Mam dzieci. Na pierwszy rzut oka jesteśmy wspaniałą rodziną. Super nam się z mężem układa. Dzieciaki, nie mogę narzekać. Jest tylko jeden problem.
Odkąd pojawiło się pierwsze dziecko, piję. I tak już 7 lat. Godzina 21.00, i zaczynam. Dzieciaki w swoich pokojach, facet pije ze mną, tyle że on ma hamulec. Ja już nie, muszę się upić do nieprzytomności. Przy czym sikam pod siebie.
Mam bardzo niską samoocenę. Zawsze przewiduję tylko i wyłącznie najczarniejsze scenariusze. Co istotne, uważam, że jestem gorsza od wszystkich przez co szybko zniechęcam się do wszystkich planów, które chcę zrealizować.
Od pięciu lat studiuję dość wymagający kierunek. Z czasem przyszło zwątpienie w to co robię, że po co, skoro i tak są lepsi, i się nie przebiję w tym zawodzie. Zaczęłam odpuszczać, przez co zawaliłam rok. W międzyczasie poznałam swojego chłopaka, który jest dla mnie ogromnym wsparciem. Zanim poznał mnie, był w kilkuletnim związku z pewną dziewczyną, z którą później zerwał.
Teraz przejdę do historii właściwej, o której nigdy nikomu nie powiem. Nic mnie tak nie motywuje do działania jak częste sprawdzanie profilu byłej mojego chłopaka. Czuję się od niej gorsza, uważam że jest atrakcyjniejsza i boję się, że mój chłopak zacznie mnie do niej porównywać i wtedy przekona się, że ona jest "tą lepszą". Jest to zupełnie irracjonalny lęk, ale nie mogę nad nim zapanować. Choć niewątpliwie są tego "zalety". Wzięłam się za naukę i staram się nadrobić materiał, zaczęłam ćwiczyć, by mieć lepszą figurę i stracić zbędne kilogramy, a nawet zapisałam się na lekcje angielskiego, by szlifować język.
Wszyscy myślą, że się samorealizuje i inwestuję w siebie, a prawda jest taka, że po prostu chcę sobie udowodnić, że jestem lepsza od byłej mojego chłopaka. Chciałabym w końcu żyć swoim życiem i nie bać się porównywania do niej, bo wiem, że to jest chore i co najmniej nienormalne.
PS. Mój chłopak w żaden sposób nie daje mi odczuć, że jestem "gorsza". Wręcz przeciwnie. Często prawi mi komplementy, podkreśla, że jestem miłością jego życia i to właśnie na mnie czekał, więc moje zachowanie nie wynika z tego, że on mi nie daje do zrozumienia, że jestem przez niego kochana.
Jestem mężatką od 4 lat. Zawsze z mężem chcieliśmy mieć dzieci, ale niestety jakoś się nie udawało. Zrobiliśmy badania i okazało się, że żadne z nas drogą naturalną rodzicem nie zostanie (przed ślubem żadne z nas o tym nie wiedziało). Idealnie się dobraliśmy, prawda? Jedyna szansa dla nas to adopcja albo ewentualnie in vitro.
Przy in vitro trzeba by adoptować komórkę jajową i użyć nasienia od dawcy. Tak czy inaczej to dziecko nie byłoby więc z nami genetycznie spokrewnione. W takim przypadku wydaje mi się, że lepsza byłaby tutaj adopcja. Po co przechodzić ciążę i poród? Tylko dla samego bycia w ciąży? To wydaje mi się bez sensu. Tyle, że mąż jest przeciwny adopcji i mówi, że in vitro byłoby lepsze. Powód? Co ludzie powiedzą!
Mąż nigdy nie należał do osób, które przejmują się opinią innych, więc bardzo zaskoczyło mnie to co powiedział. Potem mi jednak dokładniej wyjaśnił swoje powody.
Mieszkamy w małym miasteczku. Tutaj każdy chce wiedzieć wszystko o wszystkich (i najczęściej wie). Adopcja nie przeszłaby bez echa. Wszyscy by wiedzieli i plotkowali. A co gdyby potem wyśmiewali czy szykanowali to dziecko? Również w szkole? Ludzie potrafią być okrutni. Nie wiem, może przeprowadzka byłaby tutaj rozwiązaniem, ale wolelibyśmy tego uniknąć. Mamy tutaj dobre prace i dom, który niedawno wykończyliśmy. Nie chcemy gdzie indziej zaczynać wszystkiego od nowa.
Jest też rodzina. Przecież by zauważyli, że nie byłam w ciąży, a nagle mamy dziecko. Oni też mogliby to niewybrednie komentować. Szczególnie teściowa. Ona ma już dwoje wnuków i, znając ją, to naszego dziecka mogłaby nie traktować na równi z tamtymi "prawdziwymi" wnukami. Kontakt z nią byłoby w razie czego też ciężko urwać, bo mieszka w tym samym mieście. Zresztą pomimo jej wad, to wiem, że mąż nie chciałby urwać tego kontaktu, bo to ważna dla niego osoba w życiu (sama wychowała jego i jego siostrę i też łatwo jej nie było).
Mąż uważa więc, że in vitro byłoby lepsze. Wtedy po prostu byłabym w ciąży i tyle. Nikomu byśmy nie mówili prawdy, z niczego się nie tłumaczyli. To dziecko byłoby nasze i już. Nikt by nawet nie wiedział o zabiegu.
Rozumiem jego punkt widzenia. Życie nie jest takie proste, ani idealne. Nie przejmowanie się opinią otoczenia nic nie da, bo tu chodzi przede wszystkim o dziecko i to jak inni mogliby mu utrudnić życie. Jeśli się nawet przeprowadzimy, to rodzina i tak się dowie o adopcji i na jedno wyjdzie. Urwać kontakt ze wszystkimi? Może mąż ma rację co do tego in vitro.
Z drugiej strony zabieg może się nie udać, albo co gorsza udać, a ja mogę potem poronić. Po co to sobie robić? Tak ryzykować? Nie wiem. Boję się tego wszystkiego.
W sumie chyba piszę to wyznanie, żeby nieco uporządkować myśli. Nie wiem co robić. Musimy nad tym wszystkim jeszcze pomyśleć.
Cholera, życie czasem naprawdę potrafi się poplątać.
Nie pracuję jako nauczyciel, tylko jako projektant - w życiu zawodowym używam całek, pochodnych cząstkowych i... wzorów skróconego mnożenia!
Mam 26 lat. W tym roku przeprowadziłam się do innego miasta i otworzyłam tam swoją firmę inwestując wszystkie moje oszczędności. Zrobiłam to wszystko, żeby sobie spokojnie ułożyć życie z moim facetem. Jakież było wielkie moje zdziwienie, gdy po tym wszystkim w jeden dzień:
- upił się w pracy,
- wystawił mnie z pomocą przy przeprowadzce,
- stwierdził, że nic takiego się nie stało,
- sam poszedł na koncert, na który dostałam JA od niego bilet na mikołajki, a mi go w ten dzień ukradł i chciał iść z kolegą,
- na sam koniec napisał mi "żałuj, że Cię nie było".
A teraz się dziwi, że kopnęłam to w dupę.
Mój tata pracował, a matka "zajmowała" się domem i nami. Zawsze to ona szykowała jedzenie, kąpała nas i tak dalej.
Miałam już prawie 12 lat i wciąż nie umiałam zrobić wielu rzeczy sama. Nie umiałam chociażby umyć głowy. Na dodatek panicznie bałam się wody i nienawidziłam kąpieli. Matka zawsze drapała nam głowy podczas mycia, bardzo bolało, szampon i woda leciały często na twarz i do oczu.
Bałam się jej, wydawało się, jakby podczas tego mycia rozładowywała emocje. Gdy miałam umyć głowę przy niej sama, bo o to poprosiłam, przerwała mi, bo uznała, że robię to źle.
Ale pewnego razu pojechała do rodziny, do innego miasta. Wtedy tato odkrył, że ja i rodzeństwo nie umiemy sami zrobić kanapki, herbaty, wody do kąpieli...
Miałam prawie 12 lat, gdy tata nauczył mnie, jak myć głowę. Nie bolało, oczy nie szczypały. Okazało się, że mogę zrobić to sama, że to całkiem miłe uczucie. Nie czułam się dziwnie, w końcu to mój tata. Na dodatek wydawał się zmartwiony tym stanem rzeczy, naszą całkowitą zależnością.
Później matka wydawała się zła. Gdy pytałam, czy ktoś chce do łazienki, bo idę się myć, kazała "zawołać się na głowę". Odpowiedziałam, że sama umyję, bo potrafię - tata nas uczył. Matka przez trzy dni nie odzywała się do taty, mijała go jak powietrze. Później, czasami, rzucała w naszą stronę teksty typu "idź się sama umyj, przecież potrafisz!", przesiąknięte jakimś takim gniewem.
Do dziś nie wiem, dlaczego tak się nad nami pastwiła i dlaczego tak bardzo nas uzależniła od swojej pomocy. Jestem też wdzięczna, że pojechała do tej rodziny i tato pomógł nam się trochę usamodzielnić. A dziś ta kobieta lubi chwalić się swoimi sukcesami w wychowywaniu i wspominać, jak wielu rzeczy nas nauczyła...
Osiedlowa ulica. Po bokach bloki, parkingi, trochę zieleni, dwie pomniejsze uliczki wpadające w główną. Po chodniku z jednej strony ulicy idzie jedna z moich sąsiadek - matka z trzyletnim synem na rowerku. Po drugiej, naprzeciw niej, kuśtyka druga, jej rówieśniczka, z kulą z i zakupami z jednej ręce. Zza zakrętu bliżej pań wyjeżdża samochód. W tym samym momencie trzylatek ni z tego, ni z owego skręca na jezdnię, prosto pod koła.
Matka była dwa metry od dziecka, kulejąca sąsiadka mniej więcej dziesięć. Ja patrzyłem na to z drugiego końca tej ulicy. Chora sąsiadka rzuciła się dziecku na pomoc, upuściła zakupy, kulę, i jak zając skoczyła pod koła. W ostatniej chwili przerzuciła dziecko na przyuliczny trawnik. I ja, i ona z daleka widzieliśmy, co się dzieje, matka chłopca miała wzrok utkwiony w telefonie. Jak tylko zobaczyłem co się dzieje, wystartowałem w ich stronę, ale pani o kuli była dużo bliżej.
Kierowca dał po hamulcach, ale niestety stuknął ją zdrowo. Sąsiadka poleciała na asfalt, wyrżnęła głową. Zdążyłem dobiec, kierowca natychmiast wyskoczył z samochodu. Dziecko płakało, ale nic stało mu się nic, miało tylko ubrudzoną koszulkę. Udzielamy we dwóch pierwszej pomocy, bo pani krwawi, potłuczona, chora noga prawdopodobnie w drzazgach... i w tym momencie wkracza matka chłopca. Z ryjem od ucha do ucha i awanturą. Bo JEJ DZIECKO BABA GŁUPIA P*ZDA SZARPAŁA HURR DURR GŁUPIA K*RWA, A MY SOM CH*JE!!!
Sprawa trafiła na policję. Kierowca miał na szczęście kamerkę samochodową, akcję widziało kilka osób. Obecnie rozchodzi się głównie o niedopilnowanie dziecka, groźby karalne i kilka pomniejszych wykroczeń ze strony matki tego chłopca. Sąsiadka z kulą straciła efekty wielomiesięcznego leczenia, do tego doszło wstrząśnienie mózgu i szwy na połowie ogolonej głowy, problemy z kręgosłupem. Nie chciała iść do sądu, machnęła ręką na swoje potłuczone ciało i zakupy, bo jak mówi "to żadna cena za niewinne dziecko", chociaż, co zabawne, dzieci serdecznie nie znosi i ucieka na sam ich widok.
Niezmiernie szanuję tę kobietę i staram się pomagać jej jak tylko mogę. Jest to twarda, niesamowita osoba, która najmniej przejmuje się samą sobą. Ale co najbardziej mnie poruszyło, to że zatroszczyła się o cudzego dzieciaka bardziej niż jego własna matka, zniosła stek obelg, masę bólu i do nikogo nie miała o to żalu ani pretensji.
Nie jestem wegetarianką z powodu ideologii, ale okłamuję znajomych, że tak jest. Nie chcę już dłużej wysłuchiwać złotych rad.
Nie jem mięsa, bo mam odruch wymiotny gdy podczas krojenia lub żucia kawałka mięsa trafi mi się kawałek jakiejś błony, tłuszczu czy czegoś twardego lub po prostu podobnego. Moja rodzicielka chodziła ze mną gdy byłam mała do lekarza, do psychologa i nic. Tak po prostu mam. Raz ciocia chciała pokazać mojej mamie, że da się nauczyć dziecko jeść to co rodzic uważa za słuszne.
Efekt? Zarzygana kanapa, ściana, podłoga, ja, no i ukochana ciocia oczywiście.
Nigdy więcej nie wchodziła w dyskusję z matką na temat odżywiania.
Kiedy byłem młodszy, wmówiłem kolegom, że mam w gardle jakąś bakterię wywołującą chorobę i nie mogą po mnie pić. Mówiłem tak dlatego, że nie lubiłem pić po innych ani dzielić się swoimi dobrami.
Historia dziewczyny, której nie przyjęli do pracy, bo nie wymawiała R, przypomniała mi moją historię, która zdarzyła się wiele lat temu. Miałam wtedy zakładaną plombę na 7 ze znieczuleniem. Z tym, że miałam taki układ nerwów, że nie tylko nie czułam nic w zębie, ale też poraziło mi na pewno połowę języka, chyba również część policzka i brody po tej stronie - nerwy unerwiające te części odchodziły za miejscem wkłucia. Tak więc na godzinę po skończonym zabiegu wyglądałam trochę jak upośledzona - opadający kącik ust, czasem wylewająca się ślina (nie zawsze pamiętałam, żeby ją wytrzeć), nieco bełkotliwa mowa, bo pół języka nie działało.
Wracałam wtedy tramwajem do domu. Było koszmarnie gorąco, na dodatek był to pojazd bez klimatyzacji. Po paru minutach wiedziałam, że nie ustoję do końca, miałam jeszcze jechać ponad pół godziny, a nie mogłam wysiąść, bo spieszyłam się na zajęcia na uczelnię (miałam kilkugodzinne okienko w środku dnia, zajęcia zaczynały się ok. 16 - nie pozdrawiam układających...). Jak to w godzinach szczytu, wszystkie miejsca zajęte, poprosiłam chłopaka w wieku około studenckim, czy by mógł mi zwolnić miejsce, bo bardzo mi słabo. Udało się, już miałam siąść, gdy poczułam silne szarpnięcie za ramię. Jakaś babcia weszła w tryb bojowy, i zaczęła wykrzykiwać, że takim downom jak ja nie powinno się pozwalać być wśród ludzi, bo wszystkich obrzydzają. Miałam wtedy taką przypadłość, że będąc mocno zdenerwowaną, zaczynałam się jąkać, sklecenie zdania zajmowało mi całe wieki. Tak więc próbując wypowiedzieć te parę słów, jeszcze bardziej się zaśliniłam (zapomniałam o tym zupełnie), więc faktycznie wyglądało to mocno nieciekawie. Albo ciekawie, zależy dla kogo.
I tu następuje zwrot akcji. Do coraz bardziej pieniącego się mohera podeszła na oko 10-letnia dziewczynka... z zespołem Downa. Pociągnęła ją za rękaw i najsmutniejszym głosem, jaki słyszałam w życiu, zapytała się, dlaczego ona się z niej śmieje, że ma tę chorobę. Gdybyście zobaczyli babsztyla w tym momencie! Odskoczyła jak oparzona, uciekła do drzwi i na najbliższym przystanku wypadła, jakby ją goniło stado wilków. Dziewczynka poprosiła mamę, czy może mi dać chusteczkę. Dopiero wtedy do mnie dotarło, że mam pewnie pół twarzy w produkcie pracy ślinianek, z wdzięcznością wzięłam (własnych nie miałam niestety) i się doprowadziłam do stanu jako takiego. Jeszcze chwilę z nią porozmawiałam, naprawdę niesamowite dziecko.
Dodaj anonimowe wyznanie