Gdy byłam małą, około dwuletnią dziewczynką, połknęłam 20 groszy. Ku uciesze moich rodziców 20 groszy znalazło się potem w mojej kupie.
Jakiś czas później dostałam od mamy nowe buciki. Pewnego dnia w odwiedziny do nas przyszła koleżanka mamy i chcąc mnie jakoś zabawić, wychwalała moje buciki oraz zapytała skąd wzięłam na nie pieniądze. Wtedy ja z dziecięcą szczerością, patrząc jej prosto w oczy, odpowiedziałam: "Wysrałam, ciociu".
Pewnego pięknego dnia, gdy byłam mała, dziadek odebrał mnie koło południa z przedszkola, pojechałam razem z nim do babci i tam jak zawsze czekałam do wieczora na powrót rodziców, ponieważ obydwoje pracowali do późna. Pamiętam, że strasznie się nudziłam po powrocie i nie wiem co mnie do końca podkusiło, ale znalazłam mały, niebieski tamburyn i założyłam go przez głowę na szyję.
To był wspaniały pomysł, przez kilkadziesiąt minut radośnie biegałam, podskakiwałam i bawiłam się owym instrumentem. Kiedy w końcu zechciałam zdjąć tamburyn, nastąpił mały problem... te metalowe blaszki tak się przekręciły, że za cholerę nie mogłam tego przecisnąć przez głowę. Dziadek też niewiele wskórał, pomimo tego że naprawdę się starał i ciągnął tamburyn z całej siły, tak że aż nogi mi się odrywały od ziemi. No nic, nie było wyjścia, czekaliśmy na rodziców...
Resztę dnia spędziłam z moim ''przyjacielem'' na szyi, zjadłam w nim obiad, byłam w sklepie, nawet kąpałam się w wanience, radośnie przy tym pobrzękując i śpiewając. :D Koniec pamiętam jak przez mgłę: Siedzę na roboczym stole w garażu, dziadek mnie trzyma, a tata rozpiłowuje mi tamburyn na szyi. Ja ryczę wniebogłosy, żeby mnie zostawili i nie psuli tamburyna, bo chcę iść w nim jutro do przedszkola... Niestety tamburyn nie przeżył i leży gdzieś u dziadków w piwnicy, a ja mam nadal sentyment do tego instrumentu ;)
Wygrałem w totolotka! :D A piszę o tym anonimowo, bo nie chciałem się komuś pochwalić, ale żaden z moich znajomych nie może o tym wiedzieć, bo boję się, że od teraz miałbym masę fałszywych "przyjaciół". Naprawdę szczęście aż krzyczy ze mnie ze środka i nie mogę się tym z nikim podzielić - cieszcie się ze mną! :D
Ptak mi nasrał do puszki z colą - trafił prosto w otworek. Poczułem dopiero, jak wziąłem łyka...
Moje życie przez długi czas było istnym koszmarem. W domu byłem ciągle mieszany z błotem i nie wolno było mi się nawet odezwać. Podejrzewam, że całe to piekło było skutkiem tego, że jestem dzieckiem wpadki. O tym też rodzice co krok mi przypominali. Moje pasje takie jak rysowanie lub śpiewanie karcili, więc byłem zmuszany robić to po kryjomu, bo było to jedyną rzeczą, jaka sprawiała mi prawdziwą przyjemność. Sprzeciwianie się rodzicom skutkowało biciem i jeszcze gorszymi wyzwiskami.
W szkole byłem zamkniętym w sobie odludkiem. Nie wolno było mi wychodzić z kolegami na dwór, a do tego część osób wyśmiewała mnie.
W gimnazjum przechodziłem przez bardzo poważne stany lękowe i depresyjne. Pewnego dnia postanowiłem zwierzyć się ze swoich problemów pani pedagog. Liczyłem na wsparcie, nawet nie rozwiązanie problemu, ale zwykłą, szczerą rozmowę (nie miałem nikogo takiego do rozmowy). Po powrocie do domu okazało się, że pani pedagog przekazała to wszystko wychowawczyni, a ta rodzicom. Na wejściu zostałem spoliczkowany przez mamę, a następnie zbity przez ojca. Nikt nie mógł się dowiedzieć o tym, co się działo u mnie w domu...
W liceum poznałem pewną dziewczynę. Nadal dziwię się, że zainteresowała się kimś takim jak ja, wiecznie skulonym i zamkniętym w sobie. Usiadła obok mnie na przerwie i poczęstowała mnie kanapką. Tak zaczęła się nasza szkolna przyjaźń. Ciężko było mi opowiedzieć jej o sobie, bo bałem się, że sytuacja się powtórzy. Zaufałem jej jednak, a ona zgodnie z obietnicą nigdy nie opowiedziała nikomu o tym, co się u mnie dzieje. Dzięki niej mogłem poczuć się chociaż przez kilka godzin w ciągu dnia szczęśliwy.
W trzeciej klasie moja matka zapiła się na śmierć. Ojciec zaczął jeszcze bardziej odreagowywać na mnie swoje emocje. Zaczął ćpać. Traciłem chęci życia z dnia na dzień, a przez moje załamanie zwyczajnie zwyzywałem Kasię od najgorszych. Nadal nie wiem, co mną wtedy kierowało. Byłem całkowicie załamany. Zaraz po powrocie do domu strasznie tego żałowałem, ale bardzo wstyd mi było przeprosić. Poczułem się wtedy jak najgorszy śmieć, który nie potrafi nawet zapanować nad emocjami. Chciałem wykorzystać moment, gdy ojciec jest poza domem i skoczyć z balkonu.
Dosłownie na chwilę przed otwarciem drzwi od balkonu zadzwoniła ona. Odebrałem i już miałem ją przepraszać, ale ona powiedziała mi tylko, że będzie u mnie za 5 minut. Nie pamiętam jak to dalej się stało, ale w ciągu pół godziny byłem spakowany i w drodze do niej do domu. Jej mama zgodziła się, bym mieszkał razem z nimi. To było najpiękniejsze, co mogło mnie spotkać. Jej reakcja całkowicie mnie zaskoczyła, ale pozwoliła mi zacząć życie na nowo.
Zawdzięczam jej całe moje życie.
Kiedyś urządziłem całkiem sporą imprezkę sylwestrową. Jako że mieszkam w bloku na jednym z wyższych pieter, to wszyscy zawsze jeżdżą do mnie windą, lecz nie zawsze pamiętają, na którym piętrze mieszkam.
Podczas tej imprezki wysłaliśmy kumpla do sklepu w celu zakupu paru piwek, gdyż zapasy się nam powoli kończyły. Ten zadowolony śmignął na stację i nie wracał już około 30 minut (a stacja jest max 100 metrów od mojego mieszkania). Gdy zaczynaliśmy się martwić i szykować ekipę, żeby sprawdzić, co się stało, zadzwonił do drzwi, trzymając ostatni czteropak (kupił ich kilka).
Okazało się, że pomyliło mu się piętro i wszedł przez otwarte drzwi do sąsiada z niższego piętra, który też robił bibę, i bawił się u niego przez ten czas, dopóki nie zorientował się, że to nie ta impreza.
Piwa trochę szkoda, ale przynajmniej się z niego pośmialiśmy :D
Od jakiegoś czasu staraliśmy się z mężem o dziecko, w końcu się udało. Od razu podzieliłam się dobrymi wieściami z rodziną, która bardzo nam kibicowała przez cały czas starań. Niestety przy kolejnej wizycie u ginekologa okazało się, że coś jest nie tak. Potem mnóstwo kolejnych badań, aż wreszcie werdykt - dziecko ma liczne wady rozwojowe, nigdy nie będzie się samodzielnie poruszać, duża niepełnosprawność umysłowa, liczne wady serca, płuc, do tego będzie też zdeformowane, a przede wszystkim przez całe życie będzie wymagało dużych nakładów opieki oraz gigantycznych pieniędzy na operacje, które pozwolą mu jakoś żyć. Lekarze jednogłośnie stwierdzili, że taką ciąże należy usunąć. I ja oczywiście to zrobiłam. Nie wyobrażam sobie skazywać dziecka na wieczne cierpienie. Nie wiem też skąd miałabym wziąć tyle pieniędzy, czasu, pomocy. To by było straszne. Było mi bardzo przykro, że musiałam pozbyć się tej ciąży, ale w głębi czułam, że robię dobrze, że dzięki temu ten biedny człowiek nie będzie przechodził dożywotnich mąk, a ja nie będę przez całe życie wypruwać sobie żył nad pozyskiwaniem pieniędzy na operacje, które będą jedynie podtrzymywały jego cierpienie.
O całej sprawie siłą rzeczy musiałam poinformować rodzinę. I to było właśnie najgorsze. Już pominę wyzwiska od morderczyń, ale najbardziej uderzyło we mnie to, że rodzice stwierdzili, że to wszystko byłoby przecież takie łatwe:
- ja jako opiekunka, pielęgniarka, nauczycielka, rehabilitantka 24h na dobę dożywotnio,
- mąż jako maszyna do zarabiania, która łapie się każdej pracy i goni za każdą złotówką, zero odpoczynku, harowanie od rana do nocy, żeby było jak najwięcej kasy na dziecko, które wymaga milionów
- ciągłe organizowanie zbiórek pieniędzy na operacje, żeby obcy ludzie, którym zrobi się nas żal, przelewali grubą kasę se swoich kont na operacje naszego dziecka, które pomogą mu jedynie dłużej tkwić w cierpieniu, zamiast na przykład przeznaczyć swoje pieniądze na własne dzieci czy coś, co ma jakąś przyszłość
- "nie no, przecież kochasz to dziecko, to najważniejsze".
Tak, kocham moje już ś.p dziecko, ale moja miłość go nie uleczy. Nie wyobrażam sobie także, aby obcy ludzie mieli dawać nam pieniądze, które mogliby poświęcić na leczenie kogoś, kogo faktycznie można wyleczyć. W życiu nie skazałabym własnego męża na życie jedynie ciężką pracą, niczym robotnik bez chwili wytchnienia. Też absolutnie nie chciałabym zrezygnować ze swojej tożsamości i zostać chodzącym przewijakiem, pieluchą, wózkiem inwalidzkim czy strzykawką.
Pogodziłam się z tym, co się stało. Uważam, że postąpiłam słusznie. Czuję żal, że straciłam dziecko, lepiej, żeby go nie było, niż żeby miało tak tragiczne życie, które w ten tragizm wciągnie i nas.
W zeszłe wakacje pracowałam w Niemczech na magazynach na 3 zmiany. Akurat byłam na końcówce nocnej zmiany, gdy dostałam okresu. W torbie tylko dwie podpaski, gdyż nie spodziewałam się go tak szybko.
Pierwsza przesiąknęła szybko, więc muszę iść do toalety wymienić na ostatnią, jaką mam przy sobie.
W tamtejszych toaletach były kosze z półeczką. Gdy otworzyłaś kosz, podnosiła się półeczka i uniemożliwiała zajrzenie do wnętrza kosza.
Mój zmęczony móżdżek przypadkiem wrzucił ostatnią podpaskę do kosza. Co robić? Nie da się jej normalnie wyciągnąć, niemieckiego nie znam, kobiety około czterdziestki, które były ze mną na zmianie, nie znały ani polskiego, ani angielskiego, a włożony w majtki papier musiałabym wymieniać co 15 minut (szefostwo by nie było zadowolone, że tak często uciekam z hali). Pozostało mi jedynie jakimś cudem wcisnąć rękę obok tej plastikowej półki i wyciągnąć podpaskę.
Pokaleczyłam rękę o krawędź półeczki, ale udało mi się dostać do środka. Jednak nie mogło by być zbyt łatwo! Ręką nie sięgałam dna. Musiałam zatem podnieść kosz wraz z ręką w środku do pozycji poziomej i po omacku szukać mojego skarbu. Zanim znalazłam, dotknęłam ręką zużytej podpaski (nie mojej, bueh).
Uradowana, opuszczając kosz, nacisnęłam nim na klamkę, a otwierające się drzwi ukazały starszą Niemkę równie zdegustowaną i zmieszaną, co ja.
Bez słowa wyjęłam rękę z kosza i zamknęłam drzwi. Rękę po tym szorowałam chyba 10 minut. Wśród pracowników rozeszła się plotka o Polce grzebiącej w koszu na odpadki sanitarne. Na szczęście był to mój ostatni tydzień pracy.
Jedno z najobrzydliwszych sytuacji w moim życiu, o której nie wie nikt z moich znajomych. Jesteście pierwsi, drodzy anonimowi.
Nadal mam ciarki obrzydzenia, fuj.
Jestem nieczułą suką bez serca, zaślepioną pieniędzmi, i obym zdechła. Tyle tytułem wstępu.
Mam niewiele ponad 20 lat, męża, dziecko i studia. Nie opływamy w miliony, ale też niczego nam nie brakuje do dobrego życia. Ostatnio jednak los się do nas uśmiechnął i trafiliśmy sporą sumkę w lotto. Pierwszą naszą myślą i marzeniem był własny dom, toteż zaczęliśmy się rozglądać za jakimś ładnym gniazdkiem. Niedużym, skromnym, jednorodzinnym.
Po paru obejrzanych posiadłościach kupiliśmy nieduży, ładny domek w stanie surowym. Mój ukochany lubi remontować, wiec zabrał się sam za wykańczanie go. Znika z domu zaraz po pracy na wiele godzin, coby jak najszybciej się przeprowadzić na własne (mieszkamy z teściami). Ostatnio pokoje były gotowe pod malowanie, więc tym razem na naszą budowę pojechałam ja. Malowałam sobie spokojnie pokój, kiedy zadzwonił mój mąż i powiedział, żebym szybko wracała.
Okazało się, że pochwalił się wygraną swojej mamie, a ta momentalnie wpadła w euforię mówiąc, że nareszcie będą mieli godne życie, spłacą długi i może na jakieś wakacje wystarczy, trzeba kuchnię wyremontować, no i auto też by się przydało. Tuż po tym wpadła w histerię, kiedy dowiedziała się, że niestety, ale nie spłacimy ich długów, bo wykańczamy dom.
Obecnie mamy się pakować i wynosić, bo nic dla nas rodzina nie znaczy i patrzymy tylko na siebie. A ja dodatkowo przez pieniądze zrobiłam się pazerna, bo ciężko mi pożyczyć głupie 10 tysięcy, bo co to dla nas, a ona spożytkowałaby je dużo lepiej.
Ech, "rodzina"...
Mieszkam w bloku na parterze. Korzystając z uroków feriii mało śpię i to zazwyczaj w dzień, a w nocy lubię sobie posiedzieć.
Około 5 rano zaczęło mi się nudzić, w dodatku zrobiłam się głodna. Zjadłam tosta oraz zaparzyłam sobie kawkę. Nie wiem, co to za pomysł, ale przyszło mi do głowy, żeby w tym momencie wyjść na balkon, a byłam w samym t-shircie. Oczywiście z tą kawą.
Taak, kubek z kawą na pewno mnie ogrzeje przy tych kilku stopniach na dworze.
Gdy wychodziłam, pomyślałam sobie, że raczej wszyscy jeszcze śpią, a już na pewno nikt nie będzie wychodził na balkon. No i oczywiście bum! Musiało być inaczej. W tej samej sekundzie na swój balkon wyszedł również sąsiad z naprzeciwka.
Zorientowałam się, że nie mam na sobie spodni ani nawet gaci, więc czym prędzej usiadłam i skuliłam się, aby nie było tego widać.
Po kilku minutach sąsiad nadal stał na balkonie i palił sobie fajeczkę, a ja zza doniczki widziałam, że się na mnie gapi. Robiło się coraz zimniej...
Siedziałam tak z pół godziny. Sąsiad miał na sobie kurtkę, a ja drętwiałam z zimna, bo głupio mi było wstać i świecić tyłkiem.
Dodaj anonimowe wyznanie