Chciałam wam podziękować, kochani anonimowi.
Godziny szczytu, w autobusie straszny tłok, ludzie stoją jedni na drugich, wsiada mężczyzna koło 40. Wygląda całkiem zwyczajnie. Najpierw patrzy na jedną dziewczynę, potem na mnie i ustawia się przodem do mnie, opiera rękę nad moją głową. W trakcie kilku minut jazdy przysuwa się coraz bliżej. W pewnym momencie przekłada dłoń na pasek od torby, którą miał przełożoną przez ramię, jest już na tyle blisko, że pięścią opiera się idealnie o mój biust. Przysuwa biodra coraz bliżej i bliżej. Początkowo stałam jak sparaliżowana, patrzyłam tylko na zmianę na dłoń na moim biuście i uśmiech na jego ustach.
Tylko dzięki wam, dzięki opisanych tu ku przestrodze historiach podobnych do tej, odezwałam się. Głośno skomentowałam to co robi, tak żeby wszyscy usłyszeli. Uciekł na pierwszym przystanku. Gdyby nie kobiety, które wcześniej opisały tu podobne historie, stałabym tam, sparaliżowana strachem i pozwalała mi się dotykać. Dziękuję wam!
Mój ojciec jest patologicznym kłamcą, mitomanem. O ile jego dziwne opowieści nie przeszkadzają aż tak w życiu codziennym, to w niektórych sprawach naprawdę komplikują życie. Dla jasności, rodzina wie o tej przypadłości ojca, wielokrotnie namawiali go na chociażby psychologa, ale jego zdaniem wszystko jest w porządku i coś sobie wymyśliliśmy. Typowe jak na mitomana.
Ogólnie całe to jego zaburzenie głównie opiera się na opowiadaniu irracjonalnych historii, w których niby brał udział. Na przykład opowiadał raz, że wracając z pracy, w autobusie poznał sławnego aktora i potem razem z nim jeździli ferrari po mieście. Wiecie, nic szkodliwego, po prostu lekko żenujące, gdy się tego słucha. Zbywamy te opowieści, żeby nie zachęcać ojca do dalszego wymyślania. Ale do sedna.
Ojciec nie raz przez to nieźle mnie skompromitował albo utrudnił życie. Przykład? Nie było mnie w szkole przez kilka dni, bo miałam grypę. Wychowawca kontrolnie zadzwonił do domu. Niestety odebrał ojciec. Owszem, potwierdził, że to przez grypę, ale dodał jeszcze, że zaraziłam się od egzotycznych owadów, które podobno uciekły komuś z hodowli w okolicy mojego domu. Potem w szkole pytano mnie czy nie roznoszę jakiegoś choróbska... Na szczęście mama wyjaśniła sytuację w szkole. Do tego było wiele momentów, przez które chciałam się zapaść pod ziemię.
Przykładowo zaczepiła mnie raz sąsiadka, mówiąc, że chciałaby złożyć u mnie zamówienie na portret, bo słyszała od ojca, że jestem wybitną malarką na skalę światową i właśnie wróciłam ze swojej wystawy w Paryżu. A umiem jedynie patyczaka narysować... Innym razem przyszła po mnie koleżanka, ale była ciut za wcześnie, bo jeszcze brałam prysznic. Tata ją wpuścił. A potem przez dobrą godzinę musiałam zapewniać koleżankę, że wcale nie planuję wyjeżdżać na studia do Stanów, gdzie zamierzam zostać pilotem.
I o ile z tych przypadków można się pośmiać, to raz było mi bardzo przykro, bo umówiłam się z pewną dziewczyną, że będę jej udzielać darmowych korepetycji z matematyki, w zamian za to będę miała darmowe korepetycje z historii, co było mi bardzo potrzebne. Znajoma miała wpaść do mnie na matematykę, jednak tak się niefortunnie złożyło, że wyszłam do sklepu pod domem akurat w tym czasie. Zaznaczę też, że tylko mamie o korepetycjach wspominałam, bo myślałam, że ojca nie będzie. No i gdy przyszła, jednak otworzył ojciec i zamiast powiedzieć, że wrócę za kilka minut, powiedział, że wyjechałam do Himalajów ze znajomymi. Cóż, dziewczyna zablokowała mnie później na portalach, bo musiała poczuć się oszukana, a ja nie miałam już jak się nawet wytłumaczyć. Więc tak wygląda moje życie z ojcem, który nie chce się leczyć.
Chciałabym Wam opowiedzieć o tym, co przytrafiło mi się dzisiaj, może komuś ta historia też kiedyś pomoże. (Historia opisana w dużym skrócie).
Wracałam z pracy i szłam odebrać dziecko z przedszkola, kiedy zaczepiła mnie starsza kobieta pytając o drogę. Kompletnie nie znałam ulicy, o którą pytała, więc szybko wklepałam podany adres w Google i okazało się, że taka ulica w moim mieście nie istnieje. Kobieta zaczęła opowiadać, że idzie odwiedzić znajomych i że ta ulica musi istnieć.
Zwróciłam uwagę na jej ubiór - kompletnie nieadekwatny do pogody. Letnie buty i lekki płaszczyk, a na dworze zimno i wietrznie.
Zaczęłam z tą kobietą rozmawiać, spokojnie i uprzejmie, a ona zaczęła co chwilę zmieniać wersję, zdanie, nie potrafiła sobie przypomnieć jak się nazywa i ile ma lat.
Zgłupiałam. Serio zgłupiałam. Przedszkole mieli za chwilę zamknąć, dziecko na mnie czeka, a miałam obok siebie totalnie zagubioną staruszkę. Szybko zadzwoniłam do znajomej, żeby skoczyła odebrać mojego syna, potem telefon na 112. Pani w dyspozytorni była bardzo uprzejma, pomogła mi ogarnąć myśli i poprosiła, abym poczekała na patrol. Starsza pani była pewna, że rozmawiam z jakąś Krystyną.
Kiedy czekałam na policję, starsza pani przypomniała sobie swoje imię, przypomniała sobie, że ma syna. Jednak na inne pytania odpowiadała w sposób totalnie losowy, czasem nawet powtarzając moje słowa. Przypomniała sobie o jakimś Bogdanie i zaczęła być nerwowa, wtedy zaczęłam gadać o moim dziecku. Serio, to było pierwsze co mi przyszło na myśl, żeby ją uspokoić. Następnie pani sobie przypomniała o tym, że ma telefon i leki "które dostała od lekarza, ale nie jest chora, a telefon nie działa". Poprosiłam ją, aby pokazała mi telefon, był po prostu wyłączony.
W tym samym momencie przyjechał patrol. Telefon przekazałam policjantce, a policjantowi wytłumaczyłam sytuację.
Okazało się że, starsza pani uciekła ze szpitala i jakimś cudem dostała się w okolice, które kojarzyła.
Na szczęście nie zgubiła torebki, a dzięki opasce na ręce udało się szybko zidentyfikować szpital i oddział, na którym powinna być.
Wiem, że nie lubicie morałów, ale tutaj jeden będzie. Minęło nas setki ludzi, nie wiadomo ile osób wcześniej tamta pani zaczepiła pytając o drogę. Robi się zimno. Reagujmy, kiedy widzimy, że coś jest nie tak. Nie czuję się bohaterką. Wiem, że nie ja jedna postąpiłabym w ten sposób, jednak wiem też, że ludzie nie chcą/boją się czasem podejść i zapytać o to, czy ktoś potrzebuje pomocy, sama w pewnym momencie się bałam i stresowałam. A ktoś tej pomocy może potrzebować. Starsza pani powiedziała mi podczas rozmowy, że ona wszystko wie i pomocy nie potrzebuje, jednak zrobiłam to, co uważałam za słuszne.
Moja krótka historia z polską policją.
To co się stało w tę niedzielę kilka lat temu było dla mnie czymś okropnym i odbiło w mojej głowie swoje piętno. Chcę się nią podzielić, bo tak naprawdę nie wie o tym nikt z poza mojej rodziny, a wczoraj zostało mi to brutalnie przypomniane i pragnę się tego pozbyć.
Moja mama dowiedziała się, że ojciec kogoś sobie znalazł, więc trochę popiła i zaczęła go wyzywać, a on na to zadzwonił na policję, że dzieci nie mają opieki. Policjanci przyjechali i powiedzieli mu, że on też jest opiekunem i może sprawować opiekę nad nami (są po rozwodzie). To było ok. 9 rano.
Policja została wezwana kolejny raz o godzinie ok. 16 przez sąsiadów, bo mój ojciec zaczął okładać matkę. Przeciągnął ją za włosy 10 metrów, a potem usiadł na niej i bił, kiedy ja i mój młodszy brat staraliśmy się go powstrzymać. Jeśli zastanawiacie się co może zrobić 50-kilowa dziewczyna wobec 90-kilowego faceta, to nic. Policja przyjechała i kazała mu wyjść z mieszkania, nie zabrali go. Moja mama powiedziała im, że on wróci i znów ja pobije, bo to nie jest pierwszy raz.
Kolejny raz wezwali policję moi wujkowie o godzinie 21. Zanim do tego doszło, mój ojciec wrócił pijany i nie był zadowolony, że nie chcemy go wpuścić do domu. Więc na moich oczach z buta zrobił dziurę w drzwiach, włożył przez nią rękę i przekręcił zamek. Byłam tak sparaliżowana, że mimo tego, że prosiłam swoje ciało, żeby albo mu przeszkodziło, albo uciekło, nadal stałam w miejscu i patrzyłam, jak wchodzi do domu. Moja mama schowała się za mną, a on patrzył na mnie z furią w oczach, nigdy tak bardzo się nie bałam. Jednak odszedł i schował się w pokoju. Moja mama albo ja zadzwoniliśmy do cioci, w związku z tym co się stało. Przyjechali i zadzwonili po policję, kiedy mój ojciec zachowywał się jakby nic się nie stało.
Policja przyjechała trzeci raz tego dnia i zapytali się mojej mamy, czy nie ma gdzie iść z dziećmi. Rozumiecie? My mieliśmy wyjść z domu, nie on. Mój wujek ich wyśmiał i rozmawiał z nimi o czymś, kiedy ja pośpiesznie się pakowałam.
Wujkowie zabrali nas do siebie na 3 miesiące, kiedy on spokojnie mieszkał sobie w domu. Na obdukcji lekarz powiedział mojej mamie, że cyt. "przesadza" - miała dwa złamane żebra i siniaki na całym ciele.
Ojciec wyprowadził się i nadal nas gnębi o połowę mieszkania, a jedyne co policja zrobiła do tej pory, to założyła nam niebieską kartę.
Chciałam powiedzieć jedno.
Dziękuję.
Mam taki niecodzienny sposób, żeby zaczynać dzień. Bardzo, ale to bardzo lubię scenę z filmu "Władca Pierścieni: Powrót Króla", kiedy na polu bitwy pojawiają się jeźdźcy Rohanu. Zjeżdżają sobie w dół do bitwy i drą z całą mocą "śmierć!".
No i ja tę scenę sobie codziennie rano, jak wychodzę z psem, puszczam na maksa na słuchawkach i drę się "śmierć!", zbiegając z jednej górki na opuszczonej polanie.
Tym razem nie byłam sama. Jakaś grupka młodych ludzi (chyba studentów albo licealistów) wraz z prowadzącym, akurat tam mieli jakąś wyprawę. Nie wiem jakim cudem ja ich nie zauważyłam.
Byłam w różowej piżamie, mam 30 lat.
Dwa lata temu myłem naczynia, z pełnego zlewu wyłowiłem biały talerz.
Talerz wyślizgnął mi się, gdy odstawiałem go na suszarkę, z głośnym brzękiem tłuczonego szkła rozbił się na płytkach, byłem bardzo rozkojarzony, wszystkie moje myśli i całe skupienie krążyły wokół tego, co miałem zamiar zrobić, gdy już skończę sprzątać mieszkanie.
Nachyliłem się do okruchów i zacząłem je układać na powrót w kształt rozbitego talerza, nie miało to nic wspólnego z chęcią posklejania go, ale zawsze tak robiłem, nauczyła mnie tego babcia - jeśli są wszystkie większe kawałki, wystarczy je zebrać, a resztę pozamiatać i nie ma strachu, że jakiś większy kawałek wbije się w stopę, gdyby gdzieś daleko odleciał.
Na tą sytuację - 32-letni przeciętny facet składa talerz z okruchów na podłodze w wysprzątanym mieszkaniu - wchodzi moja żona, która wróciła wcześniej z pracy.
Uklęknęła przy mnie, objęła mnie ręką i powiedziała, że razem się z tym uporamy.
To miał być mój ostatni dzień, miałem wszystko uporządkować i odebrać sobie życie, rozbity talerz, a potem żałosny widok jak układam okruchy sprawił, że moja żona z miejsca zrozumiała, że ten gorszy humor od ostatnich miesięcy, brak ochoty na seks, ciągła niechęć do wszystkiego, brak chęci do życia to tak naprawdę depresja, którą cały czas wypierałem, bo przecież jestem silnym facetem.
Gdyby nie ten talerz i jej wcześniejszy powrót... Teraz wiem, że moja choroba okazałaby się śmiertelna, a różowa woda w wannie nie zdążyłaby ostygnąć nim bym odszedł.
Bez morału.
Jestem dzieckiem z gwałtu. Gdy miałam 5 lat, moja mama skoczyła z okna. Odebrała sobie życie. Praktycznie nie pamiętam nic z lat, gdy żyła, poza jednym zniekształconym obrazem, gdzie mama płakała, ja chciałam podejść do niej i ją przytulić, ale usłyszałam tylko, że mam iść do pokoju. Potem kilka lat spędziłam w domu dziecka, aż w końcu adoptowała mnie nowa rodzina. Cóż, dach nad głową i jedzenie miałam, ale gdy tylko urodziło się im ich własne dziecko, mnie traktowali jak intruza w domu. Mając 18 lat, wyprowadziłam się.
Obecnie nie mam skończonej szkoły, pracuję na zmywaku i wynajmuję najtańszy pokój w jakiejś ruderze. Ogólnie w życiu nie mam nic - rodziny, pieniędzy, wsparcia, miłości. Jednak nie przeżywam tego aż tak, nauczyłam się tak żyć, więc jest to dla mnie normalne. I o ile jestem w stanie funkcjonować mimo tego wszystkiego, to jednak jedyną rzeczą, przez którą płaczę co noc i odechciewa mi się żyć jest faķt, że pochodzę z gwałtu. Nie wiem jak to wyglądało ani kto zrobił to mojej matce, więc ciągle to sobie wyobrażam. Cały czas moją głowę nachodzą bolesne myśli w jakim bólu zostałam poczęta, czy matka znała oprawcę, dlaczego on to zrobił, co czuła moja matka w trakcie gwałtu jak i po nim, no i najgorsze - czemu mnie urodziła? Nie chodzi o to, że mam myśli samobójcze, ja zwyczajnie podświadomie czuję się winna śmierci matki.
Wiem doskonale, że tak nie jest i nie ponoszę żadnej winy za to, ale to jest takie podświadome. Osoby w podobnych sytuacjach pewnie to rozumieją. Czuję też straszne obrzydzenie do siebie przez to, że jestem spokrewniona z potworem. Naprawdę nie da się tego opisać, jak bardzo boli świadomość, że jest się dzieckiem gwałciciela.
Pozbyłam się z mojego życia wszystkich "przyjaciółek", chociaż może to one pozbyły się mnie.
Nasza czwórka była nierozłączna od przedszkola, byłyśmy jak czworaczki przez całą podstawówkę i gimnazjum. Zawsze i wszędzie razem, nawet ubierałyśmy się podobnie. Nic dziwnego, wychowałyśmy się w małej miejscowości, w tych bardziej zamożnych rodzinach, nasi rodzice również się przyjaźnili, więc byłyśmy na siebie skazane (w tym momencie opowieści w pozytywnym sensie). W liceum nastąpił przełom, bo one musiały do "wielkiego miasta", ja wybrałam liceum w małym miasteczku blisko domu, ale wciąż często się widywałyśmy i dzień w dzień pisałyśmy na messengerze. Liczyły, że dołączę do nich na studiach, ale dostałam się na wymarzoną uczelnię w innym mieście, nasza przyjaźń przetrwała również to. Psuć się zaczęło, gdy poznałam D. Na początku cieszyły się, że ich samosia w końcu też znalazła swoją miłość, ale potem dowiedziały się więcej o moim wybranku. Nic im nie pasowało. Rodzina za biedna, studia nie takie (ekonomia), praca nie taka (wtedy pracował w banku na wyspie w galerii, krótko po studiach otworzył własną, małą firmę), zęby za krzywe, ubiór nie taki (tylko dlatego, że nie nosi markowych ubrań).
Miarka się przebrała gdy po zaręczynach pochwaliłam się pierścionkiem, a one go wyśmiały. "Tylko na tyle było stać tego biedaka", "to ma być diament?" (sama poprosiłam o pierścionek z małym diamentem osadzonym wewnątrz, nie lubię odstających pierścionków, przeszkadzają mi w pracy), "Dziwię się, że go po czymś takim nie zostawiłaś", "Ciekawe jaki będzie ślub po takim pierścionku".
Wstałam i wyszłam bez słowa. Nie odzywały się przez ponad dwa lata, odezwały się kilka dni po moim ślubie, pytając z oburzeniem, czemu nie zostały zaproszone. Odpisałam krótko "Nie zaprosiłam was, ponieważ na ostatnim spotkaniu zrozumiałam, że nasze wesele będzie zbyt skromne, by móc podjąć tak znakomitych gości jak trzy bezrobotne kobiety z wielkimi kamieniami na rękach oraz ich mężów robiących za pachołków w firmach tatusiów". I zablokowałam suki. Nigdy nie byłam z siebie tak dumna. Nie żałuję tej straty, teraz skupiam się na znajomych, których przede wszystkim obchodzi kim jestem, a nie ile posiadam.
Historia z mojego dzieciństwa.
Miałam wtedy może jakoś 8 lat. Moi rodzice trzymali w piwnicy ogromny karton zapałek. Ja już jako mała dziewczynka byłam chyba piromanem. Lubiłam ogień, lubiłam patrzeć na ognisko. Gdy nie było nikogo w domu, odpalałam świeczki i się mogłam patrzeć na nie godzinami.
Stwierdziłam, że zrobię fajerwerki. Zabrałam zapałki, odcięłam im główki, po czym wrzuciłam wszystko do kartonu po butach. Do tego dodałam farbę (jako dziecko myślałam, że jak wystrzeli, to będzie kolor :D). Wrzuciłam też tam jakieś papiery. Już dokładnie nie pamiętam co jeszcze. Tak czy inaczej cały karton był pełny wszystkiego.
Poszłam z tym na łąkę wieczorem i odpaliłam. Oczywiście nie wybuchło. Po prostu karton się spalił, a przy tym pół łąki, bo była susza. Potem przyjechała straż pożarna. Ja dostałam karę na cały rok dosłownie na wszystko. Sprawa trafiła do sądu, ale na szczęście skończyło się tylko bardzo wysoka grzywną.
Przed laty miałam bardzo dziwną obsesję - próbowałam pod każdym względem upodobnić się do swojej znajomej, nazwijmy ją Kasia. Nawet za często z nią nie rozmawiałam, ale z jakiegoś powodu fascynowała mnie ona i wszystko co robi. Może było to spowodowane jej popularnością i powszechnym uwielbieniem ze strony kolegów ze szkoły, w każdym razie robiłam wszystko, by być jej kopią.
Zaczęło się od naśladowania jej ruchów, gestów, sposobu wypowiadania się. Potem malowałam się jak ona, przefarbowałam włosy na podobny kolor. Gdy skróciła włosy, ja zrobiłam to samo. Niektórzy zwrócili na to uwagę, ale przede wszystkim uznali, że bardzo ładnie wyglądam, odkąd zmieniłam styl. To tylko pogorszyło sprawę. Potrafiłam spędzić cały dzień na podglądaniu jej na różnych portalach, na przewidywaniu tego, co będzie robić. Ubrania, kosmetyki, muzyka, seriale, jedzenie - wszystko co ona lubiła, ja też zaczęłam lubić.
W trzeciej klasie liceum obsesja weszła na nowy poziom. Zainteresował się mną pewien chłopak, zaczęliśmy się spotykać. Do teraz nie mogę sobie tego darować, ale chciałam, żeby był... kopią chłopaka Kasi. Wymagałam, by nosił podobne ubrania, by miał takie same zainteresowania, by grał w piłkę itp. Najpierw to olewał, ale później zaczęło go to denerwować i ze mną zerwał. Wtedy nie rozpaczałam z tego powodu.
Ta obsesja trwała mniej więcej do końca zimy, bo przekroczyłam wtedy pewną granicę. Zaczęłam śledzić Kasię i jej chłopaka. Gdy miałam czas, to obserwowałam nawet jej przyjaciółki. Było to okropnie stresujące, ale nie mogłam się powstrzymać. Na swoje nieszczęście mieszkały niedaleko mnie, więc nie było dla mnie problemem iść za nimi przez parę godzin i wrócić do domu przed nocą. Zdarzało się, że wieczorem stawałam przed jej domem i patrzyłam na nią. Jak chodzi po pokoju, przebiera się. Którejś nocy z domu wyszedł jej ojciec, spanikowałam i uciekłam. Wtedy postanowiłam, z ciężkim sercem, dać sobie spokój z tą obsesją. Później miewałam fazy na kopiowanie innych ludzi, ale już bez przekraczania takich granic.
Wstyd mi, gdy pomyślę o tym licealnym stalkowaniu, ale z drugiej strony, gdyby nie ono, to może nadal byłabym niezadbaną szarą myszką bez przyjaciół. Kasia, choć nieświadomie, pomogła mi się zmienić.
Dodaj anonimowe wyznanie