#NH9K9

Jestem gruby i nikt mnie nie chce. Najlepszy argument dla pań z serii "dlaczego nie masz dziewczyny".
Jestem gruby, niski, brzydki, ale charakter to mam super, tylko tak jakoś żadna mnie nie chce. Nie wiem ile razy już słyszałam takie wymówki.

Kolega A: lekka nadwaga, zabawny, inteligentny, można pogadać. Nie ma dziewczyny. Można by powiedzieć, że skoro można z nim normalnie pogadać, to nie jest jakimś dziwakiem i rzeczywiście tylko ta nadwaga może przeszkadzać. Niestety. Kolega A zaczął mnie "podrywać". Piszę w cudzysłowie, bo było to okropne. Facet 20+ nie potrafiący nawiązać kontaktu powyżej koleżeńskiego. Jak rozmawiał z koleżankami, to było normalnie, jak chciał poderwać, to nie wiedział jak się do tego zabrać, jak zainteresować swoją osobą. Podryw polegał na chodzeniu za obiektem westchnień, ewentualnie śledzeniu, albo wąchaniu, jak przechodził obok. Dodatkowo, pomimo inteligencji w dziedzinach naukowych, nie potrafił nic "życiowego". Co tydzień wizyta w domu, 7 słoików, pranie zawiezione, czyste przywiezione. Kobiety nie chcą tak nieogarniętych życiowo mężczyzn. Oczywiście w jego oczach winny za nieudany podryw był wygląd.

Kolega B. Inteligentny, zabawny, duża nadwaga, jeżeli nie otyłość. Najważniejsze: charyzmatyczny. Rozsiewał urok osobisty, tak że raz dziewczyny prawie się pobiły o to, którą bardziej lubi. Flirt nie był dla niego czarną magią i czasami robił to nieświadomie. Nigdy nie słyszałam, że jest za gruby.

Wygląd to nie wymówka. Naprawdę ważny jest charakter i charyzma. Dodatkowo życiowa zaradność, bo kobiety rzadko kiedy szukają facetów, dla których będą gotować, prać i sprzątać, a ci w niczym nie pomogą, bo nie potrafią. Zauważyłam też, że dużo mężczyzn ma problemy z podrywem, ale to już inna historia

#NR0j8

Sytuacja miała miejsce z okazji zbliżających się urodzin kumpla. Jako zgrana grupa postanowiliśmy kupić mu wspólny prezent. Na zakupy postanowiliśmy wysłać jednego członka naszej ekipy, Tomka. Wykonał swoje zadanie, a prezent zostawił u siebie w mieszkaniu (jest dość młody, więc mieszka z rodziną).

Nadszedł czas, aby ten prezent zapakować, a jako że Tomek był w pracy, a czasu było niewiele, to postanowiliśmy wbić do jego mieszkania i go wziąć. Zadzwoniliśmy do niego z zapytaniem o możliwość odbioru prezentu. Dodam, że od niedawna jestem w ekipie i nie znam adresów wszystkich ziomków. Zadzwoniłem, przez hałas na ulicy słabo go słyszałem, ale dostałem jego adres.

Razem z kumplem poszliśmy po ten prezent. Doszliśmy do jego mieszkania, zapukaliśmy. Otworzyła nam starsza pani, powiedzieliśmy jej, że syn nas przysłał po prezent. Wpuściła nas i poszliśmy do jego pokoju. Otrzymaliśmy przez telefon instrukcję, gdzie znajduje się prezent, więc zaczęliśmy tam właśnie szukać. Ku naszemu zdziwieniu nie mogliśmy go znaleźć. Kumpel znów zadzwonił do Tomka, a ja w tym czasie pomogłem pani z doładowaniem jej telefonu. Po rozmowie dowiedzieliśmy się, że skoro jesteśmy tacy ślepi, to kumpel dziś wróci z pracy wcześniej, więc musimy na niego poczekać.
Powiedzieliśmy pani, że Tomek mówił, że będzie z pracy szybciej, spojrzała na nas bardzo zdziwiona... Zapytaliśmy się profilaktycznie, jak pani ma na nazwisko. Po usłyszeniu nazwiska udaliśmy się piętro wyżej…

#cLfKS

Czytałam tu niedawno wyznanie kobiety, która pisała, że dowiedziała się, że jest bezpłodna, jej mąż powiedział o tym swojej matce, a ta robiła aluzje, aby ją zostawił. Mąż powiedział jednak, że tego nie zrobi. To wyznanie miało wiele komentarzy, a znaczna większość (na szczęście nie wszystkie) była za tym, aby mąż jednak zostawił bezpłodną żonę teraz, bo i tak pewnie kiedyś to zrobi.

Moja historia jest bardzo podobna. Miałam męża, dowiedziałam się, że nie mogę mieć dzieci i mąż mnie zostawił. Większość rodziny i znajomych stanęła po jego stronie (podobnie jak w komentarzach pod tamtym wyznaniem). Wszyscy mówili, że skoro mój mąż chce mieć własne dzieci (na adopcje stanowczo się nie zgodził), to miał pełne prawo mnie porzucić. Porzucić, bo tak właśnie się poczułam. Jak nikomu niepotrzebna rzecz, która się zepsuła. Jak przedmiot.

Jestem przerażona, jak postrzegane są kobiety. Nieważne kim jesteś i jaka jesteś. Ważne, że rodzisz dzieci. To twoja rola i tylko do tego się nadajesz. Żywy inkubator. Nie potrafisz? To wynocha! Jesteś niczym, nic nie jesteś warta. I to ma być XXI wiek? To jest straszne. I tak, mam poczucie krzywdy. Nie uważam, że mąż miał prawo mnie zostawić. Ślubował mi przecież, że mnie nie opuści i będzie ze mną na dobre i na złe. To było właśnie to złe i co? Zmył się przy pierwszej okazji i to z pełnym przyzwoleniem społecznym. Ja natomiast zostałam okrzyknięta rozgoryczoną, samolubną babą, która chciała unieszczęśliwić swojego cudownego męża, trzymając go na siłę przy sobie. Ciekawe, czy gdyby to on nie mógł mieć dzieci i to ja bym odeszła, to też ludzie by mówili, że dobrze zrobiłam? Czy może, że bezdusznie porzuciłam faceta, który nic złego nie zrobił, bo przecież to nie jego wina, że nie może mi zrobić dziecka?

Pamiętam, że świat mi się wtedy zawalił. Nie dość, że dowiedziałam się, że nigdy nie zostanę matką, to jeszcze zostałam porzucona z dnia na dzień i wszyscy się ode mnie odwrócili, bo śmiałam mówić, że to niesprawiedliwe. Powinnam przecież cierpieć w milczeniu i pogodzić się z losem, bo? No właśnie bo co? Bo tak trzeba? Bo tak wypada? Bo ludzie tak mówią?

Teraz chodzę na terapię, ale nadal jest we mnie dużo żalu i złości. Mam poczucie krzywdy i nikt mi nie wmówi, że nie mam prawa się tak czuć! Mam pełne prawo. Właściwie to chyba tylko ta wściekłość mnie uratowała. Gdybym, tak jak każdy mi radził, po prostu pogodziła się z faktem, że bez dzieci jestem nic nie warta, to bym popełniła samobójstwo albo popadła w głęboką depresję.

Obecnie jestem sama i próbuję sobie ułożyć życie. Nie obchodzi mnie, co ludzie sobie o mnie myślą czy mówią. Nie nienawidzę też facetów przez to, że mój mąż okazał się być tylko niedojrzałym chłopcem.

Mam nadzieję, że autorce tamtego wyznania wszystko się ułoży. Życzę jak najlepiej.

#q9vvR

Jestem żołnierzem zawodowym.
Ostatnio 16 godzin spędziłem na manewrach i ćwiczeniach na poligonie.
Po zajęciach droga do jednostki, a później standardowo zdanie ekwipunku do magazynów, prysznic, przebranie się w cywilne ciuchy i następnie powrót krakowskim MPK do domu.
Siedzę i czuję, że powoli odpływam w objęcia Morfeusza, gdy nagle nieidentyfikowane babsko szturcha mnie i drze ryja (prośbą tego nazwać nie mogę), że zająłem jej miejsce.
Nie wiem, czy to zmęczenia, czy z powodu jej wrzasków wstałem i wydarłem się:
"STÓJ BO STRZELAM!".

Efekt był taki, że babsko się zmyło, a innym pasażerom wytłumaczyłem, że nie posiadam przy sobie broni.

PS. Pozdrawiam kierowcę MPK z autobusu 144, który miał niezły ubaw :D

#x47gr

W liceum przez rok wychowania fizycznego uczył nas prawdziwy buc - nazwijmy go pan Łysolec.
Facet okropny pod względem podejścia do lekcji i oceniania - normalnie, kiedy ktoś się nie czuje na siłach wykonać jakiegoś ćwiczenia, czy to w zwykłej rozgrzewce, czy potem przy większych zadaniach, to ma pełne prawo po prostu nie wykonywać tego zadania. Mówię tu np. o ćwiczeniach mocno "rozciągających" okolice miednicy w czasie miesiączki u dziewczyn czy jakichś wyskokach przy nadwyrężeniu kostki. Tymczasem u pana Łysolca za odmowę wykonania absolutnie każdej pierdoły dostawało się jedynkę/brak pracy na lekcji/ minusa. Kabaret.
Pan Łysolec nie pozwalał również pod żadnym względem wyjść do ubikacji na lekcji. Bo przerwa od tego była, a teraz mamy siedzieć na lekcji i już (u nas była ta trudność, że na salę szłyśmy z klasy na drugim końcu szkoły, a kolejki do toalety były masakryczne i ewentualne ustanie w niej kończyło się 5-minutowym spóźnieniem na lekcję - również nieakceptowalnym, mimo solidnego wyjaśnienia).

Oprócz tego pan Łysolec miał tabelki oceniania wszelkich sprawdzianów prawdziwie z kosmosu, gdzie czas biegu na czwórkę był wyższy niż u drugiego nauczyciela na szóstkę.
Wielokrotne bunty, skargi, wyprawy rodziców do dyrekcji i samego Łysolca dały wielkie zero, więc jako klasa samych dziewczyn byłyśmy mocno zdruzgotane. Ale nie byłoby wyznania, gdyby coś nie zmieniło tej sytuacji.

Dwie godziny wf-u pod rząd, miałam okres. Oczywiście nie zdążyłam na przerwie do toalety, więc zaryzykowałam i od 20 minuty lekcji wręcz błagałam Łysolca o pozwolenie na wyjście do tej cholernej ubikacji. Po 3 odmowach powiedziałam mu wprost, że muszę zmienić podpaskę, inaczej zaraz będzie tu plama krwi.
A Łysolec spokojnie odparł, że to mój problem.
Owszem, mogłam wtedy mieć wywalone i wyjść mimo to, jednak wpadłam na pomysł, który okazał się przełomem.

Nie poszłam do toalety. Zaczęłam za to ćwiczyć intensywnej, wyginałam cały dół w najdziwniejsze pozy. Efekt był taki jak oczekiwałam - całe szare legginsy pokryły się plamą, na czym nie przystopowałam i ostatecznie czerwone ślady pokryły kawałek posadzki.
Łysolec jak zobaczył co się stało, baaardzo się zmieszał i łaskawie pozwolił mi wyjść do toalety oraz po jakąś ścierkę.

Niee, oczywiście na tym się nie skończyło! Dzięki temu tego samego dnia do szkoły wparowały wściekłe i obrzydzone mamy z moją na czele, robiąc największe piekło jakie mogły Łysolcowi i dyrekcji.

Po wszystkim nauczyciel finalnie został zmieniony (w szkole pozostał, ale słysząc wieści z innych klas, całkiem zmienił również podejście i stał się potulny jak baranek).

Owszem, mogłam użyć zwolnienia na Librusie, jednak zwyczajnie lubię ćwiczyć, czemu więc miałabym tego nie robić :)

#Dc49X

W czasach, gdy byłam biedną studentką i miałam bardzo ograniczone środki finansowe, ukruszył mi się ząb, dokładnie jedynka. Na początku przyklejałam go na kropelkę, jak tylko się odkleił, to czynność powtarzałam i modliłam się, żeby wytrzymać te dwa tygodnie do wypłaty i wizyty u dentysty.

Niestety, pewnego razu połknęłam go przy jedzeniu... Co było robić? Kilka razy robiłam kupę na sitko. W końcu go wydaliłam, wygrzebałam z kupy, umyłam i od nowa przykleiłam.

#88Z8q

Akcja rozegrała się w znanej sieciówce.
Byłem na zakupach, bez karty kredytowej (została w aucie), wykreślałem kolejne pozycje z listy. W portfelu: jeden banknot 200 zł i 19,75 zł w drobnych. Chodząc po sklepie, liczyłem cenę każdego produktu. W koszyku wszystkie zakupy, więc idę do kasy. We wszystkich kasach tłum, więc czekam. Moja kolej, liczenie i płatność. Wyświetlona cena 19,77 zł. Podaję pieniądze i mówię, że DWÓCH groszy brakuje. Ekspedientka spojrzała na mnie. Oczy rozpalone jak węgle, fryzura wołająca menadżera sklepu (naprawdę tak ją widziałem). Zaczyna się na mnie wydzierać: "Jak nie stać cię (nie żaden "pan", powiedziała "cię") na zakupy, to nie kupuj". W kolejce pełno osób patrzy na mnie jak na żebraka. Chciałem powiedzieć, że to tylko 2 grosze, lecz głos min się załamał. Zgarnąłem drobne i położyłem to zapasowe 200 zł. Uspokoiła się i zaczęła wydawać resztę. Wydaje i na koniec pyta, czy może być winna grosika, bo nie ma...

Powiedziałem "nie". Normalnie bym to puścił, ale we mnie się już gotowało. Zaczęła pytać o drobne u koleżanek, ale ciężko. Ludzie z zaciekawieniem czekają. Nie słyszę żadnych głosów ze strony małego tłumu. W końcu rozmieniła banknot i przez chwilę mierzyła mnie wzrokiem. Przestała, kiedy starszy facet (drugi za mną w kolejce) zaczął mi gratulować wytrwałości. Zgarnąłem resztę i odszedłem.

Nie wiem, co to za uczucie mnie opłynęło po wyjściu ze sklepu, ale było warte całej sytuacji.

#8vLqh

Moi rodzice znają się od przedszkola. To pierwsza i prawdziwa miłość obojga. Moja mama mieszkała na wzgórzu, w starym wiejskim domu (niebieskie ściany, te sprawy). Mój tata ze swojego domu miał do niej jakieś 10 minut. Przyjaźnili się ze sobą i spotykali przez lata i to tata zawsze przychodził do mamy, bo jak to na wsi, inaczej nie wypadało.

Pewnego dnia, a raczej wieczoru, mój tata siedział razem z mamą na schodach jej domu. Przed chałupką był, jak to na wsi bywało, gnój. Było lato, więc zapach był jeszcze bardziej intensywny. Rodzice sobie siedzą, rozmawiają. Po chwili ciszy tata mówi "Gośka, wyszłabyś w końcu za mnie i u mnie zamieszkała, bo ileż ja tu jeszcze będę chodził do ciebie i wąchał tego gnoju?".

No cóż, może to i nietypowe oświadczyny, ale mimo wszystko to nadal piękna para. :-)

#1RYJr

Jestem ciekawa ile osób mnie potępi, ale ja nadal uważam, że postąpiłam słusznie.

Moja córka (lat 17) pewnego dnia oznajmiła mi, że chyba jest w ciąży. Późniejsza wizyta u lekarza to potwierdziła (5 tydzień).
Co zrobiłam później? Zabrałam ją do Czech na zabieg aborcji.

Gdy emocje opadły, córka opowiedziała mi o wszystkim. Od jakiegoś czasu uprawia seks ze swoim chłopakiem (którego ja również dobrze znam), zawsze się zabezpieczali, więc obydwoje nawet nie wiedzą jakim cudem mogło dojść do zapłodnienia, bo na ogól nawet po fakcie sprawdzali, czy w gumce nie ma dziurki. Uwierzyłam im, moja córka jest bardzo ułożoną dziewczyną, nie sprawia problemów, jest odpowiedzialna i ambitna. Jej chłopak podobnie, spotykają się już jakieś 2 lata. Bardzo go lubię, świetny chłopak z podobnymi ambicjami i zainteresowaniami do mojej córki.

Gdy ciąża się potwierdziła, młodzi powiedzieli mi, że oni absolutnie nie chcą tego dziecka. Widziałam jak obydwoje byli załamani, przerażeni i zmartwieni. Sama wyszłam z inicjatywą aborcji, choć zapewne gdyby nie to, i tak by to zrobili w bardziej prymitywny sposób. Powiedziałam, że mogę pokryć koszta wyjazdu do kliniki (bo oni mieli niewiele pieniędzy), a oni mi się później jakoś za to zrehabilitują. I tak też się stało, jakieś 2 tygodnie później córka w ciąży już nie była. Wszyscy odetchnęliśmy z ulgą.

I nie, nie było opcji, aby córka to dziecko zatrzymała czy nawet urodziła. Bo po co? Dla 17-latków był to istny koszmar, który dodatkowo kolidowałby z ich rozwojem. Są ambitnymi dziećmi, rewelacyjnie się uczą, zdobywają nagrody naukowe i na tym się skupiają. Ani oni, ani ja nie pozwolilibyśmy, aby to wszystko zrujnowało złe zrządzenie losu, na które MA SIĘ WPŁYW.

Od tego momentu minęło 7 miesięcy, córka za kilka dni kończy 18 lat. Nikt nie ma traumy po tamtym wydarzeniu, młodzi dostali lekcje życia, zapewne są teraz jeszcze bardziej uważni, a do tego przez te złe wydarzenia wręcz zbliżyłyśmy się do siebie z córką, tak jak i ona z chłopakiem. Wiem, że kiedyś będą chcieli mieć dzieci, ale to nie jest absolutnie czas dla nich. Dziecko w tym momencie całkowicie zrujnowałoby życie mojej córki, a szczególnie psychikę, bo widziałam, jak to na nią działało. Cieszę się, że mogłam im pomóc. Jako rekompensatę postanowiłam, że przez wakacje będą pracować i pomagać mi w moim sklepie, po czym zwrócą mi koszta aborcji. I nie, nie chodzi mi o ukaranie ich. Nie będę ich karać za wypadek, losowy bieg wydarzeń, bo nie zawinili celowo i była to sytuacja do uratowania, lecz chcę ich nauczyć już na przyszłość, że należy oszczędzać pieniądze na awaryjne przypadki, bo różnie się dzieje w życiu.
A do fanatyków - nie gloryfikuję aborcji ani nie traktuję jej pobłażliwie, po prostu uważam, że jest rozsądnym rozwiązaniem, gdy ciąża może dosłownie zniszczyć komuś życie.

#ZGWWR

Miałam wtedy 20 kilka lat, jechałam z mamą do sąsiedniego miasta na zakupy, ale wcześniej w naszej miejscowości chciałyśmy załatwić kilka spraw. Ja skoczyłam do sklepu, a mama do urzędu. Umówiłyśmy się, że podjedzie po mnie pod sklep.

Wychodzę na parking i widzę, że nadjeżdża jej samochód, więc pomachałam do niej, podbiegłam do auta, wsiadłam, położyłam torebkę na kolanach, zamknęłam drzwi i mówię: "No, to jedziemy!". W tym momencie spojrzałam w bok... a za kierownicą siedzi starszy pan i patrzy na mnie, jakby zobaczył ufo. Ja burak, a dziadek do mnie: "Co pani robi?". Niewiele myśląc powiedziałam do niego: "Czemu pan się zatrzymał?", a on mi na to: "a bo pani machała"...


Do dziś mieszkam w tej miejscowości i czasem go widuję. Witamy się jak starzy znajomi :D
Dodaj anonimowe wyznanie