#otLDy
Z czasem zobaczyłem też, jak moja duża grupa znajomych skurczyła się do kilku osób — dosłownie policzyłbym ich na palcach jednej ręki. Wielu nawet nie wiedziało, co się stało; powiedziałem im dopiero później. Niby próbuję spotykać się z ludźmi, ale często mam poczucie straconego czasu, jakby te rozmowy mnie mijały, a ja był tylko cieniem samego siebie.
Coraz mniej rzeczy potrafi mnie cieszyć, a w towarzystwie częściej milczę, jakbym był jedynie obserwatorem własnego życia. Żyję — ale wciąż czuję, że nie wróciłem do tego, kim byłem przed tamtą jedną, przeklętą chwilą.
#ln1nU
Narzeczony jest chory. Na szczęście poprawia się i będzie niedługo OK, ale choroba poczyniła takie spustoszenie, że nie będzie mógł pracować nie wiadomo jak ciężko fizycznie. Nie ma też większego wykształcenia. Ja natomiast jestem zdrowa, kończę studia. Mam bardzo dobre oceny, mogę liczyć na wyróżnienie.
Ja już wybrałam, podjęłam decyzję, że chcę z nim żyć. Bardzo go kocham. Wiem, że mam większe możliwości, wiem, że to na mnie spadnie ciężar utrzymania rodziny, wiem, że to ja muszę więcej zarabiać. W związku z tym bardzo ciężko pracuję. Naprawdę ciężko, biorę nadgodziny, w domu sporo się uczę. Bo chcę mieć kiedyś rodzinę, a on nas w razie czego nie utrzyma. Nie dyskwalifikuję go, ale muszę patrzeć racjonalnie.
To wszystko procentuje i będąc bardzo młodą osobą, już zarabiam dużo. Żaden z moich rówieśników nie radzi sobie tak dobrze jak ja. Mam sporo sukcesów, rozwijam się i robię karierę. Niestety... Moja rodzina ciągle jeździ po moim narzeczonym. Nie dociera do nich, że role mogą się zamienić. Dla nich się liczy płeć. Nieważne, że on nie ma możliwości — na pewno będzie zarabiał więcej niż ja, bo jest FACETEM, więc ja powinnam jak najszybciej urodzić dziecko, rzucić karierę i siedzieć z nim w domu. Nie trafia do nich, że to praktycznie samobójstwo i świadome pójście w biedę i ubóstwo, bo on by nie dał rady. Liczy się, że jest facetem, a faceci ZAWSZE zarabiają dużo (gówno prawda!).
My obydwoje jesteśmy tego świadomi. On się z tym pogodził, jak wyzdrowieje, będzie pracował, żeby coś robić, cokolwiek (nie jest nierobem), ale ustaliliśmy, że po urodzeniu dziecka to on z nim zostanie w domu. Bo tak jest racjonalnie. Niestety moja rodzina nie może tego przełknąć i uważają go za nieroba i „cwaniaka”.
I wiecie co? Wszyscy krzyczą tak o równouprawnieniu. Czuję się okropnie, gdy moja własna rodzina nie docenia moich sukcesów. Ale czuję się jeszcze gorzej, gdy cisną po moim przyszłym mężu i uważają, że to obowiązek FACETA utrzymywać całą rodzinę. I żadne racjonalne argumenty do nich nie trafiają. Szlag mnie trafia. Mamy mieć RÓWNOUPRAWNIENIE i nie tyczy się to tylko kobiet, ale i MĘŻCZYZN. Związek to partnerstwo, a nie niewolnictwo i gdy kobieta zarabia więcej, ma większe sukcesy czy po prostu kariera lepiej jej wychodzi niż facetowi, nie oznacza to, że on jest ciapą.
Na mężczyznach ciąży straszna presja. Mam nadzieję, że takie postrzeganie się zmieni.
#VUhdk
Wszystko się zmieniło, kiedy wrócił jej były. Okazało się, że był w Azji i wcale się nie rozstali. Sypiała i ze mną, i z nim, na mnie przy okazji wyładowując wszystkie swoje nerwy i emocje, mieszając z błotem, mówiąc, że mnie nienawidzi i że to koniec, a chwilę później wracając, przepraszając.
Po jednej z takich akcji, kiedy odwiozłem ją na dworzec, a ona powiedziała tylko, że nigdy już się do mnie nie odezwie, zadzwoniła następnego dnia. Powiedziała, że jest w ciąży i dodała, że nie wie, kto jest ojcem. Wsiadłem w samochód, kupiłem największy bukiet kwiatów, jaki mogłem, i pojechałem do niej. Wtedy mi powiedziała, że nie dość, że sypiała nie tylko ze mną i nie wie, kto jest ojcem, mimo że zapewniała o miłości, ale że też nie chce tego dziecka. Próbowałem ją przekonać do tego, że wszystko będzie dobrze, że jakoś sobie poradzimy, ale ona nie chciała.
Dziecka nie ma, ona trzyma u mnie swoje rzeczy i przyjeżdża raz na dwa tygodnie na kilkanaście godzin, po czym wyjeżdża. Raz na jakiś czas zabieram ją gdzieś za granicę, jeździmy na wycieczki, ale to chyba definicja przegrywa.
#IGI6m
38 lat, od 12 lat w sformalizowanym związku, dwójka dzieci własnych plus jedno z poprzedniego małżeństwa żony. Samochód, dom z ogródkiem, pies. Dwa razy w roku wakacje za granicą, pieniędzy nie brakuje, można jeszcze odłożyć. Niby sielanka, a jednak…
Od pięciu lat jeżdżę na „tirach” – dwa tygodnie w trasie, potem dwa tygodnie w domu. Pracy się nie boję, jeżeli mogę, przez te dwa tygodnie, które jestem raz na jakiś czas, łapię fuchy (takie, które pozwolą mi na powrót do domu ok. 15, żebym zdążył posprzątać, zrobić zakupy etc.), ewentualnie wyjazd za granicę na 1-2 dni (wtedy mam ok. 1000 zł/dzień – pieniądze, które przeznaczam na budżet wakacyjny lub jak w ostatnim roku na ogrodzenie). Ogólnie nie piję, raz na kilka miesięcy na jakiejś imprezie ze znajomymi czy coś, ale ogólnie nawet piwa nie tykam. Samochód sam naprawiam, bo to lubię i się trochę znam – daje to spore oszczędności. Staram się robić wszystko dla domu i rodziny, ale…
I tu clou sprawy.
Moje żonie nie podoba się, że ostatnio spędziłem dwa dni na warsztacie, naprawiając nasz samochód – a zrobiłem to, żeby miała czym dojeżdżać do pracy i odwozić dzieci do szkoły pod moją nieobecność.
Zakupy, pakowanie się do wyjazdu, ewentualnie zrobienie jedzenia – to wszystko jest po mojej stronie. Jeżeli nie przygotuję sobie czegoś na ciepło na trasę, będę dwa tygodnie na tym, co sobie kupię. Nieustannie słyszę pretensje, że nie traktuję jej tak, jak ona by tego chciała, że coś robię źle albo że nie robię czegoś, czego ona by oczekiwała. W domu podczas mojej obecności sprzątam, gotuję, zawożę i odbieram dzieci ze szkoły. Staram się, jak mogę, ale widzę, że to wciąż za mało. Wracając do domu, zastanawiam się, co znów zrobiłem nie tak, o co tym razem będzie zła. Jestem karany milczeniem i to wszystkiemu zawsze ja jestem winny, i to ja muszę przepraszać, choć w moich oczach nie zrobiłem nic złego.
Czy to ja mam tylko jakieś chore wyobrażenie, że to wszystko powinno wyglądać inaczej?
#yB9nQ
Od tej pory na wywiadówki chodził tylko ojciec :)
#kfLGp
Mam w rodzinie kanalię, która była żoną mojego wujka. Nigdy nie przepracowała dnia, „zajmowała się dziećmi”, podczas gdy wujek harował jak wół. Wujek zmarł nagle (przepracowanie, stres, brak czasu na zadbanie o siebie), a wszystkim nagle odbiło na punkcie biednej, samotnej wdowy.
Otóż biedna wdowa, która nigdy nie pracowała, od kilku lat żeruje na państwie, żyje z zasiłków, renty po mężu itd. Mimo że dwoje dzieci jest dorosłych i wszyscy są zdrowi, nikt nie pracuje. Ludzie z okolicy oraz rodzina pomagali jej przez kilka lat, a ona wydawała wszystko na pierdoły typu nowe meble, ubrania itd. Jako rodzina odcięliśmy się od tego pasożyta, ale zanim wszyscy zdali sobie sprawę z tego, że zamiast wydawać nasze pieniądze, mogłaby sama iść do pracy, ktoś z sąsiadów zgłosił ją do Szlachetnej Paczki. Tym sposobem nieświadomi ludzie, zapewne ciężko pracujący, zasponsorowali takiemu leniowi m.in. nową lodówkę, zapas jedzenia, ubrania dla wszystkich oraz prezenty świąteczne.
Nie chcę nikogo zniechęcać do pomocy, ale od tamtej pory mnie odrzuca na myśl, że ja i wiele innych osób ciężko pracujemy, a są kanalie, które żerują na ludzkiej dobroci.
#Sj2Zg
Poszło nawet sprawnie, ale problem był z szafą, która nie mieściła się w drzwiach. Pozostało mi ją rozkręcić i skręcić w nowym miejscu.
No cóż, zostały mi cztery śruby i dwa dziwne elementy, ale szafa (na razie) stoi :)
#6pi5G
Dopiero niedawno do mnie dotarło, o co chodziło...