariowany miałem sen. Ogarniam się, wykonuję poranne czynności i idę do szkoły. Jest lekcja matmy, cały czas pamiętam ten sen i o nim myślę. Nauczycielka podchodzi do mnie i mówi: "Tak, Maciek, ja też pamiętam". Ja zszokowany, co ona ma na myśli? Na co ona, że pamięta o pracy domowej. Mam wziąć zeszyt i rozwiązać równanie. Podchodzę do tablicy, zaczynam rozwiązywać równanie, odwracam się, a tam cała klasa na czele z nauczycielką zaczynają tańczyć w kółeczku jak na weselach. Myślę - co tu się wyprawia?
Otwieram oczy. Cholera, miałem sen w śnie. Znowu muszę wstać i iść do szkoły.
Najgorzej. Jem śniadanie, opowiadam bratu jakie bzdury mi się śniły, na co on patrząc na mnie z uśmiechem na ustach przemawia: "to ja jestem twoją nauczycielką od matematyki" i zamienia się w nią.
W tym momencie dzwoni budzik, znajomy głos mówi: "Maciek, wstawaj, bo zaśpisz do pracy", a ja przekręcam głowę, widzę moją żonę i uświadamiam sobie, że od 11 lat nie chodzę już do liceum i jestem dorosłym facetem z żoną i robotą.
Zacznijmy od tego, że mam 26 lat, niedawno wpadłam z długoletnim chłopakiem, nazwijmy go Daniel.
Jestem w 7 miesiącu ciąży, więc brzuszek widać. Byłam bardzo szczupła, więc nie jest jakiś ogromny, a dzidziuś ułożył się w taki sposób, że nie wygląda to na aż tak zaawansowaną ciążę.
Kiedyś przeczytałam gdzieś artykuł typu "Jestem w 8 miesiącu ciąży, a mój chłopak debil dalej nie może tego przyswoić i proponuje mi wspólne wypady na siłownię, bo ostatnio trochę mi się przytyło".
Pomyślałam wtedy, że to na 100% zmyślona historia, ale jednak tacy ograniczeni ludzie istnieją (czyt. mój drogi Daniel).
Zaczęło się od tego, że powiedziałam mu o dziecku, przyjął tę wiadomość tak jakby dowiedział się, że trawa jest zielona, mleko białe itp.
Brak reakcji, no ale cóż.
Nie zarabiamy mało, żeby nie móc utrzymać siebie i dziecka, a mieszkamy od dawna razem, więc uznałam, że komentarz w tej sprawie uważa za zbędny.
No i się zaczęło chodzenie do lekarza, niestety wychodziło tak, że nie mógł być ze mną na badaniach ze względu na pracę biurową (obydwoje pracowaliśmy w jednej firmie, ale na innych stanowiskach, a jako prawa ręka szefa musiał zostawać często na nadgodziny).
Jak wiadomo, żeby dobrze wyglądać, trzeba się ruszać, zwłaszcza kiedy ma się pracę, gdzie 8 lub więcej godzin cały czas się siedzi.
Nie zrezygnowałam z siłowni, na którą uczęszczaliśmy razem w weekendy, ale kiedy zaczęłam mieć problemy i okazało się, że ciąża jest zagrożona, musiałam się oszczędzać.
4, 5, 6 miesiąc, więc i brzuszek rośnie. Kiedy Daniel to zauważył, zaczął mi sugerować, że się zapuszczam powoli i że mam więcej ciałka niż kiedyś, chociaż rośnie mi tylko brzuszek.
Od samego początku tłumaczę mu, że będziemy mieć dziecko, a do niego nadal to nie dociera! Mimo że kupiłam już sporo akcesoriów, by nie zostawiać wszystkiego na ostatnią chwilę.
Serio, albo jest tak głupi, albo nie chce dopuścić do siebie tej myśli, że teraz będzie nas troje.
Nie wiem co on ma w głowie, widząc zdjęcia USG. Poważnie zastanawiam się nad zakończeniem związku, bo rozmowy nic nie dają. Skoro teraz myśli, że sobie z niego żartuję, to jak zacznę rodzić, to może pomyśli, że to kolejny kawał?
Nie wiem, co jest przyczyną tego zachowania, bo nigdy nawet nie żartowałam sobie z takich rzeczy. No ale kurde no, DEBIL.
Pamiętacie historię dziewczyny, która miała w pracy swojego toaletowego wielbiciela (wchodził zaraz po niej do ubikacji)? Wracam z zakończeniem historii.
Tydzień temu mieliśmy spotkanie integracyjne, wyszliśmy do pubu na kilka drinków, super atmosfera, każdy w dobrym nastroju. Po kolejnym piwku poczułam, że pęcherz domaga się wizyty w toalecie. OK, wstaję i za ułamek sekundy tyłek z krzesła podnosi mój "wielbiciel''. Spojrzał na mnie z poważną miną i mówi: "Albo to jakieś żarty, albo jesteśmy jak Ferdek z Paździochem, nawet nie wiecie ile razy chciałem iść do WC. Patrzę, a toaleta zajęta, głupio stać pod drzwiami, ale z drugiej strony przecież nie będę trzymał pół godziny...'' ekipa ryknęła śmiechem.
W lokalu każda płeć miała swoją łazienkę, więc tym razem nikt nie musiał na mnie czekać, a ośmieleni alkoholem zaczęliśmy w holu obok łazienek analizować nasz przypadek. Jak się okazało, wstajemy o tej samej godzinie, ja mam w zwyczaju pić rano szklankę wody z cytryną, on herbatę, do biura docieramy praktycznie o tej samej godzinie około 07:45 i obydwoje robimy sobie kawę... dlatego mniej więcej po godzinie chce nam się sikać.
W tym tygodniu sytuacja kiedy w tym samym czasie musieliśmy skorzystać z toalety zdarzyła się tylko raz, a to dlatego, że kawę robię sobie teraz koło 10.
PS Ślubu nie będzie :-) za to nasze relacje bardzo się poprawiły, bo przestałam go w końcu podejrzewać o tak dziwne upodobania... Głupia ja mogłam z nim po prostu pogadać, zamiast wymyślać głupoty z liścikami - wstyd mi jak nie wiem.
Miałem wtedy chyba 18 lat. Byliśmy wtedy z moją dziewczyną sami w jej mieszkaniu. Mieliśmy wtedy jeszcze ok. 3 godziny dla siebie, zanim wróci z pracy jej mama. Wiadomo... ludzie młodzi, hormony działają, więc wykorzystywaliśmy każdy moment luksusu, jakim było puste mieszkanie.
Jesteśmy w środku akcji w dużym pokoju (ten pokój nie miał drzwi zamykanych na klucz), ciuchy porozrzucane po całym pokoju. Nagle słyszymy klucz w zamku... cholera... ktoś tu wrócił wcześniej. Szybko wyskoczyliśmy z łóżka, moja dziewczyna szybko zarzucała na siebie sukienkę, ja natomiast słysząc otwierane drzwi nie zdążyłem zebrać swoich rzeczy. Fakt, że w mieszkaniu tym moja dziewczyna miała podwójne drzwi - zewnętrzne i wewnętrzne - dawał mi cenne sekundy, a jej czas, by zgarnąć moje ciuchy i wpakować je do szafy. W panice poleciałem z kocem do łazienki (była łączona z toaletą) - do tej pory się zastanawiam, na cholerę był mi ten koc. OK, sytuacja opanowana. Zaraz po tym, jak zamknęły się drzwi za mną, tak otworzyły się te od mieszkania. Usłyszałem głos jeszcze nie teściowej i jak moja dziewczyna mówi:
- Cześć, mamo. Oooo, dzień dobry. Co mama robi tak wcześnie?
Myślę sobie - jak to "dzień dobry"? Ano mama przyszła do mieszkania z koleżanką z pracy...
- Tylko na chwilę przyszłyśmy i za chwilę wychodzimy...
Ufff, Bogu dzięki, bo w łazience nie było kompletnie nic w co bym się mógł oblec oprócz tego nieszczęsnego koca i ręcznika.
- ... byłyśmy tu w okolicy i tak nam się sikać zachciało, że biegiem do domu przyleciałyśmy.
SZLAG. jeszcze raz runda rozpoznania. No cholera, mogę się jeszcze tylko papierem toaletowym owinąć. Zacząłem żałować, że teściowa sama nie przyszła. Wtedy by był przypał, ale przynajmniej by koleżanka nie miała plotek na temat młodego faceta, który półnagi biega po mieszkaniu i córki bałamuci. Przysięgam, to były moje najdłuższe minuty, gdy nasłuchiwałem jak teściowa z koleżanką przebierają nogami i pytają, za ile wyjdę z łazienki. Z odsieczą na szczęście przyszła moja dziewczyna, która w przypływie olśnienia wypaliła: "Mamo... Paweł ma biegunkę, to może jeszcze potrwać". Teściowa wtedy szybko się zebrała i opuściła mieszkanie. O włos od przypału ;)
PS Ta sytuacja nie sprawiła, że byliśmy bardziej ostrożni. Tego typu akcji, choć o mniejszym kalibrze, mieliśmy jeszcze kilka :)
W tempie ekspresowym wybrałam się dziś do szkoły mojej córki, aby wypisać moje 14-letnie dziecko z lekcji WDŻ. Gdy przejrzałam jej zeszyt z tego przedmiotu i dowiedziałam się jakich rzeczy jest tam uczona, niemalże słabo mi się zrobiło.
WDŻ w szkole córki jest prowadzony przez katechetkę, która dosłownie pierze mózgi tym dzieciom. W zeszycie córki jest notatka, składająca się z 10 punktów przedstawiających dlaczego dziewczynki są gorsze od chłopców. Dla przykładu kilka:
- dziewczynki krwawią krwią, która jest nieczysta, więc są bardziej skłonne do grzeszenia i robienia złych uczynków
- ich mózgi są skonstruowane tak, aby myślały wyłącznie o stosunku płciowym w celu posiadania dziecka, ale nie po to, żeby tworzyć rodzinę, tylko by narzucać swoją wolę chłopcom
- dziewczynki częściej się same zadowalają i robią to bardzo brutalnie (!!!).
Jest też długa notatka o tym, jaki jest cel w życiu zarówno dla kobiet, jak i mężczyzn, gdzie w skrócie wygląda to tak, że prawdziwy mężczyzna powinien absolutnie zabronić swojej żonie rozwijać się zawodowo czy w ogóle pracować, do tego starać się zrobić jej jak największą ilość dzieci - tylko wtedy małżeństwo jest szczęśliwe.
Kolejne strony to jakieś pseudoreligijne papki, a ostatnia lekcja wygląda tak, że antykoncepcja nie istnieje i to Bóg decyduje, czy para ma mieć dziecko czy nie.
Przyznam, że prawie zawału dostałam jak to czytałam. Wizyta w szkole nie lepsza. Dyrektorka była zdziwiona moim żądaniem o wypisanie córki, tłumacząc, że "nikt nie zgłaszał, że lekcja jest źle prowadzona, poza tym pani katechetka to bardzo dobra nauczycielka". Zostało mi też zasugerowane, że może moje podejście do tego typu spraw jest zbyt NOWOCZESNE i dlatego mam jakieś uwagi. Zrobiłam straszną awanturę, ale córka została wypisana, a ja zamierzam to gdzieś zgłosić. No i czeka mnie dziś na wieczór rozmowa z córką. Chcę uświadomić jej, że to czego uczyła się na lekcjach WDŻ to okropne bzdury i sama przekażę jej wszelkie informacje odnośnie seksualności, macierzyństwa czy roli kobiety i mężczyzny. Nie zmienia to faktu, że jestem skrajnie wzburzona. Jak ktokolwiek może pozwalać na to, aby naszym dzieciom wpajano takie obrzydliwe kłamstwa? To wygląda jak bełkot fanatyka, a nie fachowa wiedza. Pilnujcie czego wasze dzieci uczą się w szkołach!
Kiedy byłam jeszcze w podstawówce, często ja i moich dwóch kolegów spędzaliśmy całe dnie na dworze. Pewnego dnia bawiliśmy się tuż przy drodze. Wygłupialiśmy się, biegaliśmy, jak to dzieci bez dostępu do internetu i telefonów. W pewnym momencie złapałam w garść żyto i wyrwałam je razem z korzeniami, dużą bryłą piachu i zaczęłam tym kręcić. Nagle zza zakrętu wyjechał zieloniutki fiat 126 p. Kiedy był bardzo blisko nas, jak na złość to co trzymałam wypadło mi z rąk i z dużym hukiem uderzyło w szybę rozpędzonego malucha...
Nastała cisza. Po kilku metrach samochód się zatrzymał, wysiadł z niego dość dobrze zbudowany facet i zaczął rzucać mięsem i spytał "Które to?". Nagle patrzę, a moi koledzy wskazują na mnie palcem... Niewiele myśląc wskoczyłam w pole kukurydzy i pobiegłam ile sił w nogach w obawie, że dostanę porządne lanie.
A o tym, że przy okazji posikałam się ze strachu, jak dotąd nie wiedział nikt.
Dodaj anonimowe wyznanie