Poszłam ostatnio z teściową i dziećmi na obiad do restauracji. Żadne szmery bajery, obrusy i takie tam, przeciętna sieciówkowa miejscówka, gładkie stoliki, skajowe siedzenia. Dzieci mają bywanie w restauracjach opanowane, nie biegają, nie szaleją, nie drą się, umieją powiedzieć, że im się nudzi czy poprosić obsługę o kredki (a i ja zawsze mam coś w torebce, żeby je zająć), a poza tym to siedzą i jedzą.
Jedzą sztućcami, ale sprawność manualną mają przedszkolaków, więc im np. frytka spadnie pod stół czy ciasteczka się pokruszą. Pod koniec posiłku włażę więc pod stół, żeby pozbierać to, co spadło, ścieram stół i w ogóle doprowadzam za pomocą serwetek miejsce do porządku, na ile się da.
I tym razem też się tak gimnastykuję, a teściowa mnie ochrzania, że po co, że przecież i tak obsługa musi to na mokro przelecieć, a i po dorosłych trzeba ze stołu okruchy zmieść, więc żebym się nie wygłupiała, zostawiła 15% napiwku i wszystkim będzie lepiej.
I nie wiem, czy teściowa ma rację? Ja nigdy w gastronomii nie pracowałam, ona owszem, ale to było 40 lat temu, no i ona jest łasa na pieniądze, urobi się jak koń podczas orki, żeby tylko trochę więcej kasy mieć. Ale w sumie fajnie byłoby nie musieć czołgać się po podłodze, tylko móc wyjść.
Moja żona ok. dwa lata wstecz zachorowała na schizofrenię. Szok, niedowierzanie itd... Wydawało mi się, że to choroba ludzi młodych. My nie jesteśmy młodzi. W ubiegłym roku była w szpitalu, gdzie naprawdę ustabilizowano jej stan i w stopniu zadowalającym dopasowano leki. Dopóki je brała, wszystko było OK. Do czasu kiedy uznała, że "jest zdrowa".
Jestem kierowcą TIR-a, stąd jestem gościem w domu. Nie miałem kontroli nad leczeniem żony. Ta zaś postanowiła odstawić leki. Po krótkim czasie zapadła w swoistą katatonię, śpiąc przez około 4 miesiące. Widząc, jak kobieta niknie w oczach, wzywałem pogotowie (trzykrotnie!). Złożyłem też w miejscowym sądzie wniosek o leczenie bez zgody pacjenta. W krótkim chwilach przytomności żona stanowczo odmawiała jakiegokolwiek leczenia. Załogi karetek stwierdzały, że "funkcje życiowe" są zachowane, a terminy w sądzie bardzo odległe.
Dni, tygodnie i miesiące mijały, a sytuacja stawała się coraz bardziej patowa. Żona była w stanie bezpośrednio zagrażającym jej życiu, ale wszyscy rozkładali ręce, bo... nie wyrażała zgody na leczenie. Ostatecznie, za namową lekarza rodzinnego (wspaniały człowiek), okłamałem wezwaną czwarty raz załogę karetki, oświadczając, że żona usiłowała popełnić samobójstwo. Dopiero wtedy żonę zabrano do szpitala. Wcześniej podano kroplówkę. Zajęto się nią.
Czy to tak ma być? Czy trzeba kłamać, żeby osiągnąć oczywisty cel? Czy postępowanie sądowe w takiej sprawie naprawdę tyle musi trwać?
Na koniec: uważajcie, jeśli macie bliskich chorujących na tę chorobę. To choróbsko ma świadomość. Broni się przed wyleczeniem, manipulując chorym. Często chory postępuje w sposób dla bliskich irracjonalny. Celem samej schizofrenii jest jej trwanie. To choroba dezintegracyjna.
Kiedy miałam jakieś osiem lat, moja kuzynka przerabiała w szkole Narnię. Jako że miałyśmy dosyć bliski kontakt, to miałam okazję do słuchania jej narzekań na tę powieść niemal bez przerwy. Jako ambitna i chętna do nauki dziewczynka stwierdziłam, że skoro ta lektura jest tak beznadziejna, to wypada przeczytać ją dwa razy, a przecież jak mi ją zadadzą, to nie będę mieć tyle czasu! Poza tym marzył mi się podziw w oczach nauczycielki po usłyszeniu jaką ma wybitną uczennicę. Od razu więc wzięłam się za czytanie i tak oto przepadłam.
Już po jakimś czasie miałam wręcz obsesję na punkcie Narnii, ubłagałam nawet rodziców, aby mojej siostrze dać na imię Łucja. Co prawda jakoś specjalnie nie pokazywałam swej obsesji, ale zawsze kiedy przechodziłam obok jakiejś szafy, czułam dreszczyk emocji.
Jakoś dwa lata później przypomniałam sobie o czymś wręcz niezwykłym. Pominęłam jedną szafę w domu! Tę największą, w sypialni rodziców. Wiedziałam, że oni bardzo nie lubią, kiedy ktoś wchodzi do ich pokoju, więc powiedziałam im, że idę do koleżanki, po czym zakradłam się do szafy. Po dosłownie chwili przegrzebywania jej usłyszałam otwierane drzwi i zmarłam, słysząc również głosy rodziców. Zapewne niektórzy już się domyślają - byłam świadkiem ich igraszek. Przesiedziałam w szafie aż do końca.
Na tym mogłoby się skończyć to wyznanie. Mogłoby, ale tak się złożyło, że później jeszcze wielokrotnie wchodziłam do tej szafy z zamiarem podsłuchiwania odgłosów rodziców, a nawet kilka razy zdecydowałam się ich lekko podglądać.
Nie mam żadnej traumy, wręcz bym to powtórzyła.
Długo zastanawiam się jak odgryźć się na szefie, który od pewnego czasu stal się chamem, karierowiczem i wyzyskiwaczem. Mobbing u nas nie jest rzadkością, niesprawiedliwe traktowanie pracowników na porządku dziennym.
Ostatnio miałam (nie)przyjemność jechać z nim w jednej windzie. Stał odwrócony do mnie tyłem, nawet udał, że mnie nie widzi. Nie myślałam długo, wyciągnęłam z torebki rogalika nadzianego kremem czekoladowym, przełamałam go i ocierając się o niego wysmarowałam mu kremem spodnie, co wyglądało jakby upaprał się "dwójką".
Moja radość była niesamowita, kiedy pojawił się na hali produkcyjnej, a każdy z pracowników wybuchał śmiechem. Nawet ktoś zatkał sobie nos, rycząc ze śmiechu i udając, że śmierdzi nieziemsko. Taka mała zemsta, a ile satysfakcji...
Cały nakład gazetki pewnych delikatesów poszedł do utylizacji, ponieważ nikt nie zauważył, że na sfotografowanej wędlinie siedzi mucha.
Moja mama pracuje w przychodni. Kilka dni temu dostała wezwanie do sądu od jakiejś kobiety za zaszczepienie jej dziecka bez jej zgody. Dziecko na szczepienie przyprowadził ojciec.
Migałem z moim głuchoniemym bratem w McDonaldzie na temat piłki nożnej.
W pewnym momencie podeszła do nas ekstremalnie otyła baba i zaczęła robić nam awanturę, twierdząc, że tymi naszymi gestami śmiejemy się z jej otyłości.
Musieliśmy wyjść, bo była agresywna, a kiedy zbliżyli się do niej pracownicy lokalu, to krzyczała do nich, że ją dyskryminują, więc woleli jej nie ruszać.
Moja irytacja sięga zenitu, a wygadać się też nie mam komu ...
Moja narzeczona ma siostrzeńca. Gówniarz jakich mało. Nazwijmy go P. Ma 12 lat, a zachowuje się jak rozpieszczony gówniarz, który wszystko dostaje, a sam nie daje od siebie nic. Nie wspominając o chamskich odzywkach do rodziny, a gdy trzeba coś, to maślanych oczu do wszystkich.
Na początku jedynie wspomnę, że tato P. zmarł z powodu zakażenia, gdy on miał 6 lat. A więc co takiego P. robi? Oto przykłady.
P. dostaje wszystko na co ma ochotę. Wielki telewizor w pokoju? Żaden problem. Nowy telefon? Otóż to też nie stanowi problemu! A może rowerek się znudził dla P? Taka sytuacja też miała miejsce.
Bez elektroniki to dziecko nie umie funkcjonować. Drze ryja, gdy tylko mu zabierzesz telefon.
Wspólne zakupy? Och, o niczym innym nie marzyłem... Musisz kupić mu wszystko czego sobie zapragnie, bo inaczej płacz.
Ale wiecie co w tym wszystkim jest najgorszego? Nie widzi tego NIKT! Nikt z rodziny. Jedynie ja. Każdy to tłumaczy tym, że nie ma ojca, więc mu się należy. I on ten fakt wykorzystuje. Gdy czegoś się mu odmawia, to robi szklane oczy i mówi, że tato by mu pozwolił, gdyby żył. I każdy mięknie, a on z satysfakcją odchodzi, bo ma to co chciał.
Ale to też nie byłoby najgorsze, gdyby nie podejście mojej narzeczonej do tego.
Ona nie widzi w tym problemu. Traktuje go jak syna. Co raz bierze go do nas na noc, bo P. bardzo chciał. On pół nocy gra na konsoli, drze ryja, że nie można spać, a gdy zwrócę mu uwagę, to moja narzeczona się obraża, bo nie mam prawa mu zwracać uwagi BO NIE MA TATY. To się robi chore.
Ostatnio pojechaliśmy na rodzinne wakacje nad jezioro. P. chciał co chwilę do jeziora, ale nie było komu go pilnować, więc moja narzeczona z nim siedziała nad wodą. W końcu nie wytrzymałem i powiedziałem, że może odprowadzimy go już do reszty rodziny, a my pójdziemy na kolację albo na spacer, bo chciałbym spędzić trochę czasu razem. P. się rozdarł, że on chce siedzieć nad jeziorem i nigdzie nie idzie. Oczywiście wygrało dziecko, bo co ja mam do powiedzenia. Nie wiem co mam robić, takich sytuacji jest multum, ale nie sposób je opisać.
Najgorsze jest to, że matka P. jest chora i moja narzeczona z racji, że to jej siostrzeniec, postanowiła przejąć w razie potrzeby opiekę nad P. Ja się z nim wykończę... Do mojej narzeczonej nic, ale to nic nie trafia. P. potrafi do własnej babci powiedzieć, ze jest starą babką, a dla dziadka zabierać pieniądze z portfela. Ale każdy to usprawiedliwia trudnym dzieciństwem bez ręki ojcowskiej. MAM DOŚĆ! Poza tym moja narzeczona non stop coś mu kupuje. A to lego, a to nową zabawkę i tak w kółko. Wydaje na niego majątek miesięcznie, a mieliśmy odkładać na przyszłość...
Nie wiem co mam robić. Ja naprawdę mam w sobie empatię, nie jestem materialistą ani egoistą... Po prostu dorośli ludzi nie widzą, jak dziecko nimi manipuluje... Co robić? To już trwa 4 lata...
Nienawidzę swojej teściowej.
Pamiętam pierwsze spotkanie z nią. Po całym dniu spędzonym z nią i jej nowym mężem, nazwała mnie przez telefon dziwką. Pokłóciła się z synem o pierdołę, a mi dostało się rykoszetem. Próbowałam zrobić pierwsze wrażenie najlepiej jak mogłam. Ale widocznie za mało. Po tej akcji mój jeszcze wtedy chłopak nie gadał z nią tydzień.
Gdy po jakichś 2-3 tygodniach przyjechała na stypę, to mnie przeprosiła. Niesmak dalej pozostał. Chyba myślała, że to coś przelotnego między mną a moim już mężem.
Przed samym ślubem oszalała. Potrafiła dzwonić do niego 5-6 razy dziennie o byle co. Do tego całe dnie wypisywała do niego. Na weselu dosłownie wisiała na moim mężu. Nie mógł się ruszyć na krok bez niej. Na koniec imprezy miałam dość i się z nią pokłóciłam.
Po całej sprawie wypisywała dalej do męża całe dnie, jednak telefony ograniczyły się do 2-3.
I mamy teraźniejszość. Mąż śpi obok. Nie gadamy ze sobą. Praktycznie codziennie kłótnie o teściową rujnują nasz związek. Wszystko musi wiedzieć, co na obiad jedliśmy, co robimy itp. Mam dość. Dla mnie to za dużo. Teraz jest jeden telefon dziennie, ale wiadomości dalej są. Jak tylko widzę, że znowu pisze, to krew mnie zalewa.
Co w tym anonimowego? Założyłam drugie konto na komunikatorze i szpieguję aktywności zarówno jej, jak i męża. Do męża tracę zaufanie i czuję, że się od siebie odsuwamy, a jej życzę śmierci. Przynajmniej wtedy ta chora relacja się skończy.
Wieczór, stoję na stacji paliw, niedaleko restauracja z wielkimi M, na parkingu małe srebrne auto - Corsa czy też może Clio.
Mój wzrok przykuł gęsty dym, wydobywających się z uchylonych, przednich okien. Lekka panika, ale staram się uspokoić; wdech - wydech - wdech... o kur..... PALI SIĘ! Szybka decyzja - wyskakuję z auta, z bagażnika wyciągam gaśnicę, po drodze zrywam zawleczkę. Panika wzięła górę, jestem kiepski w takich sytuacjach...
Podbiegam do uchylonego okna i bezsensownie zaczynam "gasić" zamknięte drzwi i próbuję trafić w uchylone okno.
Z pojazdu wyskakuje przestraszony młodzian, a ja.... "gaszę" jego. Oszczędzę Wam żenujących szczegółów z naszej rozmowy.
Młodzian razem ze swoim kolegą i dwoma dziewczynami postanowili po zjedzeniu posiłku zrobić sobie "komorę" i każde z nich vapowało na potęgę, by całe auto wypełnić dymem. Gdy to się udało, uchylili okna, by jednak wpuścić trochę powietrza.
Na szczęście podeszli do tego z uśmiechem, za to ja mógłbym użyć tej gaśnicy, bo sam prawie spaliłem się ze wstydu...
Dodaj anonimowe wyznanie