Będzie o pewnym nauczycielu.
Byłam niedawno na wycieczce teoretycznie kasowej (ponad połowa klasy + jego córki i ich dwie przyjaciółki) z moim wychowawcą. Od samego rozpoczęcia pierwszej klasy gimnazjum wszyscy nam mówili, że trafił nam się super wychowawca. Wyluzowany wuefista, z podejściem do uczniów. Też tak myślałam. Aż do tej wycieczki.
Czuję się zażenowana tym, co się tam działo. Zaglądanie uczennicom w dekolt, klepanie kiedy akurat się schylają obok niego, sprośne żarty i dwuznaczne lub niesmaczne teksty typu "uważaj, bo ci cyckonosz odfrunie", "uważaj, bo ci to [górę od stroju kąpielowego] rozwiążę", "spokojnie, mamy tu wielu chłopaków, chyba że wolisz z młodszymi, to tam też są. A jak ze starszymi, to jestem to usług" i wiele, wiele innych.
Dorosły mężczyzna zachowywał się gorzej od 16-latków, rzucał kamieniami, zaglądał nam (dziewczynom) w telefony podczas pisania wiadomości, flirtował z większością kobiet, klął co drugie słowo, opowiadał niesmaczne żarty tylko i wyłącznie na temat seksu lub kupy. Każda sytuacja była dla niego dwuznaczna. Nie przejmował się, kiedy było nas w grupie mniej niż powinno, po zaginionych uczniów kazał dzwonić po półgodzinie (jak już się mu po raz setny zwróciło uwagę, że ich nie ma). Kupił mniej biletów autobusowych, niż nas faktycznie było, bo przecież w takiej grupie "nikt nie tego będzie sprawdzał".
To wszystko było tak żałosne i niesmaczne, że nie spojrzę na tego mężczyznę tak samo. Nie wiem, jakim cudem został nauczycielem. Wszystko to robił przy swoich córkach i ich przyjaciółkach. Potrafił w jednej chwili składać dwuznaczne propozycje swojej uczennicy, żeby w drugiej rozmawiać z żoną, która akurat zadzwoniła.
Brak słów.
Kiedy miałem jakieś 7-8 lat, moi rodzice często przywozili ze wsi świniaka albo pół i robili swoje kiełbaski, paszteciki itd. Myślę, że kiedyś robiła tak większość rodzin w Polsce. Zawsze jednak kiedy już zabierali się do produkcji, to za zamkniętymi drzwiami. Zabroniono mi tam wchodzić albo podglądać. Później, po latach zrozumiałem, że z powodu widoku tej krwi, flaków i całej reszty, która mogłaby spowodować, że takiej kiełbaski nawet bym nie ruszył.
Naszymi sąsiadami była w tamtym okresie w sumie bliska rodzina – bo siostra rodzona ojca. Relacje? Istne Kargule i Pawlaki… Wojny praktycznie każdego dnia, kłótnie o każdą pierdołę…
I teraz, jaki związek ma jedno z drugim? Otóż w okresie zakazanych dla mnie „produkcji” mięsnych wyrobów, nasi sąsiedzi wyjechali na wakacje. Oczywiście ja o tym nie wiedziałem. Jednak jako dzieciak wychowany na filmach z Różową Panterą, szybko rozgryzłem co się wydarzyło!
Przez następne dwa tygodnie – aż do czasu powrotu ciotki z wujem – byłem przekonany, że moi rodzice ich załatwili i przerobili na kiełbasy i kotlety. Ja później w wielkimi wyrzutami sumienia smakowałem różnych potraw z ciotki i nienawidziłem siebie, bo bardzo mi smakowała…
Mam nienormalnych sąsiadów.
Mieszkam w domu jednorodzinnym. Obok mieszka matka z córką (ok. 60 lat i 40) z dwójką dzieci. Córka ma męża, którego praktycznie nie ma w domu, bo siedzi za granicą.
Główną, a w sumie to jedyną rozrywką moich sąsiadek jest podglądanie nas, rzucanie obelgami i strojenie min. Mój mały brat boi się wyjść z domu, bo jemu też się obrywa.
Przerzucanie śmieci, wyzywanie jest na porządku dziennym.
Po jednej z ostatnich awantur założyliśmy z mężem atrapę kamery i jest spokój. Oczywiście myślą, że jest prawdziwa i że zbieramy dowody.
Takich milutkich sąsiadek w życiu nie mieliśmy.
Mieszkam i pracuję w Holandii. Pewnego razu po nocnej zmianie zapaliłem z kolegą blanta i poszedłem na autobus do domu. Wsiadam, włączam Netflixa i jadę. Po kilku minutach ogarnęła mnie panika, bo zapomniałem czy jadę do pracy czy z niej wracam. Po krótkim ataku paniki doszedłem do siebie.
Czytałam tu historie o matkach dobrych i złych, bardziej lub mniej zaangażowanych w życie swoich dzieci. Moja historia jest anonimowa, bo nigdy nie przyznaję się kim jest moja rodzicielka. I nie dlatego, że nie chciałabym, ale nie bardzo wiem co powiedzieć.
Moja mama nigdy ze mną nie rozmawiała. Na żadne tematy. Poza informacjami jakie miała mi do przekazania (domowe sprawy, obiad), nie odzywała się. Pracowała jako księgowa, nie goliła się, popołudnia spędzała przed telewizorem, w soboty gotowała obiad. Tyle. Nie była wesoła, ale czasem zaśmiała się do komedii. Nie była też smutna, nigdy nie widziałam, żeby płakała. Nie złościła się, nie obrażała. Nie bardzo przejmowała się mną ani moją siostrą, ale nie dała nam wejść sobie na głowę. O tym, że istnieje coś takiego jak okres, dowiedziałam się w szkole, to był jeden z niewielu razy, kiedy chciałam z nią porozmawiać. Odesłała mnie do taty.
Od zawsze byłam blisko taty. Córeczka tatusia. Widział jaka byłam skrępowana, w końcu nie miałam więcej niż 10 lat. Zdenerwował się bardzo, bo moja mama powiedziała mu, że już z nami o tym rozmawiała. Podczas gdy tata na nią krzyczał, ona oglądała telewizję z dokładnie tą samą miną, co zawsze. To był pierwszy raz, kiedy nakryliśmy ją na kłamstwie. Od tamtej pory jej nie ufałam, a ona nigdy nie próbowała odzyskać mojego zaufania. Żyłyśmy pod jednym dachem 15 lat, a ja nic o niej nie wiedziałam. Może poza tym, że miała okropny gust filmowy.
Pewnego dnia zniknęła, zabrała wszystkie pieniądze i biżuterię, zostawiając nas z ogromnym długiem. Zarządzała domowymi finansami, rodzice mieli wspólne konto, tata o niczym nie wiedział. Jej brat, a mój wujek, którego widziałam tylko raz, zniknął również. Minęło 18 lat. Wyszliśmy z długów. A ja czasem zastanawiam się co się z nią stało i kim tak naprawdę była.
Jak każdy mieszkaniec świętego miasta także mój tata musi się liczyć z dużą ilością radosnych (i głośnych) pielgrzymek na Jasną Górę. Jakoś to znosi, a nikomu innemu w naszym domu to nie przeszkadza. Jednak kiedyś nie wytrzymał.
Śpimy sobie, godzina jakoś przed 6. I nagle słyszymy głośny śpiew: "Jezu! Jezu! Jeeeeeeeezu!". Pech chciał, że mój tata był strasznie zmęczony i chciał się wyspać. Słyszę, że miotając różne inwektywy, rozbija się w schowku, w którym znajduje się dosłownie wszystko, łącznie ze Świętym Graalem i Atlantydą. Zbiegam na dół, żeby zobaczyć, co się dzieje. Trafiłem na punkt kulminacyjny przedstawienia. Tata z megafonem w ręku wychylił się przez okno i krzyknął:"JEZU! JEZU! JEEEEEEEZU! CISZEJ Z TYM JAZGOTEM!!!".
W życiu nie widziałem pielgrzymki, która poruszałaby się tak cicho i szybko.
Wracam do domu autobusem jakieś 3 tygodnie temu. Wsiada ona, przepiękna czarnulka, na widok której zrobiło mi się ciepło. Zagadać średnio, dużo ludzi, co tu zrobić? Podszedłem bliżej i zauważyłem w kieszeni jej sweterka klucze.
Ukradłem je...
...a później napisałem na spotted, że je znalazłem na ziemi. Odezwała się, spotkaliśmy się, oddałem jej "zgubione" klucze. Poszliśmy na spacer, okazała się być wolna.
Widzieliśmy się już trzy razy, zaprosiła mnie na wesele w sierpniu.
Nigdy jej się nie przyznam.
Chodziłem do liceum w małej mieścinie. Taka pipidówa, gdzie każdy każdego zna. Mieliśmy w klasie miłośnika chłopców. A przynajmniej każdy myślał, że Krzysiek nim jest. Dlaczego? Krzysiek był typem, któremu bardziej niż na kontaktach ze znajomymi zależało na spędzanie czasu na graniu w CS-a i podobne gry.
Kiedy matka zaniepokojona faktem, że prawie dorosły facet nie ma dziewczyny zaczęła go dręczyć pytaniami i próbować swatać z córką sąsiadki, ten nie wytrzymał i powiedział matce, że woli chłopców. Matka przyjęła to do wiadomości, ale w trosce o dobro syna, żeby nikt się z niego nie śmiał w szkole, poleciała do wychowawczyni i powiedziała jak wygląda sytuacja. Że jej syn jest homoseksualistą i ona nie chce, żeby ktoś z jej dziecka się śmiał. Tak więc nauczycielka dyskretnie poinformowała cała klasę, a później cała szkoła już o tym wiedziała.
Ogólnie chłopak miał przerąbane. Żadna dziewczyna nie chciała z nim iść na półmetek i studniówkę. A opinia miłośnika chłopaców ciągnęła się za nim przez całe liceum.
Na szczęście udało mu się jakoś z tego wytłumaczyć i ogarnąć, bo za tydzień idę na jego wesele :) Ma piękna narzeczoną, a jego mama wymarzoną synową, chociaż długo nie chciała mu uwierzyć, że to nie jest ślub na pokaz.
Czwarta lub piąta klasa podstawówki. Dzieciaki na długą przerwę wybiegły przed szkołę. Szkoła stałą na wzgórzu, boisko było niżej i wiodła na nie ścieżka wysypana żwirem (połowa lat 90., nikt się nie przejmował BHP i tym, że na tych małych kamyczkach można zrobić sobie krzywdę).
Kolega coś mi zabrał, już nie wiem, czy to była jakaś gra, może czapka, nieistotne. W każdym razie zabrał mi coś i zaczął zbiegać na dół po skarpie, a ja w szybkim odruchu podniosłam garść żwiru i cisnęłam w niego. Niefortunnie trafiłam go w skroń, kolega się przewrócił, a na głowie pokazała się krew, chłopak leżał z zamkniętymi oczami, a ja przeżyłam najkoszmarniejsze 10 sekund mojego dzieciństwa. Byłam pewna, że go zabiłam, już miałam wizję, jak wyprowadzają mnie ze szkoły w kajdankach i do końca życia będę w więzieniu.
Kolega otworzył oczy, w zamroczeniu nawet zapomniał się rozpłakać, a ja w przypływie ludzkich uczuć podbiegłam do niego, wyciągnęłam własną chusteczkę i zaczęłam ścierać tę nieszczęsną krew.
W tym momencie wyszła ze szkoły nauczycielka i zobaczyła leżącego klasowego łobuza i mnie klęczącą koło niego, wycierającą głowę i mówiącą, że wszystko będzie dobrze. Nauczycielka nie zapytała co się stało, tylko stwierdziwszy, że kolega nie bardzo wie co się dzieje zaprowadziła go do pielęgniarki. On sobie nie bardzo zdawał sprawę z tego, co się stało, że to ja go tak urządziłam, a ja przez 2 lata miałam wyrzuty sumienia.
Następnego dnia na apelu szkolnym otrzymałam pochwałę dyrektora szkoły za wzorową postawę koleżeńską, za właściwą reakcję i za udzielenie pierwszej pomocy ;-).
Dopiero 10 lat po skończeniu podstawówki, na spotkaniu klasowym przyznałam się koledze i nauczycielce, że to ja rzucałam kamieniami.
Naukę w podstawówce wspominam koszmarnie. Trafiła mi się nauczycielka, która była anty przykładem pedagoga. Już pierwszego dnia szkoły można było wyczuć, że ma swoich faworytów wśród dziewczynek. Zawsze to były bardzo ładne dziewczynki z dobrych domów. W trakcie pierwszego roku wybrała mnie jako osobę, która musi chodzić na zajęcia wyrównawcze. Byłam dzieckiem, które bardzo dobrze czytało/pisało i znało już podstawy z języka angielskiego dzięki grom komputerowym.
Jednak matematyka była u mnie na średnim poziomie. Wychowawczyni umieściła mnie w tej grupie dlatego, że pochodziłam (według niej) z "patologicznego osiedla".
Tak więc chodziłam na te zajęcia nudząc się okropnie. Znacząco przewyższałam wiedzą materiały, które tam robiliśmy i ponad połowę klasy.. A jako jedyna z dobrych uczniów musiałam niemal każdego dnia przyjeżdżać wcześniej i wracać później przez te zajęcia.
Niestety nie miałam na tyle ogarniętych rodziców, którzy by zareagowali. Oni uważali, że nauczycielka ma zawsze rację. Ale to jeszcze mała jazda w porównaniu z tym, co było potem.
Przedstawienia szkolne, zawsze chętnie się do każdego zgłaszałam. Chciałam najdłuższe role i takie wydarzenia były dla mnie bardzo ekscytujące. Wyobraźcie sobie dzieci siedzące na dywanie i panią, która wybiera role. Powoli kilka rąk uniesionych ku górze zostaje wybranych, a moja nadal nie. Kiedy pani wybrała już wszystkich zgłaszających się, oprócz mnie, zaczęła wybierać dzieci, które się nie zgłaszają, całkowicie mnie ignorując.
Dlaczego? Bo byłam grubym dzieckiem. To moje jedyne wytłumaczenie, dla którego na każdym przedstawieniu pomimo chęci nie zostałam wybierana. Moja teoria później została potwierdzona na balu karnawałowym.
Dostałam wtedy strój królowej lodu po kuzynce z Anglii. Dwadzieścia lat temu takie stroje były tylko w filmach. Strasznie się nim jarałam, zresztą jak cała klasa, każdy przychodził i dotykał sukienki, przymierzał koronę. Miałam makijaż i tak dalej. Naprawdę było świetnie. No i przyszedł czas na wybranie króla i królowej balu każdej klasy. Wyobraźcie sobie, że nauczycielka zawołała mnie i jeszcze jedną dziewczynkę (jej ulubienicę zresztą) i debatowała z inną o tym, która z nas powinna być wybrana.
Przy mnie mówiły, że mam lepszy strój i czy nie pożyczę go Magdzie. No ku##a!
Rozumiecie to? Miałam pożyczyć jej swój strój, żeby ona mogła wygrać.
Finalnie stwierdziły, że ona "MA LEPSZĄ URODĘ DO WYGRANEJ" i po prostu mnie odesłali.
Ta historia zagościła we mnie na zawsze. Od tamtej pory już się nie zgłaszałam, nie brałam chętnie udziału w czymkolwiek. Chodziłam na te zajęcia jak skazaniec. Pomimo mojej obojętności nadal byłam totalnie omijana i traktowana gorzej. A każda moja próba buntu była kwitowana uwagą do dziennika. No i tak przez 3 lata.
PS: Ona nadal tam naucza.
Dodaj anonimowe wyznanie