#Alkfd

To może się wydać głupie, ale boję się sprawdzania biletu w komunikacji miejskiej (nieważne, czy to PKP, autobus, tramwaj). Od razu zaznaczę, że noszę wykupiony bilet ze sobą.

Ten strach nie wziął się to oczywiście znikąd. Dawno temu (zaznaczę, że mam 27 lat), mając jakoś 13 lat, wracałam autobusem ze szkoły do domu. Oczywiście miałam ze sobą bilet, tylko wypadł mi z plecaka. Akurat pech chciał, że trafiłam na kontrolę biletów. Oczywiście kanar mnie złapał na braku posiadania biletu, co jeszcze straszne nie było. Tylko zamiast dać mandat, kazał mi wysiąść z autobusu i wezwał policję. Siedziałam w tym wielkim radiowozie i czułam się jak cholerny przestępca - jakbym przynajmniej okradła sklep. Do tego facet zachowywał się tak, jakbym naprawdę nie wiadomo co złego zrobiła, atakował mnie słownie, a ja byłam młoda i przestraszona.

Od tamtej pory jak widzę kontrolera biletów zawsze się denerwuję, mimo że jestem już dorosła i mam zawsze bilet ze sobą. Tamto wydarzenie pozostawiło jakiś idiotyczny uraz w mojej głowie.

#0mooO

O "pilnowaniu" córek.

Mój tata każdego chłopca traktował jak potencjalne zagrożenie. Nie mogłam mieć nawet męskich znajomych czy przyjaciół. Zaraz słyszałam, że "im to zależy tylko na jednym" albo że "mając córkę trzeba pilnować całego osiedla". Niemal codziennie miałam jakiś umoralniający wykład. Mówił mi, jak powinnam się ubierać, by nie kusić chłopców i się szanować, wspominał też o tym, co mi wolno w obecności drugiej płci, a czego nie.

Gdy w liceum dowiedział się, że mam chłopaka, to zrobił mi istną burze. Mnie zamknął w domu i pojechał "porozmawiać" z moim wybrankiem. Oczywiście nastraszył go, zagroził, że go zabije i zażądał zerwania, bo "to nie jest odpowiedni chłopak dla ciebie". Dlatego każdy związek trzymałam już w największej tajemnicy. Przestałam rozmawiać z tatą.

Teraz gdy widzę żarty w stylu "mam piękną córkę, siekierę i alibi", to nie jest mi do śmiechu. Uważam takie zachowanie (nawet żartobliwe) za odrażające. Ale to może tylko ja mam kija w dupie.

#6MVJy

Będzie o tym, jak po 3 latach rzuciłam palenie. W ohydnych okolicznościach.

Przez kilka dni miałam porządne rozwolnienie. Wodniste, czasem zielone, normalnie kosmos w tyłku. Brałam tabletki i przez jakieś 3-4 godziny funkcjonowałam bez latania do toalety. Jako palacz nie mogłam się obejść bez papieroska, tak że późno w nocy poszłam na balkon zapalić. Papieros odpalony, ja zadowolona, bo głód nikotynowy znika, aż nagle czuję, jak coś chce natychmiast wyjść. No ale to nie pierwszy raz, a zwieracze mam dobre, nie raz, nie dwa dupa próbowała mnie oszukać i nigdy jej nie wyszło, to co będę gasić i lecieć. No i to był błąd. Zesrałam się w gacie. Papieros dawno zgaszony, a ja nie mogłam się ruszyć... Aż nagle poczułam, że to wszystko zaczyna spływać mi po nogach. Co gorsza w pokoju śpi narzeczony, więc ja dreptam do kibelka, krople po drodze na podłodze zostają, ale dotarłam do celu. Umyłam się, wyprałam majtki i umyłam podłogę.
Od tamtego czasu papieros kojarzył mi się z tą sytuacją i zamiast czuć się "zrelaksowana", czułam wstyd i obrzydzenie.

Każdy mi gratuluje rzucenia i pyta jak to zrobić, a ja mówię, że to przez moją silną wolę. Nikt do dzisiaj nie wie, jaka jest prawdziwa przyczyna. I pewnie nigdy się nie dowie.

#Fp7MN

Słyszeliście ten dowcip o wegetariańskim psie, który jałowcowej mało z dywanem nie wrąbał?
No więc miałem to na żywo.

Znajoma na kilka dni zostawiła mi Śmieszka (takie imię) - labradora do popilnowania. Zostawiła też pakę wegetariańskiej karmy dla psów. Ona jest wege, to i psa chce mieć wege. Nie moja sprawa, nie wnikam. Wszystko spoko - ale na drugi dzień, jak kanapki sobie robiłem, kroję kiełbasę, a Śmieszek przyszedł, obwąchał mnie dokładnie, "stanął" przy stole, obejrzał co robię, usiadł koło mnie i skamle cicho, tak jakoś błagalnie. A ciul, dałem mu kawałek kiełbasy, posmakowało, dostał jeszcze kawałek. I tak minęło kilka dni - Śmieszek dostawał jakieś skrawki mięsa jakie miałem pod ręką czasami + normalnie swoją wegetariańską karmę, której nie jadł ze specjalnym entuzjazmem, za każdym razem czekając, czy jednak nie dam mu czegoś mięsnego.

Ostatni dzień, w następny znajoma miała wracać i go odebrać - robiąc zakupy na obiad, zobaczyłem steki w przecenie, nie jakieś doprawiane, przerobione, po prostu płat surowego mięsa. Stwierdziłem - a ciul. Kolację na pożegnanie będzie miał na wypasie. Jak zobaczył miskę z mięsiwem - morda mu się cieszyła jak głupia. Następny dzień - piesek pożegnany i jest spoko.

Wieczorem dzwoni wkurzona znajoma, że pies nie chce jeść, była nawet u weta - wszystko z psiakiem w porządku. Co ja mu zrobiłem?! No to przyznałem się do tego, że mu dietę urozmaiciłem. Opierdol dostałem nieziemski. Nasłuchałem się, jaki to ze mnie potwór. Na ponad miesiąc zerwała kontakt. Od znajomych dowiedziałem się, że pieska przyzwyczaiła z powrotem do wegetariańskiej karmy. Tylko jak znowu zaczęliśmy rozmawiać i raz spotkaliśmy się w grupie ze znajomymi, to śmiesznie było, jak Śmieszek mnie zobaczył, mało ją za sobą nie pociągnął, z takim entuzjazmem rzucił się mnie witać. Przez cały wieczór nie oddalał się ode mnie na krok, ciągle prosząc o głaskanie.

#ZdRVl

Uwielbiam pyzy z mięsem. Mogę je jeść codziennie i z tego powodu zazwyczaj mam w domu mały zapas. Tak się jednak złożyło, że ostatnio miałem nawał roboty i mało czasu na zakupy, więc zapas się wyczerpał, ruszyłem zatem do sklepu po swoje ulubione pyzy.

Dochodzę już do lodówki z pyzami, gdy zauważam, że jakaś babka bierze ostatnią (!) paczkę pyz. W sercu rozpacz, ale po chwili w moim umyśle wykiełkował pewien plan...
"Nie boi się pani tego kupować? Ponoć wycofują je ze sprzedaży, bo jakieś szkodliwe bakterie w nich znaleźli"... Babka stanęła jak wryta, po chwili odłożyła pyzy na półkę i mi podziękowała... Pokręciłem się chwilę po sklepie, poczekałem, aż pani wyjdzie i udałem się z moimi pyzami do kasy.

Trochę wstyd, że z łakomstwa okłamałem nieświadomą kobietę.

#3Km5p

Wracałam do domu ze szkoły. Byłam do tego stopnia zmęczona, że ledwo widziałam na oczy. Wyszło niestety tak, że spóźniłam się na autobus, a na kolejny musiałam czekać jakieś dwadzieścia minut. Tak więc przysiadłam sobie na przystanku, a że telefon mi się rozładował i nie miałam nawet jak posłuchać muzyki, to po prostu rozglądałam się dookoła.
Obok mnie siedziała jakaś starsza pani, czytając gazetę.

W pewnym momencie przy śmietniku zobaczyłam siedzącego kruka (gawrona?) i niewiele myśląc zapytałam "Co tak siedzisz? Nie masz co robić?" .
Ptak mi nie odpowiedział, ale siedział dalej, więc z nudów zaczęłam po prostu do niego gadać. Pochwaliłam jego piórka, że tak spokojnie siedzi, pytałam, czemu nie odleci. Opowiedziałam coś o sobie. W pewnym momencie przeszłam z nim już nawet na "przyjacielu".

Kiedy kruk zdążył już poznać niemalże pełną historię mojej egzystencji, przyjechał w końcu autobus. Pani siedząca wcześniej obok mnie czmychnęła do środka i usiadła w najdalszym kącie. Przed odjechaniem chciałam się jeszcze z moim "przyjacielem" pożegnać, ale gdy jeszcze raz spojrzałam na miejsce, w którym siedział, zobaczyłam tylko sponiewierany worek na śmieci.

Rozumiecie to? Przez dwadzieścia minut gadałam do jakiejś siatki! Najśmieszniejsze jest to, że zdążyłam się już przywiązać i teraz tęsknię...

#xmGLl

Jakiś czas temu poszłam do ekskluzywnego, że tak powiem, sklepu z butami. Upatrzyłam sobie piękne szpilki, więc następnego dnia stwierdziłam, że po nie przyjdę. Nie miałam akurat wtedy wysterczającej gotówki przy sobie. Dodam tylko, że byłam ubrana w sukienkę, szpilki i miałam drogą torebkę, a mój mąż też był ubrany elegancko.

Tak więc następnego dnia poszłam po buty. Byłam styrana po całym dniu pracy, bez makijażu i w dresie. Pani na wejściu zjechała mnie wzrokiem i nawet się nie przywitała. Dała mi swoim wzrokiem do zrozumienia, że to nie jest sklep dla mnie. Najwidoczniej nie zapamiętała mnie z dnia poprzedniego. Wnerwiłam się strasznie, gdy na moje ''wczoraj mierzyłam buty i dziś chciałabym je kupić'' powiedziała ''chyba nie w tym sklepie''... Zaczęła się ostra wymiana zdań i wyszłam z niczym.

Buty kupiłam przez internet, a na pracownicę złożyłam skargę. Już tam nie pracuje. Nie rozumiem, jak można tak potraktować potencjalnego klienta. Przecież nie każdemu chce się chodzić na zakupy w makijażu i ubranym jak milion dolarów.

#VueWw

Gdy byłam mała, babcia każdego ranka i wieczora kazała mi odmawiać modlitwę. Strasznie tego nie lubiłam i wymyślałam mnóstwo powodów, by nie mówić po raz setny "Ojcze nasz" i "Aniele Boży".

Pewnego dnia babcia zmarła. Na stypie jakiś wujek dowiedział się o jej próbach nauczenia mnie modlitw i zażartował, że babcia umarła przeze mnie, bo byłam nieposłuszna. Inni dorośli zaczęli się śmiać, a ja przez wiele lat poważnie myślałam, że przyczyniłam się do jej śmierci.

#UKeth

Jestem przedszkolanką, która lubi dzieci i swoją pracę. Lubię bawić się z dziećmi, śpiewać z nimi piosenki, wymyślam dla nich kreatywne zabawy, uczę literek i staram się jak umiem umilić im każdy dzień w przedszkolu.

Jest jednak jedna rzecz, która mnie irytuje w ich zachowaniu. Chodzi o sposób, w jaki dzieci kolorują malowanki: wychodzenie poza linię, nieodpowiednio dobrane kolory (niebieskie włosy, fioletowe drzewo), część malowanki niepomalowana. Nie oszukujmy się, większość to bazgroły, które nie wyglądają ładnie, ale muszę chwalić, udawać sztuczny zachwyt "jakie piękne", "jakie cudowne", "brawo", "super"...  mimo że w duchu czuję zażenowanie tym, na co patrzę. Wiem, że są to maluchy i nie oczekuję malunków na poziomie Picassa. Irytuje mnie bardziej sam fakt udawania, że są wspaniałymi malarzami. Oczywiście jestem od motywowania i chwalenia dzieci, dlatego żadne z moich podopiecznych nigdy nie usłyszy ode mnie bolesnej prawdy, jednak to co zalega mi w sercu wylewam na papier w domu.... i tu zaczyna się anonimowa część wyznania.

Mając 29 lat, kupuję sobie malowanki dla dzieci. Najróżniejsze, ze zwierzakami, owocami, w okresie świątecznym z choinkami i Mikołajem. Wieczorami, weekendami, w wolnych chwilach je maluję. Starannie, nie wychodząc za linie, odpowiednio dobierając kolory, czasem bawię się w cieniowanie. Po skończeniu z dumą patrzę na moje dzieło i chwalę się w duchu za mój "wyczyn". Wszystkie malunki odkładam na półkę, nie wyrzucam.

...A potem przychodzi kolejny dzień, idę do przedszkola i z przyklejonym uśmiechem na twarzy chwalę dzieci za ich cudowne rysunki...
Dodaj anonimowe wyznanie