#a2vFA
W końcu nadeszło otwarcie, pierwsze zajęcia, szłam na nie cała w skowronkach... Nie minęło nawet 5 minut i już wiedziałam, że to był błąd. Nienawidzę prowadzenia tych zajęć. Kursanci są nieposłuszni, leniwi, płacą za te zajęcia, a chodzą na nie jak za karę, unikają wykonywania ćwiczeń. Samo prowadzenie treningu to koszmarny wysiłek fizyczny - trzeba równocześnie ćwiczyć i godzina po godzinie non stop mówić do uczestników zajęć. Odkąd prowadzę tę szkołę, sama przestałam trenować - już mi się nie chce, nie sprawia mi to przyjemności, nie chcę nawet o tym myśleć. Całymi dniami stresuję się perspektywą czekających mnie kolejnych treningów. Najchętniej rzuciłabym to w cholerę i wróciła na etat. Ale nie mogę...
Kiedy ktoś pyta mnie jak zajęcia, z uśmiechem na twarzy opowiadam jak było super, jaka to radość, jak się cieszę, że to zrobiłam. Nie przyznam się nikomu, że to totalny niewypał, bo wstyd mi - ostrzegali mnie, a ja mówiłam, że na pewno będzie fajnie. Odkąd rozpoczęłam tę działalność moje życie jest koszmarem. Źle sypiam, prawie nic nie jem, płaczę, kiedy nikt nie widzi. Stres mnie wykańcza. Ale muszę robić dobrą minę do złej gry, przynajmniej jeszcze przez jakiś czas, a potem po prostu powiem, że działalność mi nie idzie, nie przynosi zysków i dlatego ją zamykam. W międzyczasie czeka mnie koszmarne pół roku udawania, że jest dobrze i że walczę o swoje marzenie. Boję się, że nie wytrzymam tyle...
#J42KS
Rodzina zawsze coś chce, nie mogę usiąść na 15 minut w spokoju, bo są pretensje, że się lenię.
Odkładam od paru miesięcy małe kwoty i mam zamiar wyjechać na tydzień gdzieś sama. Gdzie - nie ma znaczenia.
Mężowi i rodzinie mam zamiar powiedzieć, że to szkolenie obowiązkowe, a w pracy wziąć zwykły urlop i odpocząć.
#52l20
Pomyślałem „bogacze przecież maja wywalone na ubiór, Steve Jobs też nie wyglądał na milionera”. Postanowiłem wysłuchać jego propozycji. Usiedliśmy w środku maka z zimną kawą, zaproponowałem, że może coś zamówimy, Rafał nerwowo odmówił stwierdzając, że kawa wystarczy. No i się zaczęło gadanie... Wyszło, że Rafał jest w piramidzie finansowej i zadłużył rodzinę już na ponad 80 tysięcy zł, a teraz próbuje wyłudzić pieniądze od innych, obiecując złote góry...
(Oczywiście historia jest opisana w telegraficznym skrócie, o tym co kolega wyprawiał można by książkę napisać).
PS. Okazało się, że zimna kawa była zrobiona w domu, a kubki Rafał wyjął ze śmietnika...
#hztkP
Pewnego dnia wyszłam na dwór wyjątkowo wcześnie, zanim jeszcze pojawiły się inne dzieciaki. Pamiętam, że kręciłam się wokół piaskownicy, która akurat była nieco przysłonięta drzewami. Nagle podszedł do mnie jakiś starszy facet i zaczął zwyczajną rozmowę. Wywnioskowałam z niej, że to raczej jakiś sąsiad, bo zapytał mnie na przykład o to, kiedy Karolina przyjdzie się ze mną bawić. Nie wiem skąd znał imię jednej z dziewczynek, która akurat tu mieszkała i często pojawiała się na podwórku, ale uśpiło to moją czujność. Po chwili stwierdził, że słyszał jak woła mnie mama przez okno i zaproponował, że w takim razie odprowadzi mnie pod moją klatkę schodową. Oczywiście nie miałam nic przeciwko, bo przecież to pewnie sąsiad. Jednak wziął mnie za rękę i zaczął prowadzić w przeciwną stronę. Gdy zapytałam o co chodzi, powiedział, ze zna moich rodziców i mój tata czeka na mnie u niego w domu. Lampka mi się zapaliła, ale jako zdezorientowane dziecko nawet nie wiedziałam co mam zrobić, więc po prostu z nim poszłam. Weszliśmy do jakiegoś mieszkania, które przypominało po prostu melinę. Gdy to zobaczyłam, a dodatkowo dotarł do mnie fakt, że mojego taty wcale tu nie ma, zaczęłam płakać. Ten facet jednak kazał mi siedzieć na krześle i być cicho. Pamiętam, że siedział naprzeciwko mnie, wpatrywał się we mnie i nerwowo palił papierosy. Dziś myślę, że po prostu nie wiedział co ze mną zrobić. Po chwili stwierdził, że mnie wykąpie. Byłam już naprawdę spanikowana, chciałam uciec, ale on cały czas mnie trzymał. W łazience zaczął nalewać wody do wanny, po czym kazał mi się rozbierać. Jednak ja, będąc całkowicie przestraszona, z tego strachu po prostu się posikałam. Gdy to zobaczył, warknął coś do siebie, po czym wyszedł z łazienki. Wrócił za jakieś 10 minut, mówiąc, że mam się stąd natychmiast wynosić i jeśli komuś o tym powiem, załatwi mnie i moich rodziców. I wiecie co... Ja w to uwierzyłam. Nie powiedziałam nikomu.
Zebrałam się w sobie dopiero jakiś tydzień później. Rodzice natychmiast zabrali mnie na policję. Na szczęście pamiętałam drogę do tego mieszkania, więc policja nie miała problemu z odnalezieniem tego faceta. Jak się okazało, był to stary alkoholik, który był już wcześniej podejrzewany o pedofilię. Nie upiekło mu się. A ja przyznam, że do dziś mam traumę.
Obecnie mam już swoje dzieci i właśnie przez tamto wydarzenie mam obsesję na punkcie ich bezpieczeństwa. Staram się nie przesadzać w tej kwestii, terapia mi w tym pomogła, ale naprawdę czuję ogromny strach, gdy sobie pomyślę, że wystarczy chwila nieuwagi i moje dziecko może po prostu zniknąć, a następnie zostać potwornie skrzywdzone.
#8vEl3
Pochodzę z małej miejscowości, gdzie też chodziłam do szkoły. Nie byłam lubiana w podstawówce ze względu na swoją wagę (żeby nie było - nie wyglądałam też jak kulka, nosiłam może 2 rozmiary większe ubrania niż przeciętne dziecko w wieku 10 lat). W mojej klasie wtedy szczyt popularności osiągały pewne trzy dziewczyny, które zawsze trzymały się razem. Były trochę zarozumiałe i bardzo pewne siebie, tego jakie to są mądre i ładne. Bardzo ich nie lubiłam. Nie za to, że były ładne, chude itd., ale dlatego, że miały paskudne charaktery. Przez to, że zawsze byłam dość szczerą osobą i nie udawałam, że kogoś lubię czy też nie, stałam się ich kozłem ofiarnym.
Zaczęło się niewinnie, od mało przyjemnych haseł rzucanych w moja stronę, zabierania moich rzeczy (plecak, kurtka) i chowania ich w różnych miejscach w szkole. Później było tylko gorzej. Klasa zaczęła się nastawiać przeciwko mnie. Dziewczyny były w stanie przynieść do klasy stare majtki, usmarować je w czekoladzie, wrzucić mi do plecaka podczas lekcji gdy nie patrzyłam, po to żeby później przy wszystkich je wyciągnąć i się ze mnie pośmiać z całą resztą. Nie wytrzymałam i rozpłakana poskarżyłam się wychowawczyni.
Moje koleżanki oczywiście wszystkiego się wyparły, nauczycielka uwierzyła im i całej klasie, która zapytana o tę sytuację potwierdziła wersję małych terrorystek. Nie wiedziałam jeszcze wtedy jakie będą konsekwencje.
Pewnego dnia, jak już zbierałam się do domu jedna z tych dziewuch znowu mi wyrwała plecak i pobiegła z nim do szatni od WF-u. Gdy tylko weszłam do tego pokoju żeby odebrać swoją własność, praktycznie od razu drzwi się za mną zamknęły, a oprócz tej, która mi zabrała plecak były też jej koleżanki. Bardzo szybko dwie z nich mnie przytrzymały, a trzecia podeszła i zaczęła mnie okładać pięściami po twarzy, brzuchu itp. Poczułam, jak z nosa poleciała mi ogromna ilość krwi, wtedy mnie puściły. Zwijając się z bólu usłyszałam tylko, że "to za kablowanie" i wyszły.
Nikt się nigdy nie dowiedział z dorosłych o tym, co mi kiedykolwiek zrobiły. Nauczyciele by mi nie uwierzyli, bałam się, że rodzice też nie uwierzą.
Mam teraz 20 lat. Wyrobiłam sobie wymarzoną sylwetkę, studiuję, mam masę przyjaciół, chłopaka. Jestem szczęśliwa. A karma to s*ka, zawsze wraca. Dwie z nich są teraz samotnymi matkami, a jedna ostatnio miała wypadek, bo pijana i "spalona" wsiadła do samochodu i spowodowała wypadek.
Wiem, powiecie, że to źle mieć satysfakcję z czyjegoś nieszczęścia. W takim razie jestem złą osobą.
#ClvId
Od niedawna zamieszkałam ze swoim narzeczonym, bardzo go kocham, jednak cały wolny czas spędzamy z teściową. Mój narzeczony ma 32 lata, a codziennie dzwoni do niego jego mama, przychodzi bez zapowiedzi, siedzi z nami w domu, ogląda z nami filmy, przestawia nam meble w naszym domu itp. Myślałam, że jak się wyprowadzimy, to sytuacja się zmieni i w końcu zawita trochę spokoju. Dodam, że gdy u niej mieszkaliśmy siedziała z nami non stop. Gdy powiedzieliśmy jej, że się wyprowadzamy, zaczęła wybierać nam meble i wtrącać się we wszystko, co bardzo oddaliło nas od siebie. Najgorsze jest to, że mój narzeczony kompletnie tego nie widzi. Ona traktuje go jak dziecko, a jemu się to podoba.
Jestem załamana, nie wiem co robić. Teściowa mnie lubi, ale jak to mówią, nawet kota czasem można zagłaskać na śmierć.
#kVUq2
Zrobiłam co miałam zrobić i szybko otworzyłam drzwi... a tam sąsiedzka delegacja z jakąś petycją do spółdzielni.
W życiu nie spaliłam większego buraka. No i myślę, że przez dłuższy czas będę unikać sąsiadów.
#k2Q5e
Jeszcze parę lat temu byłam jednym z tych szczęśliwców, którzy mogli powiedzieć, że uwielbiają swoją robotę. Mogłam za friko zostać dłużej, pomóc koleżance - wszystko z szerokim uśmiechem na ustach. Teraz czuję ból brzucha kiedy wchodzę przez drzwi rano, bo wiem, że czeka mnie 8 godzin pracy.
Pracuję w kulturze, mam kontakt z ludźmi. Od lat pieniądze na kulturę są ograniczane, a obowiązków przybywa. Czekam kiedy ktoś zapyta - "czy mogłabyś pracować topless jednocześnie żonglując piłeczkami? I schudnij z 10 kg, żeby być atrakcyjniejsza". Naprawdę by mnie to nie zdziwiło. Żadnych premii, podwyżek, trzynastek - nic. Najniższa krajowa - o super, podwyższyli! Inflacja już w lutym załatwiła radość.
No i ludzie. Nienawidzę ich. Tak 80%. Reszta może być.
Jest mi smutno, bo nie byłam taka. Wkurzona, zmęczona, cyniczna i wredna. Oczywiście nie w pracy - tutaj kryję się za fałszywym uśmiechem, z dnia na dzień coraz mniejszym.
Najgorsze, że nie bardzo mam się komu wygadać. Znajomi i rodzina uważają, że mam super, bo nie dźwigam ciężarów i ZUS opłacony, i w ogóle cudownie. Dla mnie to ślepy zaułek. Chcę zmienić pracę - wysyłam CV - praktycznie żadnych odpowiedzi.
Wykształcenie humanistyczne i ponad 10-letnia praca w kulturze, gdzie według opinii siedzi się na tyłku i nic nie robi. Tak mnie widzą rekruterzy.
I najbardziej mi żal tamtej radosnej dziewczyny, która rano szła do pracy i uśmiechała się. Niskie zarobki - jasne, były problemem, ale w porównaniu do pasji, którą miałam, radości i satysfakcji nie było tak źle. Nie ma już we mnie tamtej dziewczyny, nie ma pasji.