Pracuję jako tłumacz. Zajmowałem się grupą niemieckich kontrahentów, spaliśmy w starym pałacu zaadaptowanym na hotel - genialne miejsce, fenomenalna kuchnia, piękne wnętrza. Wieczorem był bankiet, gardło mnie już bolało od gadania, a kiedy przyjęcie się skończyło, odprowadziłem gości do ich pokoi i poszedłem spać.
W nocy przybiega do mnie jedna z Niemek i krzyczy, że w jej łazience jest jakiś Rosjanin i krzyczy do niej coś, zaspany myślę - Jezus Maria, naćpała się czy co? No nic, idę! W pokoju nie ma nikogo, w jej łazience tym bardziej, mówię jej, że może to przez wentylację słychać głosy z pokoju obok albo piętro niżej, żeby się uspokoiła i poszła spać, nie ma tu żadnego Rosjanina. Ona blada jak ściana mówi, że się boi, więc poszliśmy do recepcji w celu zamiany pokoju. Tłumaczę recepcjoniście, że pani boi się spać w tym pokoju, bo według niej w łazience jest jakiś Rosjanin, uśmiecham się i mówię, że pani pewnie ma koszmary albo wentylacja... Recepcjonista zbladł, poszedł z nami na górę, zabrał walizki pani, przenieśliśmy ją do zupełnie innej części hotelu.
Po tym wszystkim poszedłem zapalić, zagaił mnie recepcjonista i mówi, że wielu gości zgłasza, że w tym pokoju jest ktoś w łazience. Facet tłumaczył, że nie zna dobrze historii tego miejsca, ale zdarza się, że goście zgłaszają hałasy dobiegające z łazienki tego pokoju. Podobno, podkreślam podobno jakiś ruski nachlał się jak świnia i utopił się w wannie w tym pokoju i od tamtej pory tam straszy.
Mam 15 lat. Od zawsze bardzo lubiłam gotować. Piekę ciasta i inne słodkości. Rok temu przeszłam na wegetarianizm i codziennie dla siebie gotuję. Kiedy jadę do babci, zawsze staram się coś przygotować.
Jedynym problemem jest moja matka. Wyznaje bardzo tradycyjne wartości dotyczące kobiet i mężczyzn, mimo że sama jest bardzo wykształcona i pracuje w miejscu, w którym - według jej światopoglądu - powinni pracować sami faceci. Nigdy nie sądziłam, że może wierzyć w coś takiego.
Raz mój dziadek powiedział, że robię dobre ciasta, na co moja matka wyjechała z tekstem "No tak, przecież jest dziewczynką". Myślałam, że tylko raz, jednak ona zaczęła mówić tego typu rzeczy coraz częściej. Np. "Jesteś dziewczyną, musisz posprzątać po obiedzie" lub "Kobiety muszą słuchać męża" oraz "Każda kobieta marzy o mężu i dzieciach".
Przez nią i jej "złote myśli" całkowicie przestałam lubić gotować, bo wtedy wydaje mi się, że wyglądam jak typowa kura domowa usługującą swojemu mężowi. To bardzo mnie rani.
Dodam, że jestem homo, a ona cały czas mówi mi o rodzinie jako najpiękniejszym co może mnie spotkać.
Kiedy powiedziałam jej, że nie chcę mieć dzieci, ona była strasznie wkurzona. Boję się co będzie jak zrobię coming out, którego cholernie się boję.
Mam nietypowe hobby...
Często przeglądam miejsca, gdzie kobiety szukają partnerów na wesele i zgłaszam się z chęcią udziału. Oferty z całej Polski. Średnio co 2-3 tygodnie jestem na jakimś weselu.
Robię to, gdyż lubię takie imprezy. I nie, nie robię żadnego wstydu partnerkom.
Czy pamiętasz świat sprzed koronawirusa?
Pamiętasz, co działo się nie tak dawno temu?
Pamiętasz spacery po parku, swoją spokojną pracę?
Pamiętasz na kogo kiedyś głosowałeś?
Pamiętasz, jakie ideały przyświecały Ci w życiu?
Czy pamiętasz jakie telewizja pokazywała tragedie w innych miastach, krajach, kontynentach?
Pewnie pamiętasz, ale wiele rzeczy bagatelizowałeś, bo to nie był Twój problem.
Jak przyszedł do nas ten straszny wirus, to się nam nagle zmienił punkt widzenia, aż sama nie mogę wyjść z szoku.
Przypomnij sobie strajk nauczycieli, to było niedawno. A teraz powiedz głośno jeszcze raz to wszystko, co mówiłeś wtedy, tym nauczycielom, którzy uczą z domu i mają w tym czasie w domu swoje dzieci.
W d*pie im się przewróciło, prawda?
Powiedz im, gdzie są służbowe laptopy dla wszystkich, żeby mieli na czym pracować.
Powiedz im, że za te marne pensje mieli kupić swojej dwójce czy trójce dzieci komputery, żeby miały się na czym uczyć.
Pamiętasz, jak podczas strajku pielęgniarek czy lekarzy mówiłeś, że za nic biorą kasę?
Piją kawkę na dyżurach, na niczym się nie znają, a tylko chcą pieniędzy.
Przecież ONI TYLKO RATUJĄ LUDZKIE ŻYCIE.
Teraz powiesz, że są bohaterami na pierwszej linii frontu. I jeszcze powiesz, że należy im się za to wielki szacunek.
WOW CO ZA ZMIANA! 👏
Pamiętasz, jak kasjerki żaliły się w internecie, że ludzie są chamscy, że ich nie szanują?
Napisałeś wtedy w komentarzu: "jak się nie podoba, to zmień robotę". Kolejna osoba napisała: "trzeba było się uczyć, hłe hłe".
A teraz im dziękujesz, bo narażają życie, żebyś miał co do gara włożyć, bo swojej kasy nie zeżresz.
I na dokładkę kierowcy tirów. Pamiętasz? "Tiry na tory", bo niszczą i blokują drogi. Kierowcy to brudasy, chamy i buraki.
To teraz popatrz, że kiedy Ty siedzisz w domku na dupsku, oglądając kolejny serial na netflixe, to ten kierowca wiezie towar z Włoch, a nawet z tej nieszczęsnej Lombardii, żeby ktoś tu mógł dalej prowadzić firmę.
Wraca z trasy i jego kwarantanna nie obejmuje, bo jak stanie transport, to nie będzie nic. Wraca, siedzi z rodziną, nie wie, czy zaraża czy nie. Zaraz musi jechać dalej, żebyś miał co w sklepie kupić albo zamówić z neta.
JEŻELI TERAZ ICH ROZUMIESZ I WIDZISZ MIEJSCE W ŚWIECIE INNYCH LUDZI, TO CZEMU NIE WIDZIAŁEŚ TEGO WCZEŚNIEJ?
Ludzie, czy potrzebny nam wirus z drugiego końca świata, żebyśmy nabrali ludzkich odruchów?
Szanuj siebie i innych.
Szanuj rodzinę.
Szanuj zdrowie.
Masz jedno życie, a psikus polega na tym, że nikt z nas nie wie, kiedy będzie GAME OVER.
Kiedyś zostałam prawie porwana.
Miałam wtedy 14 lat. Wyszłam ze szkoły, kiedy podszedł do mnie mężczyzna w średnim wieku. Wydawał się miły. Powiedział, że jest znajomym moich rodziców i miał mnie zabrać do siebie na dwa dni, bo rodzice musieli pilnie wyjechać. Zdziwiłam się bardzo, bo nie słyszałam o żadnym wyjeździe. Jednak mężczyzna bardzo przekonująco opowiedział mi jak to wyszło z tym wyjazdem. Byłam głupia, ale wsiadłam z nim do samochodu.
W trakcie jazdy postanowiłam zadzwonić do mamy, że już jadę z tym ich znajomym. Facet wtedy kazał mi urwać połączenie i oddać mu telefon. Oddałam, po czym powiedział, że on sam zadzwoni. Przyłożył mój telefon do ucha i "rozmawiał" z moją mamą. Wydawało mi się, że udawał, bo nie słyszałam żadnych odgłosów z słuchawki, miałam jakieś złe przeczucie.
Jechałam w milczeniu, ze stresu brzuch mnie rozbolał, miałam gulę w gardle, nie wiedziałam co robić. Powiedziałam do tego faceta, żeby zawiózł mnie do babci, ale on się nie zgodził i dalej próbował mnie przekonywać, że wszystko jest okej, dobrze spędzimy ten czas i wrócę niedługo do rodziców.
Kiedy zatrzymaliśmy się na czerwonym świetle, zaczęłam bić pięściami w szybę i krzyczeć. Facet się zdenerwował, kazał mi się zamknąć. Jakieś dwie minuty później zatrzymał się i kazał mi wyjść. Pewnie przestraszył się, że ktoś mnie zauważył.
Traumę mam do dziś, a minęło już 8 lat od tej sytuacji. Rodzicom nie powiedziałam niestety, bo bałam się, że dostanę ochrzan za to, że wsiadłam z obcym do samochodu i pewnie słusznie.
Pięć lat temu, mając prawie 30 lat, straciłam nadzieję na miłość. Po kilku nieudanych związkach i zawodach miłosnych i po trzyletniej przerwie od związków poznałam jednak swojego obecnego partnera - w dość śmieszny sposób.
Zmieniając pracę, musiałam zmienić również miejsce zamieszkania. Znalazłam wymarzone mieszkanie na dużym osiedlu, gdzie na kilka bloków przypadał jeden duży parking. Był weekend, a że zima była zimą, to na dworze biało. W domu pusta lodówka, więc trzeba było jechać na zakupy. Patrzę przez okno, że pełno śniegu, to biorę skrobaczkę i miotełkę, wychodzę i udaję się do auta. Zaczynam odśnieżać, skrobać przód, potem tył, upociłam się przy tym okropnie, ale dobra, gotowe!
Otwieram drzwi pilotem, a tu nic! Łapię za klamkę - nic! Próbuję otworzyć drzwi kluczykiem, ale nic to nie daje. Wkurzona, zmarznięta i zła stoję nie wiedząc co jest grane, gdy słyszę zza pleców, że ktoś krzyczy, żebym nie szarpała za klamkę i co ja w ogóle robię. No to odpowiadam zgodnie z prawdą, że chcę jechać na zakupy i nie mogę dostać się do swojego samochodu.
Co się okazało? Odśnieżyłam nie swoje auto... Jego właściciel (a mój obecny partner) od słowa do słowa zaprosił mnie w ramach podziękowania na kawę :)
PS Moja pomyłka była uzasadniona tym, że mieliśmy oboje auto popularnej marki, ten sam model i ten sam kolor.
Szef zaprosił mnie do swojego gabinetu, żeby omówić ze mną moje nowe obowiązki związane z awansem. Wcześniej pracowałam na dość niskim stanowisku, więc sam fakt, że mam rozmawiać z szefem w jego gabinecie był dla mnie dość nowy. Poprosił, żebym usiadła, po czym powiedział, że mam zaczekać chwilkę, a on pójdzie po herbatę.
Pozytywnie mnie to zaskoczyło, że chce rozmawiać ze mną przy herbacie, ale nie miałam na nią ochoty i o mały włos nie powiedziałam, że za nią dziękuję.
Całe szczęście, że tego nie powiedziałam, bo on tę herbatę przyniósł tylko dla siebie.
Chciałam napisać komentarz do historii #Y2MiC, ale za długi wyszedł. Wszyscy tak jednoznacznie oceniliście dziewczynę, a ta historia mogłaby być o mnie. Przedstawię Wam, jak mogła wyglądać druga strona medalu.
Od początku podkreślałam, że nie chcę ślubu ani dzieci, że zależy mi na partnerstwie, że źle bym się czuła w centrum uwagi jako panna młoda. Partner niby rozumiał, niby myślał tak samo.
Po kilku latach nagle słyszę, że bardzo mu zależy na ślubie CHOCIAŻ cywilnym. Zgodziłam się pod warunkiem skromnej uroczystości dla kilku najbliższych osób, no i się zaczęło:
1. a może jednak kościelny, to też jego uroczystość, a zawsze o tym marzył, co mi szkodzi...
2. on by chciał więcej ludzi, w końcu to jeden taki dzień w życiu, jego brat nie miał hucznego wesela, to chociaż on by miał
3. co prawda wie, że źle się czuję w stylu księżniczki (suknia, makijaż itd.), ale "to tylko jeden dzień, jakoś się przemęczysz", "ślub jest jednym dniem w życiu, możesz to przecież dla mnie zrobić".
I wiecie co? Nie zgodziłam się na żadne z powyższych, a zamiast ślubu było rozstanie. A z jego perspektywy wyznanie mogło wyglądać tak jak tamto - on, kochany, zgodził się na cywilny, a ja egoistka nie poszłam na ustępstwa... Jakby ślub, którego nie chciałam, nie był wystarczającym kompromisem.
Kiedy miałem 11 lat, mój ojciec zginął w wypadku. Matka była wtedy w ciąży, miesiąc później urodził się mój brat. Mama i ja byliśmy oczywiście była załamani, ale jakoś dawaliśmy radę, zwłaszcza że pomagał nam brat matki.
Kiedy młody miał trzy lata, matka znalazła sobie nowego męża. Mnie od początku nie mógł ścierpieć, mały go wkurzał, bo zachowywał się jak to małe dziecko (bawił się, zdarzało mu się płakać i prosić o uwagę). Ojczym po jakimś czasie stracił pracę, na wszystko pracowała matka. A on zaczął pić, spraszać koleżków i generalnie się obijał. I zaczął nas bić. Matka w niego ślepo wpatrzona, ciągle powtarzała, że on od dziecka ma trudno, my musimy być wyrozumiali i go nie denerwować. Ona pokornie wszystko znosiła, ja się stawiałem, zwłaszcza kiedy czepiał się młodego, a przeszkadzała mu każda pierdoła. Kiedy wspomniałem o tym wujkowi, dostałem ostry łomot i ochrzan od matki. Potem dostałem kolejny raz, bo opieka zaczęła się nami interesować. Uwierzyli jednak, że to był chwilowy trudny czas i odpuścili. U mnie w szkole i tak olewali temat, a mały do przedszkola nie chodził. Sąsiedzi nic nie widzieli, nic nie słyszeli.
Niedługo później po powrocie ze szkoły zastałem brata zapłakanego z rozbitym nosem. Ojczym szarpał matkę, ona błagała, żeby odpuścił. Przywaliłem mu kilka razy, ale on był silniejszy i oberwałem jak nigdy. Matka tylko cicho prosiła, żeby mi darował. Oczywiście nie było mowy o lekarzu, ale na moje szczęście wujek wpadł z niespodziewaną wizytą i od razu zabrał mnie i małego na pogotowiu. Ja kilka dni spędziłem w szpitalu, potem zamieszkaliśmy u wujka i jego żony. Kilka razy słyszałem, jak kłócili się z matką, która uważała, że wszystko samo by mi się zagoiło. Wujek nie odpuścił i zostali z ciocią rodziną zastępczą dla mnie i brata.
Mieszkałem z nimi do studiów, brat dalej z nimi mieszka (ma prawie 16 lat). Matka została przy ojczymie, rzadko nas odwiedzała. Wujek próbował pomóc jej od niego odejść, ale po kilku latach się poddał.
Ja ułożyłem sobie życie, mam narzeczoną i córkę, jesteśmy szczęśliwy. Brat też dobrze sobie żyje, wujka i ciocię traktuje jak rodziców, kuzynkę jak starszą siostrę. Ja w sumie też.
Niby rozumiem, że matka jest zmanipulowana i uzależniona od tego potwora, ale nie umiem jej wybaczyć tego, że ani razu nie próbowała nas ratować i ukrywała bicie. Może kiedyś to zrobię, ale nie teraz. Narzeczona mnie rozumie. Próbowaliśmy pomóc mojej matce, też bez skutku.
Nie życzę jej źle, ale często nachodzi mnie myśl, że on ją zatłucze i nikt tego nie powstrzyma.
Święta, niedziela palmowa, msza w kościele, ja (5-, może 7-letni leszcz) i tata stoimy gdzieś pośrodku kościoła wraz z innymi wiernymi, których zawsze w ten dzień magicznie przybywa, gdyż nawet ci co nie chodzą do kościoła przez 364 dni w roku, tego dnia idą, aby poświęcić tę jakże swoją ekstra palemkę.
Co istotne, mój tata jest weterynarzem, czasem zdarza mu się wizyta, w której musi "odkleić" łożysko krowie, która się wycieliła, a dalej nie wydaliła go z macicy.
Czasem zdarza się, że przez nieuwagę gospodarza takie łożysko siedzi w tej krowie tydzień, a czasem dłużej, a jak wiadomo jest to hmm... a raczej była żywa tkanka, która jak każde inne mięso (choć w sumie mięso to nie jest) psuje się.
Ostatecznie po akcji usuwania takiego łożyska ręce mojego taty pachną nie najlepiej.
No to stoimy w tym kościele i jak to rodzic ma w zwyczaju, tata kładzie ręce na swojej pociesze, na ramionach...
No i czuję, że wali gównem i padliną, więc mówię tacie po cichu:
- Tata, weź te ręce, bo śmierdzi.
Tata zdumiony, bo nie miał w ostatnim czasie (nawet trzy dni takie ręce potrafią śmierdzieć) takiej akcji, ale wziął ręce i stoimy dalej.
Za chwilę zapomniał się i znów kładzie mi ręce na ramionach...
- Tata, ręce ci walą.
I tym razem dla pewności no powąchałem te dłonie dokładniej i trochę się zaskoczyłem, bo to nie one śmierdzą....
No i tak stoimy sobie w tym smrodzie dalej, kiedy przychodzi moment pierwszego klęczenia.
Jak już wspominałem, ludzi było w kościele całkiem sporo, w tym taka stricte świąteczna sebastianowo-karynowata parka, z której to ta dziewczyna stała przede mną.
Klękamy... dziewczyna nachyla się by klęknąć i tym sposobem jej tyłek zbliża się do mojego nosa, a z tym tyłkiem smród gówna i padliny...
Ufff, klęczenie minęło...
- Tata, to nie tobie śmierdzą te ręce, tylko tej dziewczynie tak z dupy wali....
Jedna z ulubionych i do dzisiaj wspomnianych przez mojego tatę historyjek :D
Dodaj anonimowe wyznanie