Chciałabym podzielić się z Wami pewnym odkryciem z mojego życia. Nie do końca wiem, co powinnam o tym wszystkim myśleć, być może Wy jakoś nakierujecie moje myśli na odpowiedni tor.
Ostatnio przyłapałam mojego młodszego brata na gorącym uczynku. Widziałam, jak kradł mojej mamie pieniądze – wyciągał z portfela 20 złotych. Tomek mnie nie zauważył, a ja stałam za ścianą i nie mogłam uwierzyć własnym oczom. Mój brat nigdy nie sprawiał większych problemów, to kujon, który nawet nie ma zbyt wielu znajomych, stąd nie miałam pojęcia po co mu te pieniądze i dlatego tak mnie to zaciekawiło. Na początku myślałam, żeby mu to powiedzieć wprost i zapytać, ale wiedziałam, że nic mi nie powie – w końcu jestem jego starszą siostrą, więc jak ma jakiś sekret, to z nim do mnie raczej nie przyjdzie. W każdym razie postanowiłam trochę się przyjrzeć bratu i temu co robi. Nie było to trudne, bo on jest mega nieuważny, więc w zaledwie tydzień już wiedziałam o co chodzi. Okazało się, że zbiera kasę w jakimś pudełku. Co więcej, obawiam się, że to nie był pierwszy raz, kiedy podebrał mamie kilka złotych, bo w przeciągu kolejnych dwóch tygodni zrobił to ponownie.
Wiecie na co mu były te pieniądze? Kupował jedzenie biednym. Serio, może to brzmi banalnie, ale niczego innego nie zauważyłam, poza faktem, że Tomek regularnie po szkole kupuje kanapkę i zupę instant dla bezdomnego. Jestem w stanie uwierzyć, że tylko w tym celu zbiera tę całą kasę, bo mój brat od zawsze taki był, że lubił pomagać ludziom. Nieraz powtarzałam, że on jest całkowicie inny niż dzisiejsze dzieciaki.
Nie wiem co teraz o tym myśleć i co z tym robić. Z jednej strony Tomek kradnie pieniądze i jest mega nie fair wobec naszej mamy. Z drugiej, on przecież robi to z dobrego serca i pomaga biednym…
Około 4 lat temu byłem z dziewczyną o imieniu Agnieszka. Bardzo ją kochałem i było nam razem cudownie (a przynajmniej tak mi się wydawało). Dowiedziałem się pewnego razu od przyjaciela, że widział ją na mieście z innym facetem, z którym - niestety - mnie zdradzała. Postanowiłem się zemścić i z nią zerwać w dość oryginalny sposób.
Mieliśmy zaplanowane ognisko wraz z jej znajomymi, a ja wziąłem ze sobą gitarę by umilać czas. Zacząłem grać utwór "Baśka" Wilków, a po zwrotce i jej fragmencie "A Agnieszka - zdradzała mnie" przestałem grać i spojrzałem swoimi zapłakanymi oczami w jej oczy. Popatrzyła na mnie przez chwilę, zaczęła płakać i wydusiła tylko słowo "przepraszam", a ja spakowałem swoje rzeczy i wróciłem do domu.
Nie utrzymuje z nią, ani z jej znajomymi kontaktu, i prawdopodobnie zepsułem wtedy niektórym wieczór, ale do tej pory sądzę, że było warto.
Na ostatnie święta dostałem od swojej dziewczyny bardzo bardzo drogi zegarek.
Dziewczyna pochodzi z domu, w którym pieniądze po prostu są - ile chce, tyle ma. Ja jestem przeciętnym Kowalskim. Oboje jesteśmy w takim wieku, że utrzymują nas jeszcze rodzice, choć ja sam pracuję i dorabiam sobie jak tylko mogę.
Do sedna.
Zegarek sprzedałem, kupiłem identycznie wyglądająca podróbkę i od święta zakładam go na specjalne okazje udając, że to ten, który dostałem na gwiazdkę. Nikt się nie zorientował, bo mimo iż zegarek był okrutnie drogi, to w porównaniu z choćby zegarkiem jej ojca wypada śmiesznie tanio.
Za kasę, którą za niego dostałem, kupiłem sobie mnóstwo rzeczy, które były mi potrzebne. Nowe buty na zimę, jakieś kurtki, spodnie, kilka t-shirtów, jakąś koszulę - nic wielkiego, wszystko z sieciówek, ale nowe i wyglądające super.
Starczyło też na przyjemny weekend z dziewczyną.
Sama skomplementowała moje nowe ciuchy, ale mam wyrzuty sumienia jak jasna cholera... W końcu to był prezent, ale nie oszukując siebie... Jak wygląda gość w tanich ciuchach i trochę za bardzo zjechanych butach, ale w zegarku, który jest zajebiście drogi?
Kochamy się, ale przepaść między naszymi światami jest tak ogromna...
Na szczęście nie jest materialistką, inaczej by ze mną nie była.
6 lata temu poznałam chłopaka, był chodzącym ideałem. Mieszkaliśmy daleko od siebie, więc zaproponował mi, bym przeprowadziła się do niego. Byłam taka szczęśliwa, że zabrałam wszystkie rzeczy od rodziców i powędrowałam na skrzydłach miłości do mojego lubego. Planowaliśmy ślub, dzieci. Para jak z obrazka.
Po 5 latach dowiedziałam się zupełnie przypadkiem, że mnie zdradza. Nie było go w domu, był niby w delegacji. Napisałam do niego, że wiem o wszystkim. Odpisał, że porozmawiamy jak wróci. Myślałam, że mi to jakoś wyjaśni czy cokolwiek, a on do mnie, że mam się wyprowadzić i nara. Oczywiście w głębi duszy serce mi pękło, ale wstałam i zaczęłam się pakować. Zadzwoniłam do brata, żeby po mnie przyjechał. W szale i ze złamanym sercem spakowałam się w 3 godziny. Brat przyjechał ze znajomymi i panowie wynieśli wszystkie moje rzeczy wraz z meblami. Wróciłam do domu.
Po pewnym czasie musiałam w końcu uporządkować wszystkie rzeczy. W regale mam takie pudełko, gdzie trzymam wszystkie moje dokumenty. Wszystko tam wkładam i raz na jakiś czas robię przegląd co się przyda, a co nie. Otwieram, a tam wszystkie dokumenty mojego byłego. Świadectwa, umowy o prace, umowa kupna mieszkania, akt notarialny, umowa odnośnie samochodu, OC i AC, inne ubezpieczenia i wiele innych. Pierwsza moja myśl, że po prostu mu to oddam, bo wiecie ile to załatwiania i tak dalej. I wtedy mi się przypomniało, jak przeczytałam te jego wiadomości wymieniane z tą dziewczyną, o tym jaka ja jestem zła, a jaki on dla mnie dobry, jak się biedny stara. I przypomniałam sobie, jak mnie potraktował. Wszystko podarłam i wyrzuciłam do kosza.
Już widzę, jak szuka tych dokumentów i jak stoi w kolejkach w urzędach.
I nie żałuję, choć nigdy się nie przyznam co zrobiłam.
Kiedy miałam 4 lata, moja mama była w ciąży. Nie wiem czemu, ale w mojej małej główce uroiło mi się, że urodzi mi starszego brata, którego tak strasznie chciałam. Gdy jednak okazało się, że będę mieć siostrę, i to jeszcze młodszą, byłam do tego stopnia rozczarowana, że kiedyś postanowiłam oddać ją Cygance w zamian za kota. Gdyby nie szybka reakcja dziadka, pewnie teraz nie miałabym siostry.
Zapewne każdy z nas ma tak, że z miliona informacji zapamięta tę, która nim najbardziej wstrząśnie, zaciekawi itp.
Ja będąc na studiach uczyłam się o FAS. Dla mnie te wykłady, filmy były wstrząsające. Tak łatwo zniszczyć zdrowe dziecko! Na jednym przedmiocie - nie pamiętam wykładowcy, ani nazwy zajęć, usłyszeliśmy - czasami niewielki łyk alkoholu, ale w niewłaściwym momencie rozwoju dziecka może spowodować zaburzenia dziecka. Te zaburzenia mogą być różne - problemy z nauką, jakieś wycofanie społeczne, ogólnie "niby dziecko zdrowe, ale coś z nim jest nie tak", diagnozy i badania nic nie wykazują. Znajdzie się zawsze ktoś taki, kto powie, że Baśka chlała jak świnia, a dzieciak zdrowy. No ale co, zaryzykujecie? Zresztą, czy na pewno? W szkołach to już mało, które dziecko nie ma zaburzeń i problemów. Serio. Oczywiście czynniki są różne, ale mając teraz możliwość pozyskania większej ilości informacji, jestem w szoku ile ludzi podchodzi do alkoholu w ciąży z kompletną olewką. Bo co tam piwo, wino, likierek, czy inna szmira. Jest to temat, który mnie tak zafascynował, że bardzo wiele o tym czytam.
I w pewnym momencie coś zauważyłam.
Moja teściowa urodziła dziecko w bardzo późnym wieku, nie spodziewała się wpadki w początkach menopauzy, a tu niespodzianka! O ile wiele kobiet nawet w późnym wieku jest zadbanych i rodzi zdrowe dzieci, o tyle teściowa jest strasznie zaniedbana. Żyje na niezliczonej ilości fajek, a co święta to jak Pan Bóg przykazał morze wódki. Wszak Jezus się nie narodzi i nie zmartwychwstanie bez wódki na stole. To nie są alkoholicy, ale dla nich wszelkie święta i imprezy - większe i małe - to wódka. Teściowa ciąży się nie spodziewała, za szybko też się nie zorientowała, a tu święta, imieniny, wesele - wódka się lała. Może sobie koloryzować świat i się wybielać, ale było niemało. Jej córka jest piękną dziewczyną, wysoką, szczupłą, grzeczną. A przy tym mimo dorosłości - dziecinną jak 5 latka, infantylną. Jest niedojrzała emocjonalnie, uczy się tylko nie umie, nie ma przyjaciół, boi się życia, świata, nie umie nic sama załatwić, nigdzie pojechać. Trudno to opisać, ale mimo braku badań, moim zdaniem funkcjonuje jak osoba upośledzona. Taka jej uroda? I żeby nie było, wiele osób widzi, że coś z nią nie tak, ale pewnie bez przyczyny, taka jest. No bo przecież nie z alkoholu i niedbania o siebie w ciąży.
Nie lubię teściowej i jestem u niej raz na rok. Jest wredna i zawisła. Ciągle pali, wpycha tę wódkę co chwila, bo wszystko trzeba uczcić wódką. To kobieta, która wszystkie rozumy pozjadała i wszystkich poucza, każdej ciężarnej wpycha alkohol "na dobre krążenie". Może to "nielubienie" przeze mnie przemawia, a teoria jest na wyrost, ale dziwi mnie, że ludzie nie łączą alkoholu i trybu życia z późniejszymi problemami dzieci, a takich historii poznaje coraz więcej. Tabu.
Kilka miesięcy temu w pracy gruchnęła wieść: dziecko jednej z naszych koleżanek jest chore. Choroba groźna, ale wyleczalna, tyle że wymaga długiej i kosztownej terapii. No to jedna z jej psiapsiółek rzuciła pomysł: można by się umówić na oddawanie co miesiąc 1% pensji i wspomóc koleżankę w ciężkich chwilach. W sumie szkoda dziecka, a tych kilkadziesiąt PLN mnie nie zbawi. Głodny chodził nie będę, dołączyłem do inicjatywy. I tak kilkadziesiąt innych osób. Automatyczny przelew dodany, kasę miała zbierać jedna dziewczyna i przekazywać koleżance na leczenie córki. I spoko.
Przez pierwsze 2 miesiące dawała nam znać, że leczenie przebiega pomyślnie i potrwa prawdopodobnie jeszcze z rok. Potem jakoś człowiek przestał zwracać uwagę. Ale ostatnio wyszła akcja, że w kwietniu będziemy mieli jazdę na maksa bez trzymanki przez jakiś miesiąc - praca na 3 zmiany, bo trzeba coś do klienta dostarczyć nagle, na razie dogadują szczegóły zamówienia, a potem będzie zapierdol. No i jak ktoś miał na ten okres urlop zaplanowany - to będą urlopy skasowane, trzeba przełożyć. No i koleżanka od chorego dziecka z szefową dogadała się, że jej urlopu nie można przełożyć, bo mają na wtedy już wykupiony lot na wycieczkę na Hawaje.
Ktoś słyszał tę rozmowę i dał nam znać. Ej no. Chwila... Dziecko chore, leczone, ledwo wiążecie koniec z końcem, a wy sobie na Hawaje lecicie? W kilka osób pojechaliśmy po pracy do niej do domu i koleżanka została przez kilka osób postawiona pod ścianą. Albo mówi co jest grane, albo zgłaszamy na policję wyłudzenie. No i się wydało.
Dziecko chore faktycznie było. Ale ta choroba była w tak wczesnym stadium i dość słabej odmiany, że dało się to wyleczyć w przeciągu miesiąca. Ale koleżance tak się spodobało to, że w następnym miesiącu miała nadwyżkę pieniędzy (naszych), że nie poinformowała o tym ludzi. "Tłumaczyła się", że miała wydatki, bo pralka padła i potrzebowali nowej i akurat te pieniądze były dla niej darem z nieba. A potem jeszcze coś i jeszcze. Stwierdziliśmy że mamy w dupie jej wydatki. Ma oddać równowartość wszystkich tych pieniędzy z wyłączeniem kasy za leczenie dziecka. W przeciągu miesiąca. Inaczej sprawa wyląduje na policji i powiadomimy firmę. W dupie mamy jak to zrobi, najwyżej niech samochód sprzeda.
Termin mija za tydzień. Zobaczymy, co z tego będzie. "Koleżanka" chodzi smutna, faktycznie szukają kupca na samochód, bo wyszło, że tej kasy trochę było, na szczęście nie wydała wszystkiego od razu. W sumie po takiej akcji z jej strony - mało mnie to boli.
PS W firmie tego nie zgłosiliśmy, bo to by nic nie dało - firma nie była w żaden sposób zamieszana w tę sprawę. Prywatnie przekazywaliśmy koleżance kasę na prywatne cele. Firmie nic do tego.
Smutno tu jakoś ostatnio, a ja mam pogodne wyznanie o tym jak niewinny żarcik może spowodować gigantyczne zamieszanie. No i idealnie wpisuje się w ulubiony nurt tej strony i jej czytelników.
Poszedłem tego dnia do sekretariatu z jakimiś dokumentami. Sekretarka przygotowała sobie do wydrukowania plan zajęć na jutrzejsze szkolenie menedżerskie. Akurat odeszła od komputera i kłóciła się z kimś przez telefon. A że stała tyłem do mnie, szybko zmieniłem dwie literki i z PRZERWY NA KAWĘ zrobiła się PRZERWA NA KUPĘ.
Mieliśmy dużą salę konferencyjną z zapleczem socjalno sanitarnym, więc zorganizowano u nas szkolenie dla ludzi z kilku firm żeby było taniej.
Sala się już zapełniła i jak to na szkoleniach, jedni szukali w planie od czego zaczynamy, i otwierali materiały szkoleniowe, a innych interesowało głównie to, o której są przerwy. I od razu ktoś zauważył tą "kupę". Pokazał kilku osobom obok siebie i z jednego rogu sali nagle gruchnął głośny śmiech. Pozostali nie wiedzieli co się dzieje i zaczęli chichotać (wiecie jak to działa). Największy śmiech wybuchł kiedy na salę wszedł nasz prezes, żeby uroczyście przywitać uczestników. Myślał, że to z niego się śmieją, bo miał dość specyficzną fryzurę, którą nieudolnie przykrywał łysinę i trochę mu się rozsypała.
Wściekły prezes tak tego nie zostawił.
Sekretarka jako osoba śmiertelnie poważna była poza podejrzeniem. Ktoś rzucił myśl, że to atak hakera (sic!) W sumie tylko na tym zyskaliśmy, bo informatycy, którzy zwykle trochę się opierdalali, bardziej wzięli się do roboty. Mnie nikt nie skojarzył, że wchodziłem do sekretariatu, bo zawsze był tam niezły młyn i do tej pory nikt nie wie, że ta "kupa" to moje dzieło.
Miałem sytuację, o której nie wiem, co myśleć poza tym, że mnie przeraża.
Przy niedzieli wybrałem się do lasu, trochę potruchtać, w końcu pogoda na to pozwoliła. Idę sobie ścieżką, a tu po prawej w pewnej odległości ode mnie jakiś człowiek siedzi na drzewie i zawiązuje linę. Myślę: harcerz? Ale jakiś za stary. Nagle przystanąłem, bo zauważyłem, że gość wiąże taką typową pętlę samobójczą, jak nie raz w filmach widziałem. Myślę: K*rwa mać, gość chce się powiesić. Podnoszę do góry rękę i krzyczę: "Hej!". Facet przerwał, znalazł mnie wzrokiem i się na mnie patrzy. Ja wtedy zdałem sobie sprawę, że ma jakieś czarne wzory na twarzy, ja wiem, tatuaże? Początkowo pomyślałem, że się wybrudził. Tak stoję, w sumie nie wiem co mówić, nigdy nie byłem w takiej sytuacji. Ale ten mi odkrzyknął "Hej!" w takim tonie, jakby się witał. I zaczął schodzić z tego drzewa. Myślę, że może jednak harcerz, jakąś grę tu mają czy co. On zszedł z drzewa, otrzepał się i znowu krzyczy do mnie "hej!". I wtedy jednak zacząłem się bać (nie żebym wcześniej się nie bał, bo to ewidentnie wyglądało, że chciał się powiesić, ale teraz gość zaczął mnie przerażać). A ten nagle zaczyna biec do mnie. Praktycznie odruchowo się odwróciłem i zacząłem uciekać ścieżką, którą tu przybiegłem. Po kilkudziesięciu metrach odwróciłem się, a on dalej biegł za mną. Jęknąłem: Boże! Zacząłem biec jeszcze szybciej. Na szczęście biegam regularnie i w dodatku już byłem rozgrzany, ale czułem, jakbym pełzał, a biegłem najszybciej jak mogłem. Do skraju lasu, gdzie były domy, miałem pół godziny biegu, nie wiedziałem, czy dam radę. Znowu się obejrzałem, cały cas biegł za mną, choć dystans między nami trochę się zwiększył. Wybiegłem na szeroką drogę leśną, taką naprawdę dużą, leśnicy wożą tędy drewno z lasu. Biegłem dalej i zobaczyłem, że tuż obok mnie ląduje coś czarnego, nie wiem, czymś rzucił, nawet nie wiem co to, nie widziałem, żeby coś miał w ręku. Odwróciłem się, on stał tam, gdzie się kończyła ścieżka, a wchodziło się na drogę. Stał i się patrzył na mnie. Pobiegłem dalej, co chwilę odwracałem się, ale dalej tam stał, w końcu przestałem go widzieć. Pobiegłem do pierwszego lepszego domu i wszystko chaotycznie wykrzyczałem gościowi, co kosił sobie trawę, ale chyba myślał, że jestem napruty, bo momentalnie zniknął w domu. Więc wróciłem dalej biegiem, choć nie miałem już sił, do domu. Po drodze minąłem dwie panie, powiedziałem im wszystko, zawróciły natychmiast, bo też chciały iść do lasu.
Nie wiem, co o tym myśleć, dalej mam stracha. Ja za cholerę już tam nie pójdę. Teraz tylko siedzę w necie i patrzę, czy nie ma nic o tym, że ktoś się powiesił w lesie. Na razie nie ma.
Kilka lat temu byliśmy z mężem w knajpie. Czekaliśmy na jedzenie, kiedy zauważyliśmy naszą córkę z chłopakiem. Podeszli do nas, Kaja przedstawiła nam tego młodego mężczyznę, a ja cały czas miałam nieodparte wrażenie, że gdzieś już go widziałam. Remik i moja córka zostali parą, bardzo go z mężem polubiliśmy. Jednak przez cały czas gdzieś z tyłu głowy miałam myśl, że gdzieś już go kiedyś spotkałam.
Dzieciaki zamieszkały razem, po 2 latach się zaręczyły, aż w końcu jakiś czas temu powiedzieli nam, że planują już ślub. Stwierdzili też wtedy, że chcą nas poznać z rodzicami Remika. Zaprosili nas do siebie na kolację. Byliśmy pierwsi, niedługo później przyszli rodzice mojego przyszłego zięcia. Kiedy zobaczyłam jego ojca, olśniło mnie.
Jakieś 20 lat temu miałam stłuczkę z tym facetem. Wymusił pierwszeństwo. Dogadaliśmy się, bo szkody były nieduże, jednak on miał straszne wyrzuty sumienia, bo zostawił mi swój numer i powiedział, że jego przyjaciel jest blacharzem i lakiernikiem i naprawi szkody, oczywiście na jego koszt. Powiedziałam mu, że nie ma takiej potrzeby, ale nalegał. W końcu umówiliśmy się, auto zostało naprawione, a on chciał ode mnie czegoś więcej. Przyznaję, facet jest bardzo w moim typie i podobał mi się, wyszłam z nim raz na piwo i gdyby nie moja trzeźwość umysłu, to mogłoby się to skończyć gorzej. Jednak w porę się opamiętałam, miałam męża i trójkę małych dzieci. Kontakt z nim zerwałam, ale przez kilka dobrych lat wracał do mnie we wspomnieniach i snach. Kiedy już na dobre o nim zapomniałam, okazało się, że jest ojcem narzeczonego mojej córki.
Wyszliśmy na papierosa, powiedział mi, że wtedy był bliski rozwodu z żoną i coś do mnie poczuł. Zamurowało mnie, powiedziałam mu tylko, że to były stare dzieje i nie ma co do tego wracać.
Tak naprawdę od tamtej pory cały czas o nim myślę, spotkaliśmy się kilka razy (w związku z przygotowaniami do ślubu naszych dzieci) i coraz częściej dopadają mnie myśli o skoku w bok. Za każdym razem się jednak hamuję, jestem osobą, która brzydzi się zdradą też dlatego, że mój ojciec zdradził mamę i przez to nasza rodzina się rozpadła. Nie mogłabym zrobić tego mężowi ani córce. Boję się jednak, że przegram z samą sobą.
Dodaj anonimowe wyznanie