Jestem po rozwodzie. Sąd orzekł winę żony. Odkąd dowiedziałem się, że mnie zdradziła, domagałem się właśnie takiego rozwiązania. Ona z kolei oponowała, koniecznie chciała rozwód z winy obu stron, wynajęła nawet prawnika. Wyciągała z kontekstu najróżniejsze sytuacje, byleby przedstawić mnie w jak najgorszym świetle. Nie dogadała się jednak ze świadkami i ci, nawet bez namawiania, sytuacje przedstawiali z podkreśleniem kontekstu, przez co nie byłem już taki straszny, a wręcz zyskiwałem. Ostatecznie orzeczony został rozwód z jej winy.
Parę tygodni później wspólna znajoma poinformowała mnie, jak moja była wszem i wobec rozpowiada, jaka to ona jest zapobiegawcza – zgodziła się na wzięcie winy na siebie praktycznie na samym początku, bo traci na tym tylko i wyłącznie prawo do alimentów, a przy moich zarobkach i tak niewiele by tego było – ona ze swoim misiem zarabiają tyle, że nawet by nie zauważyli różnicy.
Mijały miesiące, ja zmieniłem pracę na znacznie lepiej płatną. Pochwaliłem się tym faktem na twarzoksiążce, a że ogłoszenia o pracę na tym stanowisku w tej firmie wraz z widełkami wciąż wisiały gdzieś w internecie, co bardziej dociekliwa dusza bez problemu mogła wywnioskować, że zarabiam... no, dużo.
Długo nie musiałem czekać – następnego dnia wspólna znajoma dała mi cynk, że moja była nie jest już taka zaradna i wszystkich informuje o tym, że winę wzięła na siebie, bo ją szantażowałem i praktycznie pobiłem. Że w sądzie kłamałem i przekupiłem świadków. Że odkąd ją biedną bez powodu wyrzuciłem z domu, żyła w nędzy i ledwo wiązała koniec z końcem, podczas gdy ja żyłem jak pączek w maśle. Że żądałem kosmicznych alimentów, a ona w swojej dobroci była gotowa je wypłacać. No brakowało w tych opowieściach jedynie wzmianki o tym, że w Wigilię, żeby móc coś zjeść, handlowała zapałkami i umarła z zimna i głodu...
Opisy odmienne i rzetelne jak relacje z Marszu Niepodległości w TVN i Republice...
Dwa lata temu mój facet mnie zdradził. Zrobił to na imprezie. Ja musiałam być w pracy, więc poszedł sam. Całą noc się o niego zamartwiałam, bo nie dawał znaku życia, a zawsze lubił „grube” imprezy. Pamiętam jak dziś, jak potem całą niedzielę koło niego latałam, bo zdychał od nadmiaru alkoholu.
Wybaczyłam, ale do tej pory nie mogę sobie poradzić z tym wstydem i upokorzeniem, które mi zafundował. Nie mogę wybaczyć sobie, że ja się o niego zamartwiałam, podczas gdy on dymał koleżankę. Czuję się jak gówno. Nie powiedziałam o tym nawet swojej najlepszej kumpeli, bo się tego wstydzę.
Wiele lat temu wszedłem sobie na pewien czat, żeby znaleźć tzw. cichodajkę (o istnieniu stron z ogłoszeniami wtedy jeszcze nie wiedziałem). Zaczepiłem jakąś dziewczynę, ale zamiast od razu napisać, o co chodzi, zaczęliśmy w miarę normalnie rozmawiać.
Nie owijając w bawełnę – jesteśmy już prawie 10 lat po ślubie i ona nigdy nie dowie się, po co wtedy byłem na tym czacie.
W mojej rodzinie był alkoholizm. Podczas jednej z imprez rodziców, gdy miałam 10 lat, uciekłam z domu. Zima, śnieg na dworze, a ja w spodniach, laczkach i na krótkim rękawku wybiegłam z domu po tym, jak moja rodzicielka chciała mnie uderzyć za to, że podrywam jej nowego faceta. Ale to nie był wtedy mój największy problem. Najgorsi byli ludzie mijani po drodze do mojej przyjaciółki. Jakaś babcia mnie opierdzieliła, że jestem głupia, że tak ubrana na mróz wychodzę i rodzice powinni mi tyłek przetrzepać. Jakiś facet (30+) wyśmiewał mnie razem z kolegami podczas jazdy autobusem, czy czasem nie jest mi zimno i on może mi pożyczyć jedną rękawiczkę, to się może ogrzeję. Kobieta w wieku około 40 lat pokiwała głową z dezaprobatą i skomentowała, że teraz młodzieży się w dupach poprzewracało, że chodzą ubrani jak lato mimo mrozu na dworze.
Nikt się nie zainteresował dzieckiem, które idąc/jadąc do koleżanki, trzęsło się z zimna. Nie mam pojęcia dlaczego, może godziny wieczorne i ludzie byli zmęczeni po pracy? Może wyglądałam na więcej lat, niż miałam i myśleli, że jestem zbuntowaną nastolatką? Do dziś mnie to zastanawia.
Kiedy miałam może z 6 lat, a moja kuzynka 7, pewnego zimowego dnia powiedziałyśmy dziadkowi, że odśnieżymy mu auto.
I to zrobiłyśmy.
Metalowymi grabiami.
Gdy miałam jakieś 12-14 lat, a moja mama akurat robiła pranie, to ja zawsze pierwsza zgłaszałam się na ochotnika, żeby je rozwiesić. Dlaczego?
Otóż mój tata zawsze zapominał z kieszeni wyciągnąć drobne. Mama nieraz powtarzała, że ona nie jest od przetrzepywania kieszeni we wszystkich spodniach i kurtkach, ja się grzecznie słuchałam i swoje zawsze opróżniałam przed praniem, a tata oczywiście nie. Tak więc przy wieszaniu prania zawsze trochę zagubionych drobnych wypadło. Praktycznie co tydzień wpadało mi dodatkowe kilkanaście złotych do kieszonkowego, te 15-20 lat temu dla szóstoklasistki to była fajna sumka ;) Czasem nawet udało się odratować jakiś podniszczony banknot, to dopiero była radość!
Mama się cieszyła, że ma taką chętną do pomocy córkę, a ja po prostu miałam w tym swój cel :P
Każdy się pewnie zetknął z historią rodzin, gdzie jest masa dzieci, rodzice nie pracują, a kaska leci od państwa szerokim strumieniem.
Mam koleżankę. Znamy się od dawna. Dziewczyna mało pracowała, głównie przez kolejne wpadki. Samotna matka kilkorga dzieci, niepracująca. Obecnie dostaje 800+ na wszystkie dzieci, dodatki dla samotnej matki, ciuchy i zabawki oraz dofinansowania. W tym roku otrzyma mieszkanie od miasta (oczywiście za darmo).
Po każdym spotkaniu wracam do swojego wynajmowanego z narzeczonym i jego kolegą mieszkania. Pieniądze za wynajem byśmy woleli przeznaczyć na kredyt, ale nie mamy wkładu własnego. Chcemy dziecka, ale boimy się, za co je utrzymamy (no i co to za dom w wynajmowanym na spółę mieszkaniu?).
Gdzie popełniliśmy błąd? Oboje pracujemy i zarabiamy powyżej najniższej krajowej. Tak więc z racji naszej „zaradności” figa nam się należy. Jestem sfrustrowana.
Pewnego dnia szłam z siostrą do sklepu. Idziemy, rozmawiamy, aż nagle drogę zajechał nam samochód wypełniony młodymi chłopakami. Zatrzymali się, otworzyli okno, popatrzyli... A potem jeden z nich powiedział: „Ech, myślałem, że lepsze”. I odjechali.
Jak miło...
Jestem świeżo upieczoną mamą, synek ma półtora miesiąca. Niby wszystko jest pięknie – partner, który we wszystkim pomaga, zapatrzony w dziecko, przy czym nie zapomina o mnie, rodzina, która nas wspiera i nie widzi świata poza młodym. Na wygląd po ciąży też nie mogę narzekać, bo ważę mniej niż przed ciążą. Mam czas, żeby ogarnąć włosy, paznokcie czy makijaż. Ale tak naprawdę przepełnia mnie ogromny żal do tego, jak zakłamany jest obraz nie tyle ciąży, ile porodu i dochodzenia do siebie po porodzie.
Dzień porodu, a raczej dzień, kiedy odeszły mi wody – nauczona wszelkimi filmami i książkami byłam pewna, że już niedługo dziecko będzie z nami, a tu niespodzianka, wody tak naprawdę nie są wyznacznikiem, tzn. nie do końca. Mały pojawił się prawie 24 godziny później.
Czas po porodzie – wszyscy mówią, że jest pięknie, że zapominasz o bólu, a dziecko kochasz od razu miłością bezgraniczną. Prawda jest taka, że przez pierwsze dwa tygodnie chcesz się spakować i uciec. Jedyne co czułam, to żal do siebie, że nie jestem w stanie pokochać swojego dziecka. Późniejsze rozmowy z różnymi osobami przekonały mnie, że to nie ja jestem nienormalna, tylko często tak jest – nieważne, że wcześniej te same osoby mówiły mi, że sielanka jest od samego początku. A ja dopiero teraz, po 6 tyg., uczę się kochać swoje dziecko. Dopiero teraz zaczynam się czuć sobą. Całe 6 tygodni po porodzie to walka z samym sobą – uciec, nie uciec, płacz średnio trzy razy dziennie, zajmowanie się dzieckiem, do którego nie czuje się nic poza obowiązkiem, żal do siebie o brak uczuć, żal do partnera i rodziny, bo kochają twoje dziecko, a ty nie jesteś w stanie. Pomoc lekarska – zalecili mi urlop od macierzyństwa.
Nie mówię, że wszyscy tak mają, tylko nie zawsze macierzyństwo jest kolorowe od samego początku. Przykro mi, że wszędzie pokazany jest tylko obraz cudownego macierzyństwa, gdzie najgorszą rzeczą jest nieprzespana noc czy pełna pielucha. Przykro mi, że matki wstydzą się tego, że początki nie były dla nich tak cudowne. A prawda jest taka, że nie ma czego się wstydzić, dopiero teraz to widzę, że to normalne.
Razem z maluszkiem poznajemy siebie nawzajem i uczymy się kochać.
Od ponad trzech lat czuję bezustanny smutek i zmęczenie. Nie mam chęci do życia, do tego dochodzą codzienne obowiązki i kłótnie z rodzicami, które jeszcze pogłębiają te odczucia. W zeszłym roku w grudniu poprosiłam mamę o umówienie mnie na wizytę u psychologa. Zgodziła się i powiedziała, że kogoś poszuka.
Kilka dni po tym, kiedy pytałam się, czy mnie do kogoś umówiła, odparła, że jest długa kolejka, ale jeszcze sprawdzi. Za każdym razem jak pytałam, mówiła tak samo. Dopiero w styczniu, kiedy wybuchłam podczas kłótni z ojcem, kazał jej kogoś znaleźć i dziwnym trafem pierwsza osoba, do której zadzwoniła, przyjmowała pacjentów. Po pierwszej wizycie okazało się, że mam ciężką depresję, a jedyne, o co martwiła się moja mama, to czy szkoła się o tym dowie. Bo jeśli dowie się szkoła, to plotki się rozniosą i wyjdzie na jaw, że jej dziecko ma problemy z psychiką.
Dwa tygodnie temu psycholog poinformował rodziców, że będzie mi potrzebna pomoc psychiatry i trzeba się szybko umówić, bo jest mało terminów. Myślałam, że mama już mnie zapisała, jednak na ostatnim spotkaniu z psychologiem dowiedziałam się, że mama martwi się, że będę miała wpisaną w kartę zdrowia wizytę u psychiatry i nie będę mogła zrobić sobie prawa jazdy.
Okazało się, że moja mama nie martwi się o mnie i o moje zdrowie psychiczne, tylko o to, czy będzie miał ich kto odwieźć do domu, jak będą pijani. Milusio.
Dodaj anonimowe wyznanie