#n7bLG

Od zawsze widziałam, że mam z lekka rąbniętą matkę. Ot, bardzo łatwo wpadała w złość, gdy coś nie szło po jej myśli, by po chwili znów promienieć pięknym, lecz fałszywym uśmiechem. Gdy byłam na tyle duża, żeby decydować, np. jakie książki czytać lub filmy oglądać, wyśmiewała mnie, zdarzało się, że moje rzeczy ginęły, gdy nie podobały jej się. Nie docierało do niej, że jej „słoneczko” ma coraz więcej lat, wyrzucała mi, że nie mówię do niej „mamusiu”, nie chcę się długo przytulać albo... uwaga... leżeć z nią i spać w jednym łóżku.

Lata minęły, wzięłam ślub i wyprowadziłam się z domu, pozostałam jednak w tym samym mieście – mąż z dobrą pracą, ja z dwoma latami studiów do ukończenia. Parę dni po tym, jak powiedzieliśmy sobie sakramentalne „tak”, matce zaczęło odwalać jeszcze bardziej. Nie dopuściła do siebie myśli, że nie jest najważniejszą osobą w moim życiu, że nie mieszkam z nimi i że będziemy widzieć się raz na tydzień, dwa, a nawet rzadziej. Przybierało to formę iście kuriozalnych telefonów. Schemat miały identyczny: objeżdżała mnie za to, że robię coś wg niej nie tak – nie byłam w domu, chociaż już noc, nie odkurzyłam/wyrzuciłam śmieci/podlałam kwiatów/zrobiłam zakupów itd., ja uświadamiałam ją, gdzie jestem, jak się nazywam (przejęłam nazwisko po mężu, zupełnie inne od panieńskiego), gdzie mieszkam i że nie będę tego robić, bo mam własny dom, po czym następował stek wyzwisk, jaka to ja niewdzięczna, o matce zapominam (nieprawda, dzwoniłam raz na parę dni, wtedy rozmowa toczyła się w miarę normalnie), zdradzam własną rodzinę i w ogóle mam ją, starą, schorowaną gdzieś (najpoważniejszą chorobą jest lekka anemia, nie bierze leków przypisanych przez lekarza) i że moje dzieci mnie opuszczą, o ile w ogóle będę jakiekolwiek miała.
Gdy nakręcała się coraz bardziej, po prostu rozłączałam się bez słowa. Początkowo próbowałam rozmawiać, tłumaczyć, ale po pewnym czasie uznałam, że nie warto – byłam absolutnie wykończona psychicznie, spazmatycznie płakałam, dopóki mąż nie utulił mnie i nie wypiłam ciepłej herbaty (bez prądu, żeby nie było ;)). Rozmawiałam z ojcem, bardzo rozsądnym człowiekiem, nie wiem, jakim cudem znosił jej humory. Próbował jej wytłumaczyć, też bezskutecznie, bo ona problemu nie widzi. Do psychiatry nie weźmie jej siłą...

W końcu problem rozwiązał się sam. Mąż, widząc, jak bardzo źle to na mnie działa, podczas ich wizyty u nas poruszył ten temat. Ona wykrzyczała swoje, na co dwaj najważniejsi mężczyźni mojego życia po prostu wzięli ją pod pachy i wyprowadzili na korytarz. Zmieniliśmy zamki, matka ma permbana na bycie u nas, ojciec dzwoni w umówiony sposób do domofonu, gdy przychodzi do nas.

Czy źle się czuję z tym, że nie mam matki? Ani trochę, czasem trzeba zerwać toksyczne więzy, choćby z najbliższą rodziną.
Dodaj anonimowe wyznanie