Sytuacja miała miejsce w liceum. Delikatnie mówiąc – się opierniczałam. Wagary, niska frekwencja w szkole, mierne oceny. Dlatego tato, pytając o moje oceny, zamienił pytanie z „Czy dostałaś pałę?” na „Z czego dostałaś pałę?”, prawdopodobnie celem zaoszczędzenia czasu. Raz dostałam na polskim jedynkę z Młodej Polski. Przyznam, że była to kolejna lufa z polskiego, więc nie uśmiechało mi się ojcu do niej przyznawać. A schemat zawsze wyglądał tak samo: ja przychodziłam do domu z miną zbitego psa, on wzdychał, zadawał rutynowe pytanie, a potem słysząc moją odpowiedź, znowu wzdychał. Tego wzdychania w tamtym okresie było co niemiara. Podejrzewałam, że jednak tym razem na wzdychaniu by się nie skończyło, więc wpadłam na genialny pomysł. Przyszłam do domu, schemat w grze: zwieszona głowa i wyraz twarzy cierpiętnicy. Ojciec coś nie wzdychał i nie zadawał pytań, więc zaczęłam się lekko niepokoić W końcu jednak padło pytanie, a dialog wyglądał w sposób następujący:
– Z czego dostałaś pałę?
A ja, zadowolona z siebie:
– Z Nietzschego...
Co było oczywiście prawdą. Ojciec trochę zdziwiony, ale i zadowolony, wzruszył ramionami i odrzekł:
– To się cieszę, że tym razem z niczego.
Ja też się cieszyłam. Do wywiadówki. Na szczęście mam ojca z dużym poczuciem humoru i jak załapał dowcip, to prawie skisł ze śmiechu, podobnie jak moja wychowawczyni, polonistka ;)
Dodaj anonimowe wyznanie
Wygląda jakbyś się tym chwaliła. Niestety, nie ma czym.