Jestem tchórzem. Cholernym tchórzem, który tchórzy, gdy zaczyna robić się trochę poważniej. Ale po kolei.
Jestem introwertykiem. Mam paru znajomych, ale żeby się z kimś spotkać, to istne święto. Nie mam nic przeciwko, samotność w gruncie rzeczy jest mi na rękę, choć przyznam, że brak przyjaciół czasem dobija.
Mam 23 lata, nigdy nie miałam chłopaka, zero też jakichkolwiek doświadczeń w strefie intymnej. Ponieważ nie lubię imprez w jakiejkolwiek formie, a znajomych jak na lekarstwo, postanowiłam zaryzykować internetowe znajomości. I znalazłam kogoś, z kim dobrze się gadało. Ale kiedy przyszło do zobaczenia się w realu, stchórzyłam. Skasowałam konto na portalu i udawałam, że nic nie miało miejsca. Ale za jakiś czas postanowiłam się przemóc i ponowiłam próbę. Skończyło się tak samo. I tak przynajmniej kilka, o ile nie kilkanaście razy. Wszystko okej, póki ktoś nie zaproponuje spotkania.
Nie boję się, że to potencjalny zboczeniec. Nie ogarnia mnie panika, nie pocę się, nie trzęsą mi się ręce. Robię to, jakbym to nie była ja. Jakbym wyłączała stronę, która mało mnie interesuje, a potem zastanawiam się, dlaczego to zrobiłam.
Wiem jedno - jestem tchórzem.
Odkąd pamiętam po naszym osiedlu kręciło się sporo żuli, którzy zawsze pod sklepami chlali piwo. Oczywiście w standardzie było żebranie o hajs każdego przechodnia "kierowniku poratuj złotówką". Tak poza tym byli raczej nieszkodliwi, jedynie bił od nich okropny smród i mocno przeklinali, więc omijaliśmy ich z daleka.
Był jednak jeden taki żul, który użebraną kasę oddawał nam, dzieciakom. Zawsze kiedy bawiliśmy się na ulicy, on podchodził do nas chwiejnym, pijackim krokiem i dawał każdemu po 5 zł, bo "fajne z was dzieciaki". I nie, nie było żadnych podtekstów, w zamian chciał żebyśmy mu tylko pokazali jakieś nowe sztuczki na rolkach czy desce albo jak się wspinamy na trzepak, czy na drzewa, czy też jak gramy w piłkę. Czasami też prosił, żebyśmy mu opowiedzieli jak było w szkole. Czasem sam nam kupował słodycze. To były jeszcze czasy, kiedy rodzice nie dawali tak często kieszonkowego, bo niewiele zarabiali, więc dzieci, nawet te powyżej 10 lat, cieszyły się każdą złotówką.
Pewnego dnia zrobiliśmy dla niego laurki, popisaliśmy na nich życzenia, porobiliśmy rysunki i daliśmy mu je. Jak on się bardzo cieszył, że coś od nas dostał... Niestety krótko po tym zmarł na marskość wątroby.
Mama później mi powiedziała, że ten pijaczek miał córkę i syna, którzy wyjechali za granicę i nie utrzymywali z nim kontaktu. Nigdy nie widział swoich wnuków, wiedział tylko, że je ma, więc traktował dzieci z osiedla jak swoje wnuki.
Długo zastanawiałam się nad napisaniem tego wyznania, ale być może otworzy to oczy innym osobom.
Pracuję w małym pensjonacie od 3 lat, co kluczowe dla historii - zajmuję się przyjmowaniem gości i sprzątaniem. Z roku na rok goście za coraz gorsi, nie mówię już o pretensjach, o byciu niemiłym i niegrzecznym. Ludzie zostawiają taki syf, że się w głowie nie mieści. Mimo jasnych zasad, regulaminów itd. goście notorycznie zostawiają bałagan. Nie mówię o normalnym zużyciu apartamentu, mówię o paleniu, przypalaniu mebli, plastelinie w dywanie czy rysowaniu po podłodze przez dzieci, spaniu przez zwierzęta na kanapach itd. Rozumiem, to moja praca, posprzątam, ale ludzie... Pokoje po jednej dobie wyglądają jak po dwóch tygodniach pobytu. Przykład z zeszłego tygodnia: goście przyjeżdżają, pełno jedzenia na podłodze, zostawionego wszędzie, przypalenia kanapy, komora gazowa z dymu i smrodu i pretensje, że proszę o opuszczenie pokoju - 1,5 godziny po zakończeniu doby hotelowej.
Przy tym wymagania z kosmosu, pretensje o wszystko. Pretensje, że trzeba zapłacić, że doba się skończyła, że trzeba się wymeldować i dopłacić za 1,5 godziny oczekiwania przeze mnie na opuszczenie pokoju.
Chciałabym, żeby ludzie zaczęli szanować innych, ich czas i pracę. Żeby popatrzyli na siebie, swoje zachowanie i zaczęli więcej wymagać od siebie, a nie tylko od innych.
Nienawidzę życia w tym kraju.
Nie mam żadnych długów, żadnych nałogów, pracuję legalnie na pełnym etacie, płacę podatki, a na nic mnie nie stać. Dosłownie 90% pieniędzy idzie na rachunki, zdarza się, że nie ma nawet na jedzenie, które jest tak cholernie drogie. Jest mi strasznie przykro z tego powodu, że jestem niewolnikiem, tak bardzo bym chciał normalnie żyć. Naprawdę nie jestem wymagającym człowiekiem, ale chciałbym, żeby od wypłaty do wypłaty starczało na jedzenie, żebym raz w miesiącu mógł sobie kupić buty, grę na konsolę czy wyjść do kina.
Czy tu kiedyś będzie lepiej? Zmiana pracy niczego tu zmieni, nie jestem super inteligentny, ale pracuję, nie leżę i uważam, że należy mi się trochę więcej od życia.
Z zawodu jestem kosmetyczką. Na co dzień przychodzą do mnie kobiety (czasem i mężczyźni) na wyciskanie pryszczy, pozbywanie się wągrów.
Na czym polega anonimowa część wyznania? Zawsze każę zamknąć pacjentowi oczy, ponieważ zjadam to, co wyleci.
Ot, taki dziwny nawyk.
Mam 50+ lat. Od dłuższego czasu szukam pracy. Jestem mgr inż branży elektrycznej. Dzisiaj byłem na rozmowie na stanowisko magazyniera... Młody wiceprezes jak mnie zobaczył, to nie chciał nawet obejrzeć dokumentów, tylko stwierdził, że jestem za stary nawet na bramę, bo złodzieja nie dogonię. I gromko zarechotał ze swojego dowcipu.
Że ja jeszcze nie mam depresji, to sam się dziwię...
Mój ojciec tak bardzo nie umie się przyznać do błędu, że woli zmyślać niż ponieść za coś winę.
Gdy podczas wyrejestrowania samochodu okazało się, że źle spisał numer VIN, oskarżył mnie o dopisanie dodatkowych cyfr. Dlaczego miałbym to zrobić? A dlatego, żeby go ośmieszyć w Wydziale Komunikacji...
Jak dostałam się na studia dowiedziałam się, że w tym samym mieście będzie też studiowało dwoje moich znajomych ze szkoły średniej. Cieszyłam się, że nie będę tam sama i będziemy się czasem spotykać. Widywaliśmy się średnio raz w miesiącu. Mówili, że się cieszą, gdy do nich przychodzę i żebym wpadała częściej. Ale ich zachowanie mówiło co innego. Ciągle siedzieli wpatrzeni w telefon i zamiast skupić się na rozmowie ze mną, woleli w tym czasie z kimś pisać. Później zaproponowali mi wspólne wyjście w weekend. Zgodziłam się, powiedziałam, że chętnie z nimi pójdę. Jednak gdy napisałam do nich, czy dziś wychodzimy, odpisali mi, że nie, bez propozycji spotkania się innego dnia. Podobnie było z wyjściem do kina. Przyjęłam ich propozycję, a oni, o niczym mi nie mówiąc, sami tam poszli, chwaląc mi się później kupionymi biletami. Najdziwniejsze było to, że gdy spotkałam jedną z tych osób na mieście, to uśmiechała się do mnie, mówiąc, żebym przyszła ich odwiedzić, a gdy już przyszłam, siedziała tylko ze swoim telefonem, nawet na mnie nie patrząc.
Mogli mi powiedzieć, że nie mają czasu na spotkania ze mną, ale zamiast tego woleli traktować mnie jak idiotkę i proponować wspólne wyjścia, do których nigdy nie doszło. Jest mi przykro, bo ja poświęcałam im swój czas, a oni mieli to gdzieś.
Lubię mieć coś słodkiego przy sobie. Podczas gdy jakieś dziecko siedzi na wprost mnie w autobusie lub obok mnie na przystanku, wyjmuję czekoladę, a brzdąc po chwili to zauważa i wywiera na rodzicu presję, by ten mu dał czekoladę lub coś słodkiego.
Rozwiodłem się 10 lat temu. Wtedy, odchodząc od żony, z którą tworzyliśmy parę od czasów gimnazjum, byłem niesamowicie szczęśliwy. Już widziałem to życie, które mnie omija, tabuny dziewczyn, które zaczną walić do moich drzwi, imprezy - oderwanie od szarej, nudnej codzienności...
Od czasu rozwodu każda nowa dziewczyna to był przepis na katastrofę. Jedna wprost przyznała, że mieszkała ze mną, bo na ostatnim roku studiów nie stać jej było na własny kąt, a ostatnia po 3 miesiącach znajomości mnie okradła i zniknęła. Ta, z którą mieszkałem zaraz po rozwodzie pomimo rozstania nie chciała się ode mnie wyprowadzić, więc musiałem zacząć procedurę eksmisji, na szczęście wtedy odpuściła, ale co przeżyłem, to moje. Z imprez też nic nie wyszło, bo praca i kredyt na mieszkanie, większość znajomych zerwało kontakt. Od kilku lat czuję, że to jakaś chora równia pochyła, jest coraz gorzej, a ja zaczynam czuć, że nigdy z żadną normalną kobietą nic mnie nie połączy. Ostatnio nowe relacje są suche, a ja nic nie czuję, chemia zniknęła.
Tak było do wczoraj. Jechałem samochodem i zobaczyłem jak po chodniku, w dość dużej odległości, idzie piękna kobieta. Trzymała za rękę jakieś małe dziecko, ale i tak wydała mi się jak w bajki, od razu zauważyłem długie brązowe włosy, zgrabną sylwetkę i ładny uśmiech, którym obdarzała małą. Takie były moje spostrzeżenia na pierwszy rzut oka, ale i tak wystarczające, by serce podeszło mi do gardła, a w brzuchu pojawiły się motyle. To wszystko zmieniło się w dół czarnej depresji, gdy się zorientowałem, że to moja była.
Dodaj anonimowe wyznanie