#KaKBv

Dawno temu w mojej rodzinie wydarzyła się tragedia. W jednym tygodniu dowiedzieliśmy się, że brat jest psychicznie chory (schizofrenia),  że miał wypadek i leży właśnie w ciężkim stanie w szpitalu. No świat nam się zawalił na głowę. W rodzinie zawsze byliśmy ze sobą bardzo zżyci, a wtedy jeszcze bardziej nas to wszystko do siebie zbliżyło. Było coś jeszcze, co trzymało nas przy życiu i dawało dużo nadziei - wiara. Do tamtego okropnego tygodnia byliśmy poprawnymi katolikami, ale później mocno się zbliżyliśmy do Boga i staliśmy się gorliwi w wierze. I to ja byłam dla rodziny głównym duchowym przewodnikiem i motywatorem do modlitwy.

Brat doszedł do siebie fizycznie, ale nie chciał słyszeć o leczeniu psychiatrycznym. W dużej mierze wiara przekonała go, żeby leczyć się i podnosi go na duchu do teraz. Oczywiście wciąż zdarzają mu się naprawdę złe momenty ale jest w stanie prowadzić normalne życie.

Ten feralny tydzień miał miejsce już prawie 10 lat temu. Dziś nie jestem już osobą wierzącą, ale przed rodziną udaję, że nic się nie zmieniło. Obawiam się, że kiedy przyznam się to odbiorę im nadzieję i motywację, która pomaga im radzić sobie z problemami, szczególnie bratu. Jestem szczęśliwa i nie przestałam wierzyć przez coś, po prostu zbyt wiele nielogiczności. Ale to nieważne, po prostu czuje się strasznie dwulicowo udając przed nimi i musiałam to gdzieś z siebie wyrzucić.

#EcQwo

Wszystko zaczęło się jakoś w pierwszej klasie podstawówki, kiedy w ramach takich dziecięcych złośliwości i dogaduszek ktoś nazwał mnie "małpą".

Potem wraz z dojrzewaniem zaczęłam zwracać większą uwagę na inne dziewczyny. Widziałam, że wszystkie poza mną mają taki delikatny, jasny puszek na rękach, nawet ciemne brunetki, podczas gdy mi rosły tam grube czarne włosy. Rozmawiałam z mamą, która trochę machnęła na to ręką i stwierdziła, że mam to po tacie i za dużo testosteronu czy coś. Potem dała mi depilator, żebym się odczepiła.

Pamiętam jak ze łzami w oczach, starając się zignorować ból, depilowałam te nieszczęsne ręce, powtarzając sobie jak mantrę "żeby być pięknym, trzeba cierpieć". Poddałam się jednak w połowie i od tamtej pory nałogowo używałam maszynek jednorazowych. Przeczytałam w internecie, że wystarczy się golić co trzy dni, czy nawet raz na tydzień (oczywiście chodziło o nogi, a nie ręce). Ale zauważyłam, że już po dwóch dniach zaczynają być widoczne małe czarne włoski. Tak więc codziennie wieczorem brałam godzinną kąpiel i goliłam całe ciało, często się zacinając i przeklinając swój los. Doszłam nawet do takiej paranoi, że gdy rano, szykując się do szkoły, zauważyłam choćby jeden włosek, goliłam całe ręce na sucho (żeby było szybciej). Nietrudno się domyślić, że przez to przez prawie całą podstawówkę chodziłam z czerwonymi, wysuszonymi, poranionymi rękami. Nauczycielki kilka razy mnie zaczepiły i wypytywały, czemu tak mam, a ja kłamałam, że nie wiem, że może od słońca. A ja byłam dumna, że jestem gładziutka i mogę się w końcu nazywać "dziewczyną".

Jednak po kilku latach tej koszmarnej rutyny, gdzie byłam już tak zmęczona codziennym goleniem, że płakałam na samą myśl o tym, zaczęły się w internecie pojawiać posty i filmiki o akceptacji swojego ciała. Obejrzałam ich mnóstwo i byłam zdumiona, że jest więcej osób takich jak ja (wcześniej nie miałam styczności z większą ilością różnych ludzi, bo chodziłam do szkoły na wsi) i zdałam sobie sprawę, że może nie muszę się tego wstydzić. Potem stopniowo zaczęłam się golić coraz rzadziej.

Dzisiaj jestem już dorosła, pozwalam swoim włosom na rękach rosnąć swobodnie (nogi i pachy dalej golę, bo tak mi się podoba, ale nie z taką paranoją) i widzę, że wcale nie są tak straszne, jak wtedy myślałam. Ot, zwykłe delikatne włoski, może tylko trochę ciemniejsze niż u innych. Zdobyłam pewność siebie i teraz sama z tego żartuję w gronie znajomych, ale nikt nie wie jaki koszmar musiałam przeżyć, żeby do tego dojść. I już wiem, że zadbam o to, by moja córka wiedziała, że nie musi się wstydzić tego, jaka jest.

#NBUVK

Mam pewien problem, którego myślę ze wielu nie będzie w stanie zrozumieć. Jestem facetem wiek między 35-40. Wielu mówi, że bardzo przystojnym, 190 cm wzrostu, 100 kg wagi, staram się trzymać formę na wysokim poziomie, jakoś się udaje. Żona, którą kocham i szanuję nad życie, dwójka dzieci.

Po 10 latach dążenia do swojego celu zawodowego mogę powiedzieć, że osiągnąłem go aż nad to czego oczekiwałem. Żyjemy moim zdaniem na wysokim poziomie. W dziedzinie, którą wykonuję jestem szanowany i rozchwytywany. Można powiedzieć, że sielanka. Tylko mam problem z tym iż wciąż mi mało. Cały czas gonie za czymś czego sam dobrze nie potrafię zinterpretować.

Myślę, że wpadłem w sidła gonitwy za czymś czego nawet nie umiem nazwać. Kiedyś ustalałem sobie jakiś cel, nawet prawie nie do wykonania i po paru latach go złapałem. Zawsze myślałem, że mnie to uszczęśliwi, a jak się to stało to przysłowiowy „klops”. I dalej czuje się niespełniony. 

Nie potrafię się cieszyć z tego co mam. Wiem, że brzmi to absurdalnie i sam sobie z tego zdaje sprawę, ale budzę się rano i nie potrafię powstrzymać pędzących myśli. Może czas na psychologa ale mam uraz, bo po poprzednim wyszedłem, bo po krótkiej rozmowie, bo to on potrzebował rozmowy a nie ja. 

Wyprzedzając komentarze, że jestem jakimś bananowym dzieckiem i szukam dziury w całym. Nie, nie jestem. Tak jak napisałem na początku, myślę, że wielu nie zrozumie, bo ciężko to opisać. Czuje się samotny choć nie powinienem. Czuje się nie rozumiany, bo wybiegam myślami o kilka zdań na przód. Ot taki dziwak ze mnie, choć nigdy po sobie nie dam tego poznać. Taka wewnętrzna wojna.

#RlLvD

Pracuję na jednej ze stacji PKN Orlen.
W związku z tym co się teraz dzieje w Polsce i na świecie, firma postanowiła wziąć się za produkcję płynów do dezynfekcji, co też ogłosiła wszem i wobec. Jak najbardziej popieram pomysł ich produkcji, tylko firma (jak zwykle), całkowicie wypięła się na swoich pracowników. Nie dostarczyli ŻADNYCH środków dla stacji paliw, a że ceny lecą w dół, ludzie masowo tankują samochody. Dziennie przewijają się tysiące osób. Wszyscy dotykają tych samych 'pistoletów', klamek, pinpadów, które NIE SĄ odkażane, bo nie ma czym. Pracownicy sami sobie zapewniają środki do dezynfekcji, ale nikt nie ma zamiaru marnować ich na rzeczy o których wspominam.
Pozdrawiam cały zarząd spółki, kierowników regionalnych i życzę dalszych sukcesów. Jak tak dalej pójdzie to sami będziecie kasować ludzi, skoro nie wyrażacie zgody na obsługę przez okienko :)

#57d7a

Mam partnera. Parter ma przyjaciółkę.
Przez pierwsze kilka miesięcy naszego związku, kiedy przychodził do przyjaciółki w piątek, wychodził w poniedziałek rano. Pili razem. Spali w jednym mieszkaniu. Jedli razem na mieście. Tłumaczył to dobrą relacją i tym, że jego przyjaciółka jest dla niego niesamowicie ważna. Miałam nie być zazdrosna.
Co prawda teraz ta sytuacja się nie powtarza, ale cały czas zdarza mu się spędzić z nią cały dzień. Spędził całą noc u niej zarówno w walentynki, jak i w dzień kobiet. Miałam nie być zazdrosna.

Mam partnera. Parter ma znajomych.
Mieliśmy iść na ślub znajomych i został, ze mną, zaproszony na kawę, żeby odebrać zaproszenie. Poszedł sam, mimo że byłam wymieniona imiennie na zaproszeniu. Im powiedział, że pracuję. Ja dowiedziałam się o tym dzień przed umówionym spotkaniem. Miałam się nie przejmować.
Zostaliśmy zaproszeni na kawę przez jego znajomych, którzy chcieli mnie poznać. Jak zawsze poszedł sam. Im powiedział, że pracuję. Miałam się nie przejmować. Co jakiś czas podobna sytuacja się powtarza.

Z całą świadomością znaczenia tego terminu psychologicznego mogę powiedzieć, że jestem gaslightingowana. Nie umiem sobie poradzić z wyżej wymienionymi sytuacjami i płaczę, złoszczę się, i próbuję rozmawiać. Czuję się opcją zapasową. Mój partner zaś uznaje, że robię mu krzywdę lub przykrości, ograniczam mu wolność, przesadzam, wymyślam problemy. Mimo, że jestem świadoma patologiczności tej sytuacji, w pełni się na nią godzę, bo jestem uzależnia psychicznie od niego i stopniowo zaczynam mu wierzyć w to, że ja jestem problemem.

#626ZZ

Nigdy nie myślałam, że utknę w tak okropnym błędnym kole. Na dodatek w tak młodym wieku. Mam 21 lat i cierpię na nerwicę. Głównie przez stres, przez to w jakich warunkach dorastałam, przez to, że wszystkim się martwię i stresuje, ale nie będę się rozpisywać.

Wyobraźcie, że idziecie do nowej pracy. Towarzyszy temu stres praktycznie zawsze i każdemu. Ja natomiast kilka dni wcześniej nie dam rady spać, mam biegunkę, głowa boli tak okropnie, że nie dam rady myśleć, mam dziwne skurcze mięśni.

Moje błędne koło polega na tym, że kiedy się stresuje to doskwierają mi właśnie te dolegliwości, a kiedy już się uspokoję i przyzwyczaję do sytuacji, wtedy stresuje się tym, że znowu zacznie mnie boleć głowa (bo tego objawu najbardziej się boję, jest to najgorsza rzecz jaką muszę przeżywać). I tak oto stresuje się praktycznie ciągle i nie dam rady tego powstrzymać...

Chodziłam do psychiatry, ale leki które wypisał sprawiają, że nie potrafię myśleć, wywołują ból głowy lub nudności.

Korzystam też z ziołowych tabletek i mocnych przeciwbólowych, ale średnio działają.
Jestem osobą, która nie da rady dostosować się do życia. Nie wiem co mam zrobić. Nie mogę nawet się nikomu wygadać, bo nie wierzą mi, że jest tak źle i każą się ogarnąć. 

Czasami po prostu nie daję rady.
Najgorzej jest, kiedy w nocy nie dam rady zasnąć, a jedyne co mi towarzyszy to okropny ból głowy i łzy bezradności.

#YDCNA

Moi rodzice całe życie się żarli albo nas, dzieci, wyzywali od nieudaczników. Wychowywali nas w myśl zasady "ryby i dzieci głosu nie mają", toteż nauczyłam się żyć w akompaniamencie wrzasków po prostu robiąc swoje. Ale dorosłam i zaczynałam mieć swoje zdanie.

Teraz studiuję i wróciłam niedawno do domu rodzinnego na parę dni. Rodzice jak zwykle coś tam na siebie krzyczeli i nie wytrzymałam, wybuchłam i wszystko im wygarnęłam.

Usłyszałam od nich tylko jedno zdanie: Nie mówimy do ciebie, więc siądź sobie w kącie jak zawsze i puść muzykę w słuchawkach.
I wrócili do kłótni.

#dBKwL

Kiedy byłam mała (może z 4 latka), miałam przyjaciółkę, z którą przyjaźniłam się od urodzenia. Obie w tym samym wieku, nierozłączne papużki, sąsiadki. Jej rodzice mieli sklep z zabawkami, więc dostawała ich mnóstwo bez okazji. Bardzo jej tego zazdrościłam, bo sama miałam tylko jedną szmacianą lalkę, drewniane klocki i drewnianego pieska "na sznurkach". Zazdrościłam jej tych wszystkich dobroci, ale wiedziałam, że nie mogę być zła na rodziców, bo bardzo się starali, więc nigdy nie prosiłam o żadne prezenty.
Pewnego razu, kiedy koleżanka poszła do łazienki, ukradłam jednego pudelka wielkości winogrona. Zorientowała się o braku zabawki po paru dniach, ale stwierdziła, że pewnie się zgubił. Było mi bardzo wstyd się przyznać, więc tego nie zrobiłam.

Ostatnio siedziałyśmy przy winie i wspominałyśmy nasze zabawy. Przyjaciółka wspomniała, że pamięta jedną zaginioną zabawkę i do dzisiaj zachodzi w głowę, gdzie ona mogła się podziać. "Taki mały pudelek, nawet nie był jakiś specjalnie ważny, ale jakoś tak zapadł mi w pamięć. Może dlatego, że bardzo chciałam ci go oddać, bo było mi szkoda, że nie miałaś się czym w domu bawić".
Po tylu latach nadal się nie przyznałam. Mam wrażenie, że ona wie. :)

Pudelka nadal mam w domu. Mam do niego straszny sentyment, pomimo tego, w jaki sposób go "zdobyłam".

#6wA8p

Mam dziwne hobby.

W związku z pracą często latałam do Japonii, mieszkałam wtedy w Australii. Mówię biegle po japońsku i angielsku. Nieraz gdy byłam w jakimś sklepie, biurze, hotelu w Australii mówiłam po polsku, łamaną angielszczyzną, a gdy byłam w Japonii, po angielsku. Bawiło mnie to, że dobrze rozumiem ludzi, którzy próbowali mi coś wytłumaczyć, komentowali wszystko w swoim języku, a ja udawałam, że totalnie nic nie rozumiem.

Najzabawniej było w Japonii. Ludzie odpowiadali po japońsku, gdy usłyszeli angielski byli maksymalnie zestresowani, próbowali na migi, nieraz w jakiś restauracjach kilkoro pracowników konsultowało ze sobą wszystko, używając tłumaczy.
Były też sytuacje, gdzie próbowali mi coś drogiego wcisnąć. Np. kupując bluzkę dla siostrzenicy w Kyoto, sprzedawczynie kazały wyciągnąć tylko najdroższe rzeczy, bo po koszyku było widać, że mam pieniądze. Wtedy odpowiadałam, że znam trochę japoński i rozumiem co powiedziały - przeprosiny były przednie.
Byli też obleśni Japończycy, faceci, którzy będąc po pracy, w knajpach czy barach, próbowali do mnie zagadać po japońsku, gdy nie odpowiadałam, czy mówiłam po angielsku komentowali mój ubiór, wzrost, piersi - wszystko dosłownie. Wtedy też gdy kończyłam jeść, podchodziłam do nich i tłumaczyłam, że ich zachowanie jest karygodne, że muszą mieć sporo kompleksów itp. Miny również mieli bezcenne.

Było miło, gdy Japonki komentowały, że mam ładne włosy, czy faceci namawiali siebie nawzajem, żeby któryś do mnie zagadał.

Rok temu wróciłam do Polski i bardzo mi tego brakowało, dlatego gdy jadę gdzieś dalej od domu czy pracy, również mówię po angielsku, ale tu ludzie już sobie w miarę dobrze radzą, nie ma takiej zabawy. Jakiś czas temu podeszła do mnie Cyganka na żebry, ale gdy tylko usłyszała japoński to zrezygnowała.
W sumie nikomu o tym nie mówię. Bardzo mnie to wszystko bawi, ale czuję też, że to na swój sposób wredne podejście.

#6numL

19 lat temu byłam w bardzo ciężkiej sytuacji życiowej (prawie brak dachu nad głowa, choroba, problemy z ówczesnym partnerem, który mnie bił) i niechcianej ciąży. Nie stać mnie było wtedy na aborcje, poza tym dowiedziałam się o ciąży bardzo późno (chorowałam wtedy i myliłam objawy ciąży z choroba, którą posiadam), co skutkowałoby dodatkowym problemem z usunięciem jej. 

Pozostało mi urodzić i oddać. Tak też zrobiłam. Nie wiem co się stało wtedy z dzieckiem ani gdzie trafiło. Po jakimś czasie w końcu ułożyłam sobie życie, poznałam męża, w końcu nawet zapragnęłam dziecka. Udało mi się w końcu poukładać życie z ukochanym mężem i córką. No niestety wszystko runęło jakiś miesiąc temu. Syn, którego oddałam, odnalazł mnie. Z początku chciał się tylko spotkać i porozmawiać. Zgodziłam się na to. Wytłumaczyłam mu sytuacje, dodałam nawet, że mogę mu jakoś pomóc w życiu. Jednak on wyszedł bez słowa. Najpierw śledził mnie, a potem mojego męża. Zostawiał liściki z groźbami, w których pisał, że zrujnowałam mu życie i za kare już nigdy nie powinnam zaznać szczęścia. W końcu jakimś cudem dowiedział się gdzie mieszkam i potrafił przychodzić w nocy i rzucać kamieniami w moje okna. 

Raz przyszedł do mojego domu, tłumacząc coś, że chce się pogodzić, ale z w zamian mam mu dać 50 tysięcy. Wyprosiłam go. Poza tym odnosiłam wrażenie, że jest pod wpływem narkotyków. Potem przez chwilę był spokój, myślałam, że odpuścił. Aż do momentu, gdy zobaczyłam go pod szkołą mojej córki. Myśl, że mógłby skrzywić moją córkę spowodowała to, że natychmiast wybrałam się na policje. Powinnam zrobić to o wiele wcześniej, ale miałam pewne poczucie winy... 

Obecnie będę się starać o zakaz zbliżania się. O ile nas nie pozabija do tego czasu, bo wczoraj znów widziałam go pod moim domem. Coraz bardziej się boje.
Dodaj anonimowe wyznanie