Swego czasu dorabiałem jako "chłopak do wynajęcia", ale nie do seksu, tylko do wyjścia gdzieś na różne przyjęcia czy też wesela i udawania partnera lub zwyczajnie bliskiego przyjaciela. Mieszkam w średniej wielkości mieście, chętnych pań z miasta i okolic miałem do policzenia na palcach jednej ręki, ale było to dość ciekawe przeżycie.
Jedna z moich klientek miała obmyślony plan co do naszego "związku", żeby pokazać się na ślubie swojej kuzynki po tym, jak zakończyła długoletni związek ze swoim chłopakiem. Kilka razy poszliśmy gdzieś do jej znajomych, przedstawiła mnie swojej kuzynce (jako nowego chłopaka) i tak wreszcie naszedł dzień mojego pierwotnego zlecenia. Oczywiście mieliśmy przygotowaną całą historyjkę, którą narzuciła mi klientka i musiałem zwyczajnie grać w jej grę. W międzyczasie poznałem ojca mojej klientki, który był mną zafascynowany i chwalił się wszystkim dookoła jaki to ja nie jestem, a ten jej były chłopak to zwykły nieudacznik (ładnie ujmując). Po imprezie zadowolona klientka poprosiła jeszcze o kilka dni udawania, żeby nie było podejrzeń. Długo to nie trwało, raptem po 2 dniach już była gotowa, zapłaciła nawet trochę więcej niż powinna i wszystko było fajnie, do czasu...
Po kilku miesiącach odezwała się do mnie dziewczyna, która potrzebowała towarzystwa na ślub swojej siostry. Miałem tutaj więcej luzu, dziewczyna nie miała jakichś wielkich wymagań, nawet nie chciała mnie przedstawiać z góry jako swojego "chłopaka". Umarłem w środku, gdy dowiedziałem się, że siostrą mojej aktualnej klientki jest klientka z akapitu powyżej, czułem się jakbym trafił do paradokumentu typu "Dlaczego ja" czy "Trudne sprawy". Okazało się, że siostra klientki poleciła mnie jej na swój własny ślub, ale nie poinformowała jej o tym, że wcześniej udawałem jej chłopaka. Moja aktualna klientka nie miała pojęcia o tamtej sytuacji, nie było jej na ślubie kuzynki. Byłem strasznie zmieszany, wkurzony, ale szkoda mi jej było, więc tam zostałem.
Dowiedziałem się w międzyczasie, że gdy siostra mojej klientki po 2 dniach "zerwała ze mną", to wrócił do niej jej chłopak błagając o związek, bo usłyszał o jej "nowym chłopaku" i nie mógł tego znieść, a potem jak widać w międzyczasie się jej oświadczył. Podczas wesela ojciec klientki sprawił, że serce mi pękło i zrozumiałem jak głupi byłem dorabiając w ten sposób... Powiedział mi ze łzami w oczach, że załamał się jak jej siostra mnie zostawiła, ale teraz cieszy się, że jednak będzie miał mnie za zięcia. Przerosło mnie już to wszystko, powiedziałem prawdę, przeprosiłem go i wyszedłem. Klientka nie miała mi za złe, chciała nawet zapłacić za mój czas, ale odmówiłem.
Minęły już w sumie 2 lata, ale cała sytuacja nie daje mi spokoju, a tym bardziej głupio mi by było o tym komukolwiek opowiedzieć prosto w oczy...
Ostatnio zostałam wyznaczona w klasie przez nauczycielkę polskiego do zakupienia zeszytów na kartkówki. Warunkiem było, by były wszystkie takie same. Tego samego dnia poszłam więc do sklepu, by je kupić.
Kolejka była długa, więc tak sobie stoję i czekam. Aż wreszcie nastała moja kolej. Poprosiłam o dane zeszyty. Pani zapytała się dlaczego wszystkie muszą być takie same. Ja niewiele myśląc powiedziałam głośno:
- Bo mam poje*aną nauczycielkę od polskiego.
Obracam się, a dwie osoby za mną stała właśnie ona. Kupowała papier ksero. Myślę sobie - dobra, może nie słyszała, ale nie, słyszała wszystko. Jej wzroku nie zapomnę nigdy.
Przepraszałam ją chyba na każdej lekcji, ale na szczęście nie była mściwa i mi wybaczyła, jak przyszłam do niej z kwiatami i bombonierką.
Mój chłopak wrócił ostatnio z zakrapianej imprezy i tak sobie siedzieliśmy i rozmawialiśmy. Wyznał mi, że kiedyś razem z siostrą prowadzili dla zabawy bloga ze zmyślonymi, naturalnymi lifehackami urodowymi. Jak się okazało, czytałam tego bloga i stosowałam wiele ich porad dotyczących włosów.
Teraz już wiem dlaczego nie działały ;)
Od zawsze gardziłam ludźmi, którzy na własne życzenie pakują się w problemy, a potem jęczą jak to im źle w życiu.
Zaczęło to się chyba od matki, która przez swoje zachowanie spowodowała, że ojciec zostawił nas jak ja byłam malutka i wyjechał za granicę. Na szczęście tata zawsze dbał o to, abyśmy miały za co jeść, płacił spore alimenty, pamiętał o urodzinach, świętach i raz w roku zapraszał mnie do siebie do Niemiec.
A matka? Początkowo tata nie mówił dlaczego ją zostawił, ale jak dorosłam wytłumaczył mi jak matka nie chciała pracować, ciągle się zwalniała, bo w każdej pracy było jej źle, siedziała w domu, rzuciła studia i przestała dbać o siebie, męża itd. jak tylko mnie urodziła. Potrafiła tygodniami nie ugotować obiadu, nie sprzątać. Ojciec wracał czasem i po 12h z pracy i ogarniał mieszkanie, bo mama była wiecznie zmęczona. Nie, to nie depresja. Sprawdzaliśmy to. Ona jest po prostu wygodna i leniwa. Do dzisiaj jej tak zostało. Alimenty od ojca potrafiła wydać na kosmetyczkę, ciuchy, a mi kupić najtańszy plecak do szkoły. Potrafiła kupić sobie na początku miesiąca drogie ciuchy, a pod koniec miesiąca płakać, że nie mamy co jeść i jaki to mój ojciec jest okropny.
Z Aliną przyjaźniłam się od gimnazjum. Mądra, ogarnięta, rozsądna dziewczyna. Nigdy nie pchała się w kłopoty, a jak już coś ją spotkało, to potrafiła jakoś sobie z tym poradzić.
Do czasu.
Wyjechałyśmy razem na studia do innego miasta i wynajęłyśmy razem mieszkanie. Alina poznała faceta, zakochała się i zaczęła pakować się w okropne kłopoty. Jej Andrzejek raz po pijaku, na moich oczach, uderzył ją w twarz . Zadzwoniłam po policję. Zabrali go na izbę wytrzeźwień. Całą noc płakała i opowiadała, jak wcześniej po pijaku próbował kąpać się w jeziorze, jak okropnie się pokłócili, jak on z nią zerwał, ale potem wrócili do siebie. Obiecała mi, że to będzie koniec.
Wystarczyło, że na następny dzień Andrzejek przyjechał z kwiatami i słowem "przepraszam", by Alina mu wybaczyła.
Przestałam ją szanować. Powiedziałam jej, że nie życzę sobie, aby ten damski bokser przebywał w naszym mieszkaniu. Zagroziłam, że jeżeli będzie go zapraszać, poszukam innego mieszkania, bo nie chcę przemocowca widywać w mieszkaniu, w którym powinnam czuć się bezpiecznie.
Faktycznie przestała go zapraszać, ale sam fakt, że nadal z nim jest spowodował, że nie mam ochoty z nią rozmawiać, przebywać. Widzę w niej swoją matkę. Gardzę takimi ludźmi. Nie rozumiem jak można pakować się w chore relacje, robić sobie pod górkę, a potem płakać, że nam źle.
Alina ostatnio zarzuciła mi, że nie jestem empatyczna i jestem zbyt oschła. Być może. Według niej właśnie straciła przyjaciółkę, bo jej nie wspieram. Tylko ja nie chcę wspierać niszczenia sobie życia.
Nie umiem z tym walczyć. Wiem, że tracę przyjaźń życia, ale to silniejsze ode mnie.
Mam dobrego kolegę. Obecnie jesteśmy na studiach, wcześniej chodziłam z nim do jednego liceum.
Niedawno byliśmy w mieszkaniu razem z kilkoma znajomymi i przyszła jego dziewczyna. Zrobiła awanturę, powiedziała, że go zdradza i rzuca. Pokłócili się publicznie, co mi się nie podobało. Nie lubię, jak ludzie piorą swoje brudy przy innych. W sumie nie jego wina, bo to ona się darła 90% czasu. On tylko powiedział jej na odchodne "spadniesz ze schodów i skręcisz swój głupi łeb". Na co ona "wal się ch*ju, specjalnie pojadę windą". No i poszła. My dalej spędzaliśmy czas razem, humory się polepszyły.
Okazało się, że po wyjściu rzeczywiście spadła ze schodów i skręciła kark. A winda się zepsuła, chociaż 30 minut wcześniej na pewno działała, bo jedna z koleżanek nią jechała (to jest na tyle niskie piętro, że można spokojnie albo schodami, albo windą, ja zawsze wchodzę schodami). O całym zajściu dowiedzieliśmy się godzinę później, jak przyjechała policja wypytywać po mieszkaniach co kto widział. Słyszeliśmy karetkę trochę wcześniej, ale nie zwracaliśmy na to wtedy uwagi, bo to bloki i przyjazd karetki to nic dziwnego. Dopiero jak policja nas przepytała, to powiedzieli po kogo przyjechała karetka. Mało się nie udławiłam kawą jak usłyszałam, że spadła ze schodów.
Oczywiście pytali, ale nikt z nas nie wychodził, a po sprawdzeniu monitoringu okazało się, że była sama.
Naprzód chciała pojechać windą, ale ta się popsuła i po jakiś 3 minutach stania poszła na schody (kilka minut wcześniej na nagraniu jak jechała sąsiadka winda była sprawna), potknęła się i spadła na szyję skręcając sobie kark. Wiem to od ochroniarza. Sprawę zamknęli, bo to wypadek. Wiem, że mojego kolegi przy tym nie było, bo był z nami, ale to, że jego przypuszczenie się spełniło napawa mnie obawą. To nie pojedynczy przypadek.
W szkole takie rzeczy też miały miejsce jak ktoś mu podpadał. Ja sama zleciałam ze schodów, jak się pokłóciliśmy o projekt grupowy i powiedział, że mnie spotka kara za zniszczenie projektu (to czy zniszczyłam czy nie to kwestia względna, mieliśmy inne wizje). Nic mi się nie stało, a na szkolnych schodach na pewno byłam sama, nikt mnie nie popchnął. Jeden kolega z klasy skaleczył się metalowym prętem w rękę niedługo po tym, jak mieli kłótnię o wyniki olimpiady z fizyki. Inny ze szkoły, który się utopił w rzece, miał z moim kolegą na pieńku. W sumie to był patus - alko, narkotyki, więc nikogo nie dziwiło, że na wagarach się utopił. Miał mieć solówę ze znajomym kolejnego dnia. Nauczyciel, który nie znosił kolegi, po daniu mu 4 (a znajomy to typ laureata, co wszystko wie) złamał nogę spadając ze schodów. Oczywiście zawsze to wypadki, bez żadnego udziału nikogo innego, a znajomy ma alibi na 1000%.
Niby to przypadki, ale lekki niepokój mam, a nie zerwę kontaktu przez takie bzdury.
Stoję sobie dzisiaj w kolejce do kasy w sklepie z owadem. Kolejka do kasy dłuższa niż za komuny po papier toaletowy. Dwie osoby przede mną stoi matka z trójką dzieci. Jeden - najstarszy - na oko 1-2 klasa podstawówki - stoi grzecznie z koszykiem wypełnionym zakupami. Drugie - ok. 2-letnie, dokazuje w wózku, a trzecie przegląda zawartość stojącego obok koszyka ze świeżakami (czy jak się to teraz nazywa).
Matka cały czas nadzoruje średnie i zagaduje najmłodsze. Przed najstarszym stoją w kolejce trzy dziewczyny 18+. Po chwili z jednej i drugiej strony kolejki podchodzą ich koleżanki i wciskają się przed młodego. Matka zareagowała dość ostro, ale kulturalnie: - Przepraszam, ale mam wrażenie, że panie tutaj nie stały.
- Stałyśmy, nie widziała pani? - idą w zaparte dziewczyny, uśmiechając się lekceważąco pod nosem.
- Nie widziałam, za to widziałam, jak się tu mnożyłyście - odpowiedziała matka. Dziewuchy parsknęły wymuszonym śmiechem, a jedna z nich odwracając się zadkiem do matki skomentowała do koleżanki:
- Nic dziwnego, że taka sytuacja, jak z bombelkami przyszła.
Na zmęczonej twarzy matki pojawiła się pionowa zmarszczka na czole. Z daleka widać było, że krew w niej zawrzała. Powiedziała stanowczo, z lekkim wkurwem:
- Nie życzę sobie tego typu komentarzy, jeszcze raz i... (zawiesiła głos - szukając zapewne odpowiedniego słowa).
- I co? - cała kolejka usłyszała odpowiedź nastolatki.
- I nie ręczę za siebie, bo ja też potrafię użyć równie obraźliwych określeń w stosunku do pani.
Dziewuchę zatkało, obróciła się do koleżanek bez słowa. W tym momencie otworzono sąsiednią kasę. I wszyscy przemknęliśmy za plecami matki do nowej kolejki. Ona cierpliwie odczekała swoje w kolejce za dziewczynami. A licealistki? Słyszałam, jak komentowały jeszcze między sobą, że wróciłyby na sklep po produkt, którego zapomniały, ale, cytując: "w związku z tym co się tu wyczynia, nie będą ryzykować".
Zapłaciłam za swoje zakupy znacznie szybciej niż ta kobieta. Wychodząc, zerknęłam przez ramię, jak wykłada zakupy na taśmę. I pomyślałam ze wstydem, że nie miałabym tyle odwagi, co ta kobieta, żeby z taką godnością przeciwstawić się chamstwu.
Gdy miałam siedem lat, mama zaszła w ciążę. Ciocie się zleciały i kładły tarota, używały kryształów itp. - kiedyś to był odpowiednik USG. Wszystkim wychodziło, że będzie syn. Matka się załamała, ponieważ bardzo chciała córeczkę. I ta wymodlona córeczka się urodziła. Zachowywała się jednak jak chłopiec: wolała potwory, samochody i dinozaury, ale wszyscy myśleli, że to dlatego, ponieważ wśród rówieśników byli sami chłopcy. W wieku dojrzewania ścięła włosy, a wszyscy myśleli, że należy do kategorii hardcorowych feministek. Gdy próbowała odebrać sobie życie, był to ostateczny krzyk o pomoc.
W wieku około 20 lat, po pijaku, wreszcie usłyszałam prawdę. Mam brata. Chodzi na terapię, bierze hormony, a w przyszłym roku będzie operacja. Ja od zawsze miałam takie przeczucie. Informację przyjęłam z ulgą i go wspieram. Od kilku miesięcy pracuje u nas w firmie i wszyscy inni też wiedzą. Owszem, najpierw było trochę konsternacji, ale ludzie się przyzwyczaili.
Teraz mam i brata, i siostrę, i jestem z tego powodu bardzo szczęśliwa.
Pamiętam, że gdy uświadamiałam znajomych, zawsze się pytali jak mi z tym. A ja wam opowiem jak mi z tym: tak samo jak mam gdzieś kto z kim sypia, tak samo mam gdzieś, co ktoś ma w majtkach. Najważniejsze jest, aby ta osoba była szczęśliwa i była fajnym człowiekiem.
Słowem wstępu: dostaję obrzydzenia na widok wymiocin, fekaliów czy innych wydzielin.
Kiedyś mój pies się czegoś nażarł (duuuuże bydlę) i dostał zatrucia. Po prostu zrzygał się na podłogę. Mój mężczyzna był w pracy, więc sprzątanie spadło na mnie. Nie było takiej opcji, żebym się do tego zbliżyła.
Ugotowałam makaron, poczekałam, aż ostygnie i wywaliłam go na podłogę, żeby przykrył wymiociny.
Pies zeżarł wszystko. Podłoga była wylizana do czysta.
Nie żałuję.
Dzisiaj pierwszy raz spotkałem dyrektora mojego zakładu pracy. Oczywiście wyciągnął rękę, aby się przywitać i doszło do uścisku dłoni. Na mojej ręce był glutek z nosa, który musiałem wyciągnąć przypadkowo przecierając nos. Zauważyłem już po. Ciekawe kiedy on odkrył co mu pozostawiłem.
Rok temu moja koleżanka Zuzia zaczęła się wkręcać w środowisko głuchych i przez jej gadanie trochę mi się udzieliło. Pokazała mi alfabet palcowy i parę podstawowych znaków, mówiła o dyskryminacji, utrudnieniach i stereotypach.
Z miesiąc temu zaproponowała mi wyjazd z jej znajomymi głuchymi. Pomyślałam, że co mi szkodzi, a nuż poznam bliżej ich codzienne życie. I to był chyba największy błąd.
Pierwszy dzień był naprawdę świetny, mimo trudności komunikacyjnych.
Drugi dzień był już gorszy. Jeden z chłopaków widząc, że rozmawiam z koleżanką, zaczął krzyczeć i "agresywnie" migał. Nie wiedziałam o co mu chodzi, dopiero potem Zuzka powiedziała mi, że czuł się wykluczony z rozmowy i zabronił (!) nam używać polskiego.
Zdziwiło mnie to, ale odpuściłam, może po prostu jeden taki narwaniec. Jakże się myliłam! W ten sam dzień przy kolacji wszyscy wesoło migali, a ja siedziałam jak cielę, próbując coś rozszyfrować. Minęło 15 minut, ja nadal nic, więc poprosiłam, żeby albo spowolnili, albo zaczęli gdzieś spisywać, bo mam dość. W piątkę zaczęli na mnie naskakiwać, jeden oblał mnie sokiem, inny zaczął wyzywać (specjalnie później sprawdziłam znaki), a koleżaneczka, która rzekomo była niema, nagle przemówiła i kazała mi wypi*rdalać, skoro mam problem.
Poza tym akcja z publicznym wyśmiewaniem niewidomego starszego pana, machając mu przed twarzą i zdejmując przed nim spodnie, obrażanie się o źle pokazany znak, wyraźne sugerowanie wyższości ich i ichniejszej kultury przez brak słuchu.
Z tamtego tygodnia miło wspominam tylko sytuację, gdy wszystkich wyrzucono z baru, gdy pseudoniemowa krzyczała na barmana, że nie rozumie jej migów. Pierwszy raz w spokoju sączyłam piwo bez pogardliwych spojrzeń.
Niby wiem, że nie wszyscy tacy są, ale jak widzę potencjalnych głuchych, to uciekam.
Dodaj anonimowe wyznanie