#kzax3

Krótko i na temat.
Jako dziecko jakoś w 4-5 klasie podstawówki zabierałam różnym dzieciakom z kurtek w szatni telefony czy pieniądze. Gdy już miałam taki telefon kilka godzin, dzwoniłam do numeru, który był zapisany jako rodzic i wraz z mamą mówiłam, że znalazłam telefon koło szkoły w krzakach, śniegu bądź piaskownicy. Rodzicom "zgubę" oddawałam, a za uczciwe oddanie często dostawałam coś słodkiego jako nagrodę.
Do tej pory nikt nie wie, jak było naprawdę.

#4Hb1C

Jestem matką dziecka niepełnosprawnego. Anonimowe to jedyne miejsce, w którym mogę wyznać swoje prawdziwe uczucia, bo gdybym na żywo wyznała komuś, co czuję, zostałabym zrównana z ziemią i jeszcze w nią wdeptana.

Niepełnosprawność E. zniszczyła wszystko, na co ciężko latami pracowałam. Ułożyłam sobie życie z mężczyzną moich marzeń. O ciężkiej niepełnosprawności E. dowiedzieliśmy się bardzo krótko przed porodem (ujawnienie większej ilości szczegółów sprawiłoby, że przestałabym być anonimowa). Mieliśmy dosłownie dwa dni na pogodzenie się z tym, że dziecko będzie kaleką. Szybka cesarka, jedyne co ujrzałam to pupa E., bym wiedziała chociaż co urodziłam. Nie buzia, pupa. Dziecko przekazane od razu do innego szpitala. I tak mijał tydzień za tygodniem, miesiąc za miesiącem. Ja z poczucia winy przy łóżeczku w szpitalu, nie widując drugiego, maleńkiego dziecka przez ten czas. Dobijana przez lekarzy pytaniami "to nie wiedziała pani nawet, kiedy USG trzeba było w ciąży robić?".
Stan dziecka poprawił się na tyle, że wyszło do domu.

Nienawidzę tego dziecka. Kocham je, ale nienawidzę. Zawsze BĘDZIE MUSIAŁO być na pierwszym miejscu. Nie pojedziemy na wakacje gdzie tylko chcemy, bo ono nie na rady, albo żeby ludzie dali żyć, bo przecież zbieramy kasę na jej leczenie. Nie pójdę do pracy moich marzeń. A z drugiej strony je kocham. To moje dziecko, podobno czysta kopia mnie.

Nienawiść przerodziła się w obojętność, zaczynało chyba do mnie docierać, że będę do końca życia nie sobą, tylko matką kaleki. Zajęło mi to ponad 3 lata leczenia u psychiatry, psychoterapeuty, psychologa, 6 prób samobójczych. Zdecydowaliśmy się na jeszcze jedno dziecko. Doszłam psychicznie do siebie, w końcu uwierzyłam, że potrafię być jeszcze normalną matką, że moje życie może być jeszcze odrobinę normalne. Potrafię spojrzeć na dziecko w wieku E. bez napadu histerii, że dlaczego właśnie moje dziecko, które było zaplanowane i ukochane od początku. I zaczęło się od nowa. E. przestało mieć siły, by walczyć. A ja siebie na nowo nienawidzę. Nie potrafię być matką - bo co to za matka, której dzieci od miesięcy nie widziały w domu? Jaka ze mnie matka dla E., skoro moim marzeniem jest, by to się w końcu skończyło, niezależnie jak, czy jego śmiercią czy cudownym ozdrowieniem?

Dlaczego to piszę? Bo może wy spojrzycie inaczej na matki dzieci niepełnosprawnych. Pomóżcie im, proszę. Nie wiem kto pierwszy wróci do domu - ono czy ja w worku, bo od MIESIĘCY nie widziałam reszty mojej rodziny. Nie ucałowałam do snu. Mimo terapii, leków, nie potrafię już kochać E., jestem wypruta z wszelkich emocji. Jedyne co mnie powstrzymuje od samobójstwa, to myśl, że moje pozostałe dzieci są za małe, by zrozumiały, że tak naprawdę nie powinnam nawet marzyć, by być ich matką. Przez miesiące nawet ich nie wychowywałam.
Płeć E. jest ukryta celowo.

#uGi2L

Moi rodzice uchodzą wśród części rodziny i sąsiadów za biedne starsze małżeństwo, od których niedobry syn się odwrócił.

Wszystko zaczęło się w wakacje, połowie lat osiemdziesiątych, miałem wtedy sześć lat. Ania, moja starsza siostra, miała siedemnaście. Mimo dużej różnicy wieku, byliśmy sobie bardzo bliscy. Mieszkaliśmy parę kilometrów od dość popularnej turystycznej miejscowości. Pewnego razu Ania wybrała się na dyskotekę do tamtego miasteczka. Trochę posprzeczała się z chłopakiem i pieszo zdecydowała się wrócić do domu. Po drodze nikogo więcej nie było. Zatrzymał się obok niej samochód, wysiadło z niego trzech facetów i skrzywdziło moją siostrę. Najprawdopodobniej byli to turyści.

W nocy obudziła mnie straszna awantura. W kuchni zobaczyłem zapłakaną, krwawiącą i poobijaną siostrę. Ojciec natychmiast odesłał mnie do pokoju, ale i tak podsłuchiwałem. Mimo że miałem sześć lat, do dziś to pamiętam. Rodzice wrzeszczeli na siostrę, że wstyd im przyniosła, co ludzie powiedzą, żaden facet jej teraz nie zechce itp. Oczywiście nie było opcji, żeby zgłosili sprawę na milicję.

Nasza wioska jest mała, wszyscy wiedzą wszystko o wszystkich, a wtedy ksiądz był najważniejszą osobą, niemal wyrocznią. Z samego rana rodzice zaciągnęli Anię do spowiedzi, ksiądz poruszył sprawę na najbliższym kazaniu. Ania prawie nie wychodziła z pokoju, znajomi albo się nie odzywali, albo nasi rodzice ich odprawiali. Często siedziałem przy niej, przytulałem, nie bardzo rozumiałem czemu jest tak strasznie smutna i często płacze, czemu rodzice są na nią tacy źli. Pewnego dnia, na początku września ojciec pojechał do pracy, mnie matka miała odprowadzić do przedszkola i zrobić zakupy. Na do widzenia siostra mocno mnie przytuliła i kazała pamiętać, że bardzo mnie kocha. Po powrocie do domu matka znalazła ją powieszoną. Dość długo byłem zły na Anię, że mnie zostawiła, ale im byłem starszy, tym więcej rozumiałem. Tuż przed wyprowadzką z domu wygarnąłem wszystko rodzicom. Ojciec kazał mi się wynosić i nie wracać, aż będę gotowy przeprosić. Z chęcią to zrobiłem. Matka jak zwykle nie protestowała, słowo męża to dla niej prawo.

Udało mi się ułożyć życie. Mam wspaniałą żonę i dwóch synów. Żona wie o wszystkim, namówiła mnie na kilka wizyt u psychologa, dobrze mi to zrobiło. Z rodzicami nie utrzymywałem kontaktu, poinformowałem, że się ożeniłem i mam dzieci. Niedawno odezwała się do mnie ciotka. Ojciec miał ostry udar, rodzice potrzebują pomocy. Pojechałem zobaczyć w jak żałosnym jest stanie. Matka płakała i prosiła o pomoc w opiece i leczeniu. Odmówiłem. Może i jestem wyrodny, ale nie chcę po tym wszystkim i pomagać. Kiedy ktoś ma o to pretensje, otwarcie mówię czemu. Ciotka uważa, że to były inne czasy i muszę ich zrozumieć, bo przecież to moi rodzice. Nie zmienię zdania.

#JwNZ3

W najbliższą sobotę wychodzę za mąż. Moja matka od momentu, gdy mój związek zaczął wyglądać na bardziej przyszłościowy, nie dopuszczała do siebie myśli, że ślub jest możliwy. Początkowo nieśmiałe, a z czasem coraz bardziej konkretne rozmowy o planach na przyszłość kwitowała słowami "jeszcze ci się zmieni", "nie żartuj", "nieprawda, zawsze będziesz ze mną". Początkowo sądziłam, że chodzi jej o niektóre cechy mojego wybranka - np. to, że pracuje podczas studiów, co uważa za głupotę, chociaż w jego branży kogoś po studiach bez doświadczenia nie chcą, albo że zagłosował w wyborach na inną partię niż ona. Z czasem zdałam sobie sprawę, że to nie o to chodzi, tylko... ona naprawdę jest święcie przekonana, że do ślubu nie dojdzie.

Właśnie wróciłam z kolejnego kursu przewożenia moich rzeczy do mieszkania, do którego się wprowadzimy po powiedzeniu sobie "tak". Ona wymyśliła, że żartuję, i że po prostu się wyprowadzam - nie wiem, skąd bym miała na to pieniądze, bo studiuję i pracuję na tylko część etatu, i by wystarczyło tylko na opłacenie małej części rachunków (mieszkanie w dużym mieście pozdrawia), oraz że niedługo zmienię zdanie i wrócę do mojej kochanej mamusi. Nie wiem, jakim cudem może ignorować fakt, że w mojej szafie wisi suknia i welon, co chwilę dzwonię do różnych osób związanych ze ślubem i weselem (począwszy od księdza na kwiaciarni kończąc) i to, że głównie o tym rozmawiam z ojcem i siostrą.

Cóż, czekam do soboty. Nie wiem, co chce ugrać - czy rzuci się na mnie, jak będę szła do ołtarza, błagając, żebym jej nie zostawiała, czy się w ogóle nie pojawi w kościele, a może w końcu to zaakceptuje. Jedno jest pewne, ma mocno nierówno pod sufitem, a ja nie wiem, co tak właściwie z tym zrobić.

#cuCWs

W podstawówce byliśmy na wycieczce w Łańcucie. Oprócz zwiedzania zamku byliśmy też w ogrodzie botanicznym, założonym dawno temu przez ówczesnych właścicieli tegoż przybytku, którzy zapoczątkowali zwożenie do Polski różnych egzotycznych roślin. Oczywiście pan przewodnik zabronił dzieciom nawet dotykać roślin, ponieważ to eksponaty bardzo rzadkie, drogie, stare itp. itd.

Jako dziecko z 3 klasy poczułam ogromny wstyd za nasze nauczycielki, które niezdarnie po kryjomu odrywały z roślin "naszczepki" do domu i chowały do torebek...

#eNYHt

Mając 21 lat, wspólnie z moją przyjaciółką postanowiłyśmy wyjechać nad morze na cały sezon letni.
Wynajęłyśmy mieszkanie na ten okres, popatrzyłyśmy wcześniej na oferty pracy sezonowej, zakupiłyśmy bilety i ruszyłyśmy w poszukiwaniu przygód.

Pierwsze kilka dni minęło bezproblemowo, zwiedzałyśmy Trójmiasto, poznawałyśmy nowych ludzi, chodziłyśmy dużo na plażę oraz po okolicznych klubach.

Tydzień po naszym przyjeździe dostałam pracę jako kelnerka w jednej z restauracji. Złapałam dobry kontakt z załogą i szefem, ogólnie wszystko szło w dobrym kierunku.
Po kilku dniach mojej pracy w restauracji pojawił się ON.
Niesamowicie przystojny, czarujący mężczyzna, w dodatku bez obrączki.
Jako że nie należę do osób nieśmiałych, razem z rachunkiem dałam mu swój numer zapisany na chusteczce.
Gdy wychodził z restauracji, widziałam chusteczkę w jego dłoni, następnie schował ją do kieszeni na moich oczach i z bananem na twarzy wyszedł z restauracji.
Odezwał się do mnie po 20 minutach.
Pisaliśmy cały dzień, w efekcie umówiliśmy się jeszcze tego samego dnia do jednego z barów. Przez kilka najbliższych dni, spędzaliśmy ze sobą prawie każdą wolną chwilę.

Po pewnym czasie nasza znajomość przerodziła się w romans. Nie określaliśmy się jako para, zwyczajnie się spotykaliśmy, żeby spędzić miło czas. Oboje mieliśmy świadomość, że za jakiś czas trzeba się będzie "rozstać" i każde pójdzie w swoją stronę.

Pewnego dnia po którejś z wspólnie spędzonych nocy, Tomasz poszedł się wykąpać, zostawiając telefon w pokoju na szafce. Zawsze widziałam, że on pilnuje swojego telefonu, ale nigdy mnie nie korciło, żeby go przeglądać.
Nagle widzę, że telefon wibruje. Normalnie nic bym z tym nie zrobiła, ale ktoś dobijał się non stop, więc myślałam, że chociaż poinformuję Tomasza kto do niego ciągle dzwoni.
Wstałam, spojrzałam na telefon, a tam zdjęcie jakiejś kobiety z małym dzieckiem na rękach i podpisane "Żonka".
W jednym momencie zrobiłam się cała czerwona ze złości, bo Tomasz zapewniał mnie, że nikogo nie ma.

Szybko się ubrałam, wzięłam ten telefon i wyszłam na klatkę schodową. Odebrałam telefon i i powiedziałam kobiecie jaka jest sytuacja.
W pierwszym momencie myślała, że jest to żart wymyślony przez jej męża.
Przełączyłam więc na wideo rozmowę i jak wróciłam do mieszkania, to pokazałam jej, jak on wychodzi nago z mojej łazienki.
Kobieta była w szoku, Tomasz zresztą też.
Ja starałam zachować zimną krew i powiedziałam mu tylko, że ma 5 minut na zabranie swoich rzeczy, bo inaczej wylądują za oknem. Ja spisałam numer do jego żony, żeby w razie czego zaoferować swoje zeznania podczas ich sprawy rozwodowej.

Ich rozwód był 3 miesiące później, głupio było opowiadać na sali o romansie z żonatym mężczyzną.

Do tej pory mi wstyd za całą sytuację.

#DqnJM

Mój facet to istny leń, pracy unika jak ognia, a pakowanie się w długi to jego ulubione zajęcie.

Czara goryczy przelała się w momencie, kiedy byliśmy na zakupach i moje dziecko zapytało ojca, czy może lizaka. Co na to mój partner? Że nie ma pieniędzy na takie głupoty. Moje dzieci nigdy nie proszą o nic. Nie robią awantur w sklepach. I w tym przypadku również - mój syn zwiesił głowę i ustał grzecznie przy wózku. Ten widok tak mnie złapał za serce... Zdjęłam z taśmy piwa, zdjęłam orzeszki i kilka innych produktów. Złapałam garść lizaków i położyłam na ladę. Powiedziałam "Pamiętaj, gnoju, nigdy nie stawiaj siebie ponad dziećmi". Oczywiście ukochany nie dawał za wygraną. Położył te piwa znowu na ladę. Stwierdziłam wtedy, że to koniec. Poprosiłam, aby pani skasowała mi tylko lizaki. A on? Stał jak gołodupiec bez grosza.

Nie chcę, żeby moi synowie mieli taki obraz mężczyzny w domu. Mój facet wciąż ze mną mieszka, ale to kwestia czasu. Nie mam serca teraz go wyrzucić. Ma czas do końca października - albo znajdzie pracę, albo nowe mieszkanie.

#hJBh6

Razem z mężem kochamy przyrodę. Dlatego też od lat mieszkamy w drewnianym domu pod lasem (a w zasadzie w lesie) w niewielkiej miejscowości w Czechach. Dla nas to jak raj, nie ma nic piękniejszego niż spacer o świcie po łące czy piknik z mężem i synem na polanie otoczonej drzewami. Zawsze uważaliśmy, że jesteśmy tu o wiele bezpieczniejsi niż mieszkając w mieście. W zasadzie najbliższego sąsiada mamy aż 2 km dalej, wiec można powiedzieć, że jesteśmy tu całkiem sami. Znikoma szansa, aby ktoś nas okradł czy napadł itp.. Jednak wszystko się zmieniło jakiś czas temu.

Mąż wyszedł na grzyby i przy okazji znalazł nagie ciało kobiety. Wydarzenie traumatyczne. Policja szybko się tym zajęła i sprawa chyba nadal jest w toku. Za wiele nam nie powiedziano. W każdym razie nie wiemy kto to zrobił, ale doprowadziło do tego, że czujemy się nieswojo w naszym dotychczasowym raju. Zaczęłam bardziej pilnować syna, mąż stwierdził, że na grzyby więcej nie pójdzie i można powiedzieć, że przebywanie tutaj jest bardzo nieprzyjemne. Morderca jest niezłapany, więc może się okazać nawet naszym sąsiadem. Albo co gorsza, też mieszka gdzieś w lesie. Nawet można by się tego spodziewać, bo w tym regionie domki w lesie są popularne. Dlatego też po raz pierwszy rozważamy powrót do miasta. A nawet jeśli znajdą mordercę, to życie tutaj ze świadomością, że coś takiego się tu wydarzyło, jest dosyć nieprzyjemne.
Dodaj anonimowe wyznanie