Pracowałem kiedyś w specyficznej recepcji. Przyjmowałem kilkaset wniosków dziennie. Ludzie aplikujący to była mieszanka od analfabetów po ministrów. Lubiłem tę pracę, lubię pracę z ludźmi.
Jedna z rzeczy, które mnie irytowały, to żucie gumy. Nie znoszę, jak przychodzi klient i dziamga paszczą gapiąc się na mnie. Jak do mnie zagadał, to czekałem gapiąc się na niego. Jak zapytał po raz trzeci dlaczego nic nie robię, to odpowiadałem, że czekam aż skończy jeść. Miny ludzi w kolejce - bezcenne.
No wiem, że buractwo, ale czasem to dla takich chwil chce się przychodzić do pracy.
Rzecz się dzieje w Głogowie, ostatni dzień lipca... Pewna pani, prosząca o pieniądze na małego loda lub o papierosa, wydawała się nieszkodliwa, i my, ludzie czekający na busa do Sławy.
Pani dostała papierosa, rozmawia z nami, wydaje się być nieszkodliwą, drobną naciągaczką. Podjeżdża nasz bus, wszyscy siedzą, czekają na odjazd, a owa pani... Ściąga leginsy, na samym środku przystanku, zaczyna oddawać mocz, wszyscy pasażerowie w szoku, chwilę później robi kupę, chyba nie wszystko jej wyszło, bo zaczyna palcami wygrzebywać resztę z tyłka, no przecież kurka wodna masakra, osiągnięty szczyt obrzydzenia, żołądek chciał wydalić cała zawartość. Jak tak można? Noo jak?
Plus jest taki, że pani wygrzebała ze śmietnika papier, pozbierała swoje fekalia i wyrzuciła do śmieci. Jednak niesmak pozostaje, mega obleśna sprawa.
Moja rodzina jest mała, składają się na nią ja (24 lata), moja mama Anna (45 lat), tata Jan (48 lat), jego brat Marek (40 lat) i babcia (mama taty, 69 lat).
Do niedawna było u nas zwyczajnie, do czasu jak stryjek Marek nie związał się z kobietą o imieniu Zosia (35 lat).
Odkąd pamiętam mieszkaliśmy w domu rodzinnym taty razem ze stryjkiem.
Marek pracował od zawsze jako hydraulik i nie najgorzej zarabiał, a że był sam, to pomagał rodzinie. Mama nigdy nie pracowała, jak i babcia, a tata jako szeregowy pracownik zarabiał mało, dlatego stryjek kupował / robił prezenty bardzo często.
To od Marka dostałam pierwszy rower, jak i pierwszy telefon, sponsorował babci wyjazdy do sanatorium, a i rachunki domowe były dzielone na pół.
Gdy stryjek poznał Zosię, bardzo się ucieszyłam, w końcu ma kogoś.
Zosia pracuje w urzędzie, jest miła, uprzejma i inteligentna, ale moja babcia razem z mamą były w stosunku do niej kąśliwe i złośliwe.
Gdy Marek pojechał do Zosi na weekend, a rodzinka wyzywała od najgorszych i jego, i ją, nie wytrzymałam. Usiadłam w fotelu niedaleko nich i włączyłam dyktafon w telefonie. Nagrałam słowa takie jak "ten idiota dał się omotać tej szmacie" czy "wydoi go ze wszystkich pieniędzy", "co my zrobimy, trzeba kupić nowe meble, bo te się już do niczego nie nadają, a Marek zwariował".
Umówiłam się z wujkiem w parku, w ustronnym miejscu pokazałam mu nagranie.
Był w szoku i nie dowierzał.
W krótkim czasie stryjek wyprowadził się do Zosi i są szczęśliwi, ja odwiedzam ich co jakiś czas, a babcia z rodzicami dalej nie wiedzą co się stało.
Nigdy nie przyznam się nikomu co zrobiłam, bo z jednej strony zdradziłam rodziców, ale Marek to naprawdę bardzo dobry człowiek i zasługiwał znać prawdę.
A Zosia to fajna ciotka.
Działo się to ponad 20 lat temu, jako gówniarz pełen pomysłów, razem z kolegami postanowiliśmy porzucać w samochody, nie były to kamienie, tylko kasztany, żołędzie, jabłka dziczki, czyli coś, co nie zniszczy samochodu, a jedynie wywoła (lub nie) pewną reakcję kierowcy. Rzucanie oczywiście było z ukrycia, coby nie ładować się na przypał. I tak kilka takich akcji było, kierowcy co najwyżej zwolnili lub zatrzymali się by obejrzeć, czy nie ma zniszczeń i pojechali dalej.
Jeden raz zapamiętałem szczególnie, schowaliśmy się pod dużym dębem i pech chciał, że obrzucaliśmy kilkukrotnie ten sam przejeżdżający samochód dostawczy.
Po ostatniej serii z żołędzi samochód się zatrzymał i wybiegło z niego dwóch facetów, wybiegli i lecą do nas, my oczywiście w długą, ale po ok 100 m dogonili nas, stwierdzili, że rzucamy w nich kamieniami i że zaraz za to dostaniemy.
Tłumaczenia, że to były żołędzie, przeszły bez echa.
Faceci zrobili tak jak mówili, jeden z nich zdjął pas skórzany ze spodni i każdy z nas dostał po dupie ze 2-3 razy.
Dupa nie bolała, bo zasłoniłem ją ręką, bolała więc ręka.
Po tym wszystkim przeszła nam ochota na rzucanie w samochody.
Kiedy jestem w pracy i jest mi zimno, uciekam do toalety pod pretekstem, że idę na dwójkę, ale tak naprawdę ogrzewam swoje ciało pod suszarką do rąk i udaję, że biorę prysznic. Czas wtedy wymyka mi się spod kontroli. Jak wracam to wszyscy rzucają mi dwuznaczne spojrzenia. Dziś wyznałam to mojej koleżance z pracy. Okazało się wszyscy tak robią. Tylko pracodawca zastanawia się dlaczego przychodzą takie wysokie rachunki za prąd.
Kiedy byłem w podstawówce, pożarłem się dość mocno z jednym chłopakiem.
Nie pamiętam już o co nam poszło, ale zdecydowałem się w akcie zemsty naszczać mu do plecaka.
Najlepsza okazja była w szatni podczas wf-u.
Nikogo nie było, więc wprowadziłem swój plan w życie. Nikt mnie nie nakrył ani nic. Co ciekawe, moja ofiara nie zdradzała żadnych oznak, że wie co się odwaliło. Zapewne uznał, że picie mu się rozlało. Za to ja miałem wtedy straszną radochę przez resztę dnia.
Patrząc na to teraz czuję lekki wstyd, ale jednocześnie znów zbiera mi się na śmiech, jak o tym pomyślę.
Na pierwszym roku studiów obowiązywało mnie wychowanie fizyczne. Razem z nowymi koleżankami wybrałyśmy sobie tak zwany "wuef ogólny" - czyli wszystkiego po trochu: gier zespołowych, fitnessu, siłowni.
Na pierwszych zajęciach w semestrze grałyśmy w siatkówkę, sport zupełnie mi nieobcy - w liceum byłam nawet kapitanem reprezentacji szkolnej. W trakcie zajęć radziłam sobie na tyle dobrze, że przy wyjściu zaczepił mnie prowadzący z sugestią dołączenia do sekcji siatkówki w ramach wychowania fizycznego. Jako że był sympatycznym i młodym wuefistą (przystojnym zresztą też), postanowiłam być szczera i zgodnie z opiniami starszych koleżanek powiedziałam: "raczej nie chcę tam grać, bo słyszałam, że trener strasznie się spina, robi ciężkie treningi, a nic z tego nie wynika; ogólnie tam jest beznadziejnie".
Wstyd, zdziwienie i zażenowanie były ogromne, gdy grobowym tonem oświadczył, że to właśnie on jest trenerem siatkarek.
Nie, nie jesteśmy małżeństwem, ani nawet przyjaciółmi. Zostałam tylko jego ulubienicą: od tamtej pory na wuefie zap**rdalałam trzy razy szybciej niż reszta dziewczyn.
Odeszłam od chłopaka, który jest niepełnosprawny. Zanim powiecie, że jestem szmatą bez serca... przeczytajcie.
Poznałam go w pracy. Przyjeżdżał na wózku niemal codziennie, by kupić owoce i warzywa. Pracuję na straganie, w naszym przypadku to wystarczyło, by po kilkuset "dzień dobry" wraz z uśmiechem, wzajemnie zaprosić się na kawę. Od razu się polubiliśmy. Chłopak z niego inteligentny, czarujący. Jest sparaliżowany od pasa w dół, przez wypadek jaki miał będąc nastolatkiem. Nie przeszkadzało mi to w niczym. Mieliśmy wspólne tematy i zainteresowania. Nie zwracałam uwagi na jego inwalidztwo.
Zaczęliśmy się przyjaźnić, a ja pomagałam mu jak mogłam. Byłam na telefon, kiedy czegokolwiek potrzebował. W ramach robienia mu zakupów, on robił obiad dla nas obojga. Mimo wózka jest sprawny i wiele razy udowodnił mi, że brak nóg nie robi z niego słabszego czy gorszego.
Po czasie zaczęliśmy umawiać się częściej. A potem przyszły pocałunki oraz mizianie się przed serialami, a nawet spanie ze sobą - nic więcej. Było nam dobrze razem. Jednak on chciał czegoś więcej, naciskał na współżycie. Kiedy odmawiałam, starał się zachęcać, aż robił mi wyrzuty sumienia mówieniem, że jest beznadziejny, że jestem z nim z żalu, że się go brzydzę itd. Odbierał wszystko personalnie. Potrafił mnie dotykać, by mnie przekonać. Potrafił mówić wulgarnie, opisując, co ze mną zrobi.
Nie chciałam się kochać, bo nie czułam, że to już ten odpowiedni moment.
Miałam tego dość. Tej presji. Chciałam się od tego wyrwać i zerwałam z nim.
Po paru dniach zaczęli wypisywać do mnie jego znajomi oraz rodzina na Facebooku. Okazało się, że to ja jestem tą złą, która jest bez serca i porzuca niepełnosprawnego tylko dlatego, że jest niepełnosprawny.
Nikomu poza wami, nie powiedziałam prawdy. Musiałam zmienić pracę, bowiem jego znajomi zaczęli mnie nachodzić i krzyczeć do mnie różne niemiłe określenia. Wyjechałam i zaczynam nowe życie w nowym mieście, w nowej pracy.
Nie wiem co myśleć o tej historii. Chciałabym o niej zapomnieć. Mimo to nadal mam jakiś żal w sobie.
Co ludzie powiedzą? - to pytanie towarzyszyło mi od lat dzieciństwa aż do teraz.
Gdy miałem 10 lat, moim marzeniem było pójście do szkoły tańca. Ale przecież chłopcom nie wypada! Co ludzie powiedzą? Że pewnie jakiś dziwny! Więc rodzice zabronili.
Sytuacja taka jak ta była jedną z wielu. Wszystko co odbiegało od przyjętej normy - heteroseksualnego twardego faceta lubiącego piłkę nożną itp. było złe.
Przyszedł czas wyboru studiów, a ja... zbuntowałem się. Powiedziałem, że nie idę na żadne (nie każdy musi skończyć studia, żeby żyć i być szczęśliwym) i wyprowadziłem się w bardzo złej atmosferze. Wynająłem pokój, zatrudniłem się w sklepie spożywczym i żyję. Od dwóch lat realizuję swoje marzenie - uczę się tańca, ale padło na taniec na rurze. Tańczę w klubie dla pań i w klubie dla gejów - tylko tańczę! I nie obchodzi mnie, co ludzie powiedzą. Mam ochotę umówić się z kimś z klientów, to się umawiamy, jakiś chłopak chce mi koniecznie postawić drinka po występie? OK. Moje życie, mogę robić co chcę, a ludzie mogą mi naskoczyć. W końcu jestem wolny i spełniony.
Mam dziewiętnaście lat. Dwa lata temu wraz z koleżanką wybrałyśmy się dookoła jezior, które są swego rodzaju "atrakcją" na naszej wsi (jest tam plac zabaw, kilka plaż, pomost i jakieś urządzenia do ćwiczeń poustawiane wzdłuż właśnie tej ścieżki zdrowia). Dookoła tych jezior są lasy.
Była godzina między szóstą a siódmą rano, bo chciałyśmy jeszcze wrócić i zdążyć się ogarnąć do szkoły.
Byłyśmy gdzieś w połowie ścieżki zdrowia i zatrzymałyśmy się akurat przy urządzeniu do robienia brzuszków, albo coś. Wtedy z lasu usłyszałyśmy jakieś głośne głosy i pijackie śmiechy. Już wtedy wiedziałam, że to nie skończy się dobrze.
Nie zdążyłyśmy nawet pobiec po rowery, kiedy z lasu wyszli dwaj starzy, obleśni i co najgorsze - pijani faceci. Od razu zaczęli nas zaczepiać i zagadywać. Zablokowali nam drogę do rowerów oraz drogę powrotną. Byłyśmy jak w pułapce, za sobą mając tylko jezioro.
Na początku dość jasno dałam facetom do zrozumienia, że nie jestem zadowolona z ich towarzystwa, ale to tylko sprawiło, że stali się bardziej nachalni oraz agresywni.
Koleżanka była okropnie przerażona i kiedy o coś ją wypytywali nie była w stanie nic z siebie wydusić. Ja próbowałam im skłamać, że jest z nami mój starszy brat i zaraz dojdzie, ale wtedy jeden z nich stwierdził wprost, że wie, że jesteśmy tu same.
To było za dużo.
Złapałam koleżankę i po prostu zaczęłam biec w stronę jeziora. Pogubiłyśmy po drodze buty i z dużego rozbiegu wskoczyłyśmy do wody. Faceci polecieli za nami, jeden wlazł nawet do wody. A my po prostu płynęłyśmy jak szalone, chociaż ubrania ciągnęły nas w dół. Dodam tutaj, że była to połowa października. Podejrzewam, że gdyby nie adrenalina, po prostu byśmy się potopiły.
Przepłynęłyśmy całe jezioro (nie było akurat jakieś wielkie, całe szczęście) i jakimś cudem miałyśmy jeszcze siłę, aby w ogóle uciec z tamtego miejsca. Niewiele myśląc pobiegłyśmy do sklepu całodobowego, który był pół godziny drogi od tego jeziora. Stopy pokaleczyłyśmy sobie przy tym ostro. Tam dostałyśmy jakieś ręczniki, a kasjerka wezwała policję i karetkę. Policja pojechała tam gdzie zeznałyśmy, ale znaleźli tam tylko nasze rowery.
Ratownicy z karetki stwierdzili tylko, że jesteśmy wymęczone i wyziębione. Opatrzyli nam też stopy. Moi i koleżanki rodzice byli przerażeni, miałyśmy, dla bezpieczeństwa, kilkudniowy zakaz wychodzenia z domów.
Kilka dni później jacyś kolesie znaleźli w jeziorze ciało. To był ten facet, który próbował za nami popłynąć...
Już nigdy więcej nie poszłam w to miejsce, nawet z większą grupą.
Dodaj anonimowe wyznanie