#7OPuo

Niedawno po wielu miesiącach smutku, płaczu i nieprzespanych nocy udałam się do psychiatry. Diagnoza: depresja. No cóż, przede mną miesiące leczenia. Przepisano mi leki, przy których muszę ograniczyć spożycie alkoholu, a najlepiej do zera. Dla mnie to nie problem, chcę w końcu wyzdrowieć i cieszyć się życiem. Problemem jest natomiast reakcja rodziny i znajomych. „Ale jak to depresja, przecież wszystko było okej”, „Każdy ma jakieś problemy, nie użalaj się tak nad sobą”, „Kilka piwek ci nie zaszkodzi, he, he...”. Oczywiście nie wszyscy, są i tacy, którzy mnie bardzo wspierają. Natomiast nikt mimo moich tłumaczeń nie jest w stanie zrozumieć, że alkohol mnie nie zabije, ale może pogorszyć mój stan psychiczny, a terapia nie przyniosłaby żadnych rezultatów. Boli mnie to, że nie chcą rozumieć. Co takiego jest w alkoholu, że już bez niego niektórzy nie potrafią sobie wyobrazić spotkania, to nie wiem...

#HaNXj

Jestem barmanką w hotelu. Kilka dni temu pewna para zamówiła piwa i desery lodowe. Na swoje zamówienie czekali spokojnie przy stoliku. Najpierw nalałam piwa i poszłam im zanieść. Przy stoliku zastałam tylko faceta, jego dziewczyna widocznie musiała wyjść do toalety. Kładę piwa na stolik, po czym z uśmieszkiem na twarzy, nie zastanawiając się nad tym, co mówię, a raczej w jaki sposób, mówię mu: „Lodzika zaraz zrobię”. 
Przez pierwsze parę sekund nie ogarnęłam, co ja właśnie palnęłam, ale jak tylko zobaczyłam jego minę i usłyszałam cichy chichot, to zdałam sobie sprawę, jak to zabrzmiało. Myślałam, że zapadnę się pod ziemię.

#ynM3b

Zaraz na początku studiów poznałem spoko kumpla. Śmieszyły nas te same żarty, mieliśmy podobne poglądy itd. Po pewnym czasie stworzyliśmy zgraną paczkę z jeszcze dwoma innymi kolegami z roku.

Przyszła sesja. Niestety mój kumpel nie został dopuszczony do jednego z egzaminów w pierwszym terminie. Zorganizował posiadówkę dzień przed tym egzaminem i zaprosił mnie oraz pozostałych dwóch kumpli z paczki. Stwierdziliśmy, że uczyliśmy się sporo, przedmiot łatwy, a jeszcze możemy sobie podyskutować na temat związany z przedmiotem na posiadówce, więc czemu nie? 
Organizator imprezy miał genialny plan jak zrobić, żeby nie iść na drugi termin solo. Zaczęło się od alkoholu. My jednak się pilnowaliśmy, żeby nie obudzić się rano w tragicznym stanie. Tak się jednak złożyło, że przesiedzieliśmy na posiadówce do czwartej. Nie było opcji, żebyśmy szli spać, skoro za pięć godzin się zaczyna egzamin, a trzeba jeszcze się przyszykować i dojechać autobusami, więc postanowiliśmy zarwać nockę. Wtedy dobroczynny przyjaciel wpadł na kolejny pomysł: „Skoro i tak zarywacie nockę, dam wam po tabletce z kofeiną, da wam kopa i nie będziecie przysypiali”. Wyszedł i po chwili wrócił z garścią tabletek i rozdał nam po dwie. „Jedna na teraz, druga na potem, jakby któryś z was miał wysoką tolerancję”.

Około czwartej wyszliśmy od kumpla i poszliśmy do mnie, żeby przeczekać do rana. Około szóstej stało się to, czego się najmniej spodziewaliśmy. Wszyscy trzej, jeden po drugim, lecieliśmy do kibla z ostrą sraczką... Taaaak, w ramach dowcipu dostaliśmy środki przeczyszczające. Natychmiast wyjąłem cały arsenał leków przeciwbiegunkowych (na niewiele się one zdały). Z zaciśniętymi pośladkami dotarliśmy na egzamin w pierwszym terminie, na szczęście zdaliśmy na 85% i dwa razy po 90%. A kolega przestał być moim kolegą.

#3coCQ

Rano zabrałem worek ze śmieciami, żeby wyrzucić go do śmietnika na dole. Doszedłem z nim do samochodu, a że daleko z powrotem do śmietnika, to pomyślałem, że wyrzucę śmieci pod pracą. Pod pracą zapomniałem. Jak wróciłem do domu, to zabrałem worek, żeby pyrgnąć go do śmietnika, ale przyniosłem go do mieszkania.

Taki dzień z życia śmieci.

#mHvQH

Zadziwiające, niby kraj na wskroś katolicki, a jednak niekierujący się wzorcami przedstawionymi w Piśmie Świętym. Zwłaszcza w pojęciu ojcostwa.

Każdy, kto aktywnie bierze udział w życiu kościoła, słyszał na pewno, jak wielką i chwalebną pozycję rolę w historii wiary odegrał św. Józef, ba... wszyscy jak jeden mąż zwą go wzorem prawdziwego mężczyzny-opiekuna. Tym bardziej dziwi fakt, jak w praktyce postrzegani są mężczyźni, którzy wiążą się z kobietą, która ma dziecko. Józef przecież nie był biologicznym ojcem Jezusa, a ówczesne prawo dawało mu możliwość bezpardonowego odtrącenia swej żony. Mimo to podjął się trudu wychowywania „cudzego” dziecka. Czyn ten jest uznawany za chwalebny, a fakt postawienia przez Kościół Józefa za wzór winien nieść za sobą jakieś logiczne konsekwencje. Ale niestety nie niesie.

Moja dziewczyna ma syna, jest to bardzo mądry i energiczny chłopak. Gdy go poznałem, miał iść do pierwszej klasy, swego prawdziwego ojca nigdy nie widział. Nie będę tu teraz roztrząsał, czemu tak się akurat stało, nie jest to bowiem istotne. Istotne za to jest, że bardzo jesteśmy ze sobą zżyci. Mnie nie przeszkadza to, że on nie nosi mojego nazwiska, ani to, że nie nosi moich genów. Chłopak tego, jak być mężczyzną, uczy się właśnie ode mnie, więc w sumie i tak będzie kiedyś prawie taki sam jak ja. Razem się bawimy, razem gramy w gry na konsoli, razem gramy w piłkę, razem dokonujemy drobnych napraw w domu czy samochodzie. Nie ma między nami wielu różnic, poza tym, że on jest jeszcze dzieckiem, a ja dorosłym facetem. Wkurzam się, kiedy inni mędrkują, że to przecież nie jest mój syn i że jeśli chcę wychowywać dziecko, to powinienem dążyć do tego, by mieć „swoje”. Tak jakby plemniki decydowały o tym, czy kogoś się kocha, czy nie. Ojcostwo nie jest jak macierzyństwo, które jest przecież bardziej naturalne, ojcostwo to przede wszystkim chęć pokazania małemu człowiekowi drogi, którą ten miałby podążać. Autorytet się wypracowuje, on w żaden sposób nie jest kwestią przyrodzoną, tak uważam, dlatego nie rozumiem, czemu w opinii wielu robię coś niemądrego?

Ja rozumiem, że w dzisiejszych konsumpcyjnych, hedonistycznych czasach dbanie o coś więcej niż o czubek własnego nosa jest postrzegane jako skrajne wariactwo, ale naprawdę nie rozumiem, jak można być przy tym tak zakłamanym, by uważać siebie za chrześcijanina (katolika) i jednocześnie tak negować postawy, które przez tę właśnie religię uznane zostały za godne naśladowania.

#lP4oB

Mieszkam w Niemczech i zarabiam jako dziewczyna do towarzystwa.

Naprawdę strasznie współczuję wszystkim kobietom, których mężczyźni przyjeżdżają tutaj do pracy. W weekend przykładni mężowie i ojcowe, a w tygodniu całkiem inne życie. Są u mnie i moich koleżanek praktycznie codziennie. Nieraz słyszałam w telefonie głos tęskniącego dziecka czy żony i zapewnienia faceta, jak to on ciężko dzisiaj pracował, dopiero wrócił do domu i musi odpocząć, podczas gdy tak naprawdę tylko czekał, aż zaczniemy.

Przykre, że bardzo wiele kobiet nie zdaje sobie nawet sprawy z tego, jaki mąż jest naprawdę.

#wSDw1

Wszystkie bajki, którymi mnie raczono w dzieciństwie, kończyły się happy endem, miłością, małżeństwem z dziećmi i słynnym „żyli długo i szczęśliwie”. Zawsze pragnęłam tego dla siebie i udało mi się to osiągnąć. Mam kochającego męża i dwoje dzieci. Jestem w trakcie „życia długo i szczęśliwie”.

Dzień rozpoczynam, gdy wstaje moja mała córka. Przygotowuję jej butelkę mleka i robię sobie kawę. Potem budzę kilkuletniego syna, przygotowuję mu śniadanie i odprowadzam do szkoły. Wracam, wstawiam pranie, szykuję obiad, idę po syna. Razem wstępujemy na plac zabaw pod szkołą. W domu jemy obiad, zmywam, wieszam pranie, idę z dziećmi na spacer. Wracam, sprzątam coś w domu, prasuję wczorajsze pranie. Wraca z pracy mąż, jemy razem kolację, kładziemy dzieci, oglądamy film, idziemy spać. Happy life... Czyżby?

Córka budzi się po kilka razy każdej nocy, więc jestem ciągle niewyspana. Syn rano nie chce wstawać, ubierać się, muszę krzyczeć. Oboje nie chcą wracać z podwórka, muszę krzyczeć. Niezależnie, czy byliśmy tam godzinę, czy pięć. Zawsze komuś coś nie pasuje w obiedzie, a mi jest przykro. Nikt nie szanuje mojej pracy w domu, wszyscy śmiecą i bałaganią. Nikt nie słucha moich próśb, prób rozmów, muszę krzyczeć. Mąż wraca zmęczony, jeśli do czegoś między nami dojdzie, to nie jest to dla mnie satysfakcjonujące.

Nie mam zupełnie nikogo oprócz męża. Inne matki pracują, nikt nie ma czasu się spotkać. Gdy gdzieś idę i zabieram dzieci, cały czas marudzą, muszę krzyczeć, żeby je jakoś ogarnąć. Nie chodzę do fryzjera ani na dłuższe zakupy, bo nie mam z kim zostawiać dzieci. Gdy zachorowałam, dopiero po dwóch tygodniach poszłam do lekarza, bo mąż wcześniej nie miał wolnego.

Mam dość. Dość tej rutyny, dość krzyków dzieci i własnych. Dość samotności. Mam rodzinę. A jestem cholernie samotna. Moje myśli się zmieniły. Kiedyś byłam wesoła i towarzyska. Teraz jest mi wszystko jedno, nic mnie nie interesuje. Nie chce mi się nic robić, zmuszam się do każdej czynności – do gotowania, do wychodzenia z dziećmi, do zajmowania domem.

Psycholog stwierdził głęboką depresję, wysłał do psychiatry, leczę się od roku, ale żadne leki nie pomagają.

PS Dziewczyny! Zanim zdecydujecie się na dzieci, upewnijcie się, że ma Wam kto pomóc.
Happy endy ssą.

#cXfXs

Mój dziadek miał siostrę bliźniaczkę. Siostra wyszła za mąż, ale przez kilka lat nie mogła mieć dzieci. I stał się cud, bo kiedy moja babcia miała urodzić swoje kolejne dziecko (mojego tatę), dwa dni wcześniej ciotka urodziła córkę. Jedyną, co przy braku antykoncepcji w czasach powojennych mogło świadczyć jedynie o niemożliwości powtórnego zajścia w ciążę. W niedługim czasie ciotka mojego taty z mężem i córką wyjechali, dosyć daleko, ostatecznie trafili za granicę, a moja babcia urodziła jeszcze czwórkę dzieci.
Kuzynka taty odnalazła rodzinę po wielu latach, a co pierwsze rzuciło się w oczy, to jej ogromne podobieństwo do mojego taty. Po przeanalizowaniu kilku faktów tata doszedł do wniosku, że tak naprawdę to kuzynka może być jego siostrą bliźniaczką, „podarowaną” przez jego rodziców bezdzietnej ciotce... Poród był w domu, rejestracja dziecka była wtedy, gdy ktoś się zgłosił, data podana przez rodziców nie musiała być stuprocentowo prawdziwa. Niestety, wszystkie osoby, które mogłyby coś wiedzieć, już nie żyją, a na badania genetyczne zainteresowani nie mają ochoty, Zresztą nic by to nie zmieniło. Oboje mają po 70 lat, utrzymują kontakt dosyć sporadycznie.
A historia rozpala wyobraźnię.

#2IzmI

Miałam wtedy 7 lat, kochałam śpiewać, chociaż nie wychodziło mi to najlepiej.
Rodzice zostawiali mnie samą w domu, najczęściej na kilka godzin. Ja pełna pasji i marzenia wystąpienia na scenie z prawdziwą publicznością wychodziłam w tym czasie na balkon i krzyczałam: „Jest publiczność?? Nie słyszę was, głośniej!!”. A później śpiewałam wszystkie „hity”, jakie znałam po angielsku, dodając wymyślone przeze mnie słowa.

Sąsiedzi musieli mieć niezłą bekę :)))
Dodaj anonimowe wyznanie