#Ltqly

W okresie tego całego wirusa zaczęłam więcej czasu spędzać z mamą. Nigdy nie byłyśmy bardzo blisko, w dodatku teraz jestem na studiach i widujemy się dosyć rzadko ze względu na odległość. I może to nie anonimowe, ale mama dzisiaj po paru lampkach wina opowiedziała mi coś, czego nigdy wcześniej nikomu nie wyjawiła.

Kiedyś miałam brata, który zmarł mając zaledwie 2 lata. Brat urodził się z wadą serca i od początku lekarze wprost mówili, że długo nie pożyje, jednak cała rodzina nie brała na poważnie tych prognoz i wierzyła, że brat wyzdrowieje, że stanie się jakiś cud. Mama jednak w duchu przygotowywała się na jego odejście. Gdy był niemowlakiem, często brała go do ręki i gdy układa go do snu, to udawała, że jego kołyska to tak naprawdę mała trumienka. Nie mogła sobie wyobrazić jak takie małe stworzenie może mieć urządzony pogrzeb i jak mała musi być dla niego trumienka (brat był znacznie mniejszy niż powinien być). Kiedy w końcu brat odszedł, mama była bardzo spokojna. Rodzina ojca wręcz zarzucała jej nieczułość, bo nie okazywała swych emocji otwarcie. W rzeczywistości praktycznie od pierwszego dnia przygotowywała się na jego śmierć, a gdy w końcu przyszedł jego czas, to poczuła ogromną ulgę.

#BxvIA

Czuję się okropnym rodzicem.

Mam syna szesnaście lat, straszny leń, ale inteligentny i pomysłowy, oraz czteroletnią córkę, która jest małym, okropnym atencjuszem.

Kiedy zamknęli przedszkola i szkoły, przez dwa tygodnie zostawałem w domu, potem moja partnerka, ale nie możemy sobie pozwolić na takie opuszczanie pracy, zwłaszcza w dobie kryzysu (istnieje spore ryzyko nieprzedłużenia umowy dla nas obojga).
Syn zaproponował się, że będzie siedział z małą. Lekko mówiąc nie byłem do tego pomysłu przekonany, bo córka jak już mówiłem jest strasznym atencjuszem (nawet jak na swój wiek) i non stop wymaga uwagi. No, a przynajmniej tak mi się wydawało.

Mieszkam w domu segmentowanym, w drugim segmencie mieszka moja rodzicielka (mamy wewnętrzne schody), więc razem z żoną uznaliśmy, że jakby co, młody nie jest z dzieckiem zupełnie sam (poza tym chłopak ma zrobione kursy z pierwszej pomocy i wie co robić w sytuacjach krytycznych, co już kilka razy udowodnił).
W każdym razie, na wszelki wielki i tak zamontowaliśmy małą kamerkę w salonie (taką jak do obserwacji niemowlaków), bo tam głównie siedzą.

Przez pierwsze dni sprawdzaliśmy ją regularnie z partnerką, potem ponieważ nic się nie działo, przestaliśmy. Syn o niej wiedział.

Teraz kiedy wracam do domu zauważam z przerażeniem jak wszystko się zmienia.

Młody dalej jest taki sam, głównie nic nie robi, czyta książki i gra w gry, ale moja córka zmieniła się pod jego opieką nie do poznania.
Tak jak kiedyś, co wydawało mi się poniekąd naturalne, dużo rzeczy trzeba było robić za nią albo jej w nich pomagać, tak teraz potrafi zrobić sama prawie wszystko.

Sama się ubiera, sama jest w stanie sobie zrobić picie (syn wziął baniak po soku, nalał do niego wody i zamontował w nim pompkę, aby sama mogła sobie wszystko nalewać), sama organizuje sobie zabawę, a nawet jest w stanie włączyć telewizor i wybrać sobie kanał, albo wybrać i puścić bajkę na DVD (ja sam uczyłem się obsługi tego cholerstwa przez trzy tygodnie).

Wczoraj jednak wszystko przeszło moje oczekiwania, bo kiedy piłem sobie herbatę po pracy, mała przyszła do mnie do kuchni, otworzyła lodówkę, wyjęła składniki i zaczęła robić sobie kanapki.
Kiedy ją zapytałem skąd to umie, to było oczywiście "Mati mi pokazał!".
Dopiero wtedy zauważyłem, że większość produktów w mojej własnej lodówce została przeniesiona na dolne półki.

Wiem, że to brzmi głupio, moja partnerka tak tego nie odczuwa, ale ja czuję, że zawaliłem jako rodzic w stosunku do małej. Nie byłem w stanie pokazać i nauczyć mojego własnego dziecka takich, w gruncie, prostych, podstawowych rzeczy.

Czuję się winny, bo mam wrażenie, że robiłem z niej jakąś amebę, traktowałem jak jajko.

I przepraszam, że wylewam tu żale, ale żona w ogóle nie chce mnie słuchać i nie traktuje mnie poważnie. Zapewne jestem przewrażliwiony, a ona ma rację.

#qc9Js

Moja mama ma kubek z napisem typu "super mama". Skręca mnie na widok, kiedy dumnie z niego pije. Dlatego staram się nie dopuszczać do takich sytuacji. Zwykle staram się go chować na tył szafki, za innymi a jeśli widzę, że jednym z ostatnich czystych jest właśnie TEN kubek, to wsadzam go do zmywarki lub sama z niego korzystam.

Nie robię tego jej na złość. Robię to, dla spokoju swojej duszy. Żeby być "super mamą" nie wystarczy zapewnić dach nad głową. Są rzeczy, których nie można kupić ani na nie zapracować.

#yn5zl

Około 10 lat temu zapoznałem na pewnym czacie M.
M. była wtedy o trzy lata młodsza ode mnie, miała bowiem 23 lata. Przynajmniej tak podawała. Pisaliśmy z sobą przez dwa lata, zanim w końcu postanowiliśmy się spotkać.
Zakochałem się, cholera. Naprawdę, niesamowicie mocno wpadłem w miłosny stan. Ona rozumiała wszystko co pisałem, można z nią było pogadać na wszystkie tematy i była bardzo dojrzała. SMS-y, GG, e-maile wysyłane były codziennie w ilościach hurtowych. Nigdy nie poprosiliśmy o swoje zdjęcie ani nic w tym stylu, bowiem nie chcieliśmy sobie psuć kontaktu, gdyby się okazało, że któreś z nas jest szpetne.

Wyobraźcie sobie moją minę, gdy M. okazała się dwunastolatką, która myślała, że zgrywam się z tym, że mam 26 lat, bo przecież tak starzy ludzie nie używają internetu. A bynajmniej nie do szukania dziewczyny na czacie.

Z M. nadal piszę, jest moją najlepszą przyjaciółką. Jednak przez pierwsze trzy lata dalszej znajomości pisałem bardzo ostrożnie, bojąc się wjazdu prokuratora na chatę.
Z miłości do niej wyleczyłem się już dawno temu, a moim znajomym, którym chwaliłem się M. jak najęty powiedziałem, że mnie wystawiła i nigdy więcej nie napisała.

#WQhvo

Kiedyś na studiach mieszkałam w jednym pokoju z jedną dziewczyną. Pasowało nam swoje towarzystwo, o dziwo żadnych spięć, nawet były wspólne wyjścia, no naprawdę fajnie. Jedyne czego nie trawiłam to jej facet. Totalny palant, nie wiem co tak wrażliwa i mądra dziewczyna z nim robiła.

Kiedyś budząc się rano zostałam poinformowana, że Krzysiu będzie z nami mieszkał. W jednym pokoju. Z nami. Że co? Pokój niby duży, ale jednak sytuacja komiczna. Na dniach okazało się, że mają zamiar się mnie pozbyć jak najszybciej. Koleżanka totalnie się zmieniła, była chamska, dawała do zrozumienia, że mam spadać. Nie wiedziałam co robić, miałam dużo problemów osobistych, brak kasy, nie było opcji wyprowadzki z dnia na dzień. Doszło do tego, że nocami się włóczyłam po wielkim mieście, nie mając ochoty wracać. Czułam się jak śmieć.

W końcu z nieba spadła mi dawna znajoma. Szukała kogoś do samodzielnego pokoju w tej samej dzielnicy. Mogłam się wprowadzać z miejsca. Dużo rzeczy nie miałam, więc popędziłam na mieszkanie spakować się. Nie było nikogo. Ogarnęłam się szybko i zauważyłam, że chłoptaś zdążył się mocno zadomowić. W mojej części pokoju postawił swój ukochany komputer. Akurat zbierałam kosmetyczkę i w ręku trzymałam małe nożyczki, coś mnie podkusiło i bez zastanowienia zaczęłam wbijać je w kable od komputera, dziurawiąc w kilkunastu miejscach. Poczułam mega satysfakcję i po prostu wyszłam.

Nikt się do mnie nie odezwał, nie wiem, czy mogłam coś uszkodzić, ale do dziś mam satysfakcję, choć minęło 10 lat.

#w2krb

Jak wiadomo, wiele osób aktualnie przebywa w domu z racji koronawirusa. Tak samo jest w przypadku mnie i mojego brata.

Kilka dni temu nasza mama dostała możliwość pracy zdalnej i siedzi z nami w domu. I wiecie co? Czy wszyscy ludzie z tego pokolenia nie umieją się cieszyć życiem? Mama po skończonej pracy bierze się za sprzątanie. Okna, układanie w szafkach. I tak prawie codziennie. Rozumiem, że trzeba dbać o porządek, oczywiście. Tylko boli mnie, że od kiedy pamiętam mama zamiast posiedzieć z nami i np. obejrzeć film czy ułożyć puzzle lub zagrać w Scrabble, cały wolny czas spędza na porządkach. A potem jeszcze narzeka jak to się narobiła i ledwo chodzi.

Rozmowy nic nie dają. Próbowałam nakłonić ją do czytania, znaleźć jakieś hobby. Na nic. Jej jedyny sens życia to chyba praca i ogarnianie domu od rana do nocy. W wolne dni wstaje o 6 rano i na siłę szuka sobie pracy. Pomagam z bratem jak mogę, byle zawsze zrobić co trzeba jak najszybciej, zarówno by odciążyć mamę, jak też po to, by coś nam zostało z czasu wolnego. Naprawdę boli mnie, że zamiast cieszyć się, że można coś razem porobić, to na samą myśl o wstaniu rano i sprzątaniu chce mi się wręcz płakać.

#mrnbV

Lata temu byłam na imprezie urodzinowej jednej z koleżanek. Nigdy nie upijałam się do tego stopnia, żeby nie móc się kontrolować, znałam swoje granice, miałam hamulce, które nigdy nie zawiodły. Nie mam pojęcia dlaczego, ale w pewnym momencie imprezy po prostu odleciałam. Z reszty zabawy nie pamiętam nic.

Tak brzmi wersja oficjalna.

Faktycznie, urwał mi się film z nieznanej przyczyny. Ale miałam przebłyski świadomości w niektórych momentach. Między innymi, pamiętam moment, kiedy wstałam z kanapy i wyszłam z pokoju. Desperacko potrzebowałam skorzystania z toalety. Tam okazało się, że jest zajęta, nie mówiąc o lekkiej kolejce przed nią. Czułam katastrofę, więc skręciłam do łazienki z zamiarem odlania się pod prysznicem. Ale i tu był problem, a nawet dwa: drzwi nie miały zamka i każdy mógł wejść "odświeżyć się", a w łazience wcale nie było prysznica, tylko wanna, z której w ówczesnym stanie nie wyszłabym bez szwanku. Nic więcej nie zdążyłam wymyślić, bo nie wytrzymałam i zlałam się w majtki.

Na tym historia mogłaby się skończyć, ale nie wtedy, gdy miałam jeszcze jakieś pomysły.

Olałam możliwość wparowania kogoś do łazienki i w najwyższym skupieniu postanowiłam pozbyć się dowodu zbrodni. Zdjęłam zasikane rajstopy i majtki z zamiarem przetransportowania ich cichcem do torby, jednak na schodach pod drzwiami ktoś rozmawiał. Wszystko wrzuciłam więc do kosza na brudy organizatora, wręcz zagrzebałam w leżących tam rzeczach, żeby ewentualnie nikogo nie zaskoczył widok fioletowych majtek w kwiatki. Zmoczyłam skraj ręcznika, wytarłam zapaskudzone miejsca, zmoczyłam jeszcze raz, by go przepłukać, wytarłam się suchą częścią, a następnie upchałam w koszu śladem bielizny. Tak oporządzona wyszłam z łazienki, psiknęłam się perfumami "bo czuję, że dezodorant traci moc" i wróciłam do towarzystwa odarta z majtek, rajstop i godności.

Drugi raz "ocknęłam się", kiedy postanowiłam pójść spać do pokoju gościnnego.

A trzeci raz wtedy, gdy obok mojej śpiącej, zezgonowanej osoby, ktoś zaczął się zabawiać. W końcu pijana dziewczyna na pewno nie zrozumie, co się dzieje trzy metry dalej. Nie mam pojęcia, kim była ta parka, bo było całkowicie ciemno. Na szczęście byłam tak śpiąca, że zaraz znowu usnęłam i nie słyszałam reszty spektaklu.

Więcej faktycznie już nie pamiętam.


Zajście brzmi na długie, ale trwało raptem ok. 2 minut, bo wyszłam i wróciłam, gdy leciała ta sama piosenka. W półmroku prawdopodobnie nikt nie zauważył braku rajtek, a spódnica była dość długa i nie ucierpiała, więc całe szachrajstwo wydawało się mieć sens. Nikt też nigdy o to nie zapytał, a z większością tam obecnych do tej pory się przyjaźnię. Schowane rzeczy zabrałam rano, zbierając się do wyjścia.
I mimo utraty godności, jestem poniekąd dumna, że byłam w stanie tak kombinować będąc totalnie pijaną.

#Q1yeQ

Nie znoszę własnych dzieci...

Wielu rodziców uzna mnie teraz za potwora, wiem. Nie jest tak, że nigdy nie chciałem dzieci i to przez to. Kiedy 8 lat temu urodziła się moja córka, szalałem z radości, 4 lata później syn, kolejna euforia. Więc w czym problem? W mojej żonie, która nie chciała wrócić do pracy (nie zmuszałem, jesteśmy w dobrej sytuacji finansowej), by wychować dzieci. Tak je wychowała, że dzieciaki są rozwydrzone, wszystko wymuszają płaczem i krzykiem, np. rozmawiam przez telefon, a dziecko krzyczy, że mam skończyć, bo ono chce pograć. Dom, którego budowę zakończyliśmy dwa lata temu jest zniszczony jakby mieszkało w nim stado dzikich zwierząt. Rodzina nienawidzi jak odwiedzamy ją z dziećmi, ponieważ wszędzie robią bałagan i szkody, nie da się normalnie porozmawiać, bo one uważają się za pępki świata.

Powiecie, że dzieci takie są. Ale nie, inne dzieci takie nie są. Moja żona nigdy na nie nie podniosła głosu, nigdy nie zostały za nic wyzwane, nigdy nie dostały nawet delikatnego klapsa. Co chcą, to dostają, jeśli nie - płacz i furia. Kiedy jesteśmy u rodziny i znajomych, dzieciaki dobierają się do ich sprzętów, brudzą ściany, męczą zwierzaki, a moja żona nie robi kompletnie nic. Jeśli ktoś im zwróci uwagę, od razu staje się wrogiem. O seksie mogę również pomarzyć, ponieważ dzieciaki, mimo że posiadają własne pokoje, muszą spać z nami, bo one tak chcą i tak będzie.

Zapytacie, gdzie byłem ja podczas wychowywania? Otóż za każdym razem, jak podniosłem głos lub po prostu im odmawiałem, moja ukochana robiła mi awantury, że na dzieci nie wolno krzyczeć, że do dzieci trzeba na spokojnie, że delikatne klapsy (naprawdę delikatne - nie jestem tyranem, chodzi mi o to, żeby dziecko wiedziało, że są granice), to przemoc i to się odbije na ich psychice. Dodatkowo często pracuję po 12 godzin lub mam dwu-, trzydniowe wyjazdy służbowe, więc choćbym chciał się za nich trochę "wziąć", to i tak nie ma sensu, ponieważ ja wyjdę do pracy, a żona nadal będzie robić swoje.

Czasami czuję, że nie wyrabiam, kocham żonę nad życie, ale mam jej za złe wychowanie naszych dzieci, tęsknię za czasami, kiedy wieczorem mogłem z nią w spokoju obejrzeć film, porozmawiać bez natychmiastowych ingerencji dzieciaków czy po prostu kochać się w łóżku. Nie tak wyobrażałem sobie rodzinę, tym bardziej że wiem, jak żyją inni, którzy również mają rodziny.

PS. Na imprezy typu wieczorek czy zwykła okazjonalna posiadówka w domu również nie chodzimy, bo dzieci nie mogą znieść myśli, że my gdzieś wychodzimy, a one zostają z babcią.

#sG7mr

Jeździłem kiedyś na wakacje Anglii do pracy, pomieszkiwałem w niedużym studiu u kumpla (pokój z aneksem kuchennym). Płaciłem połowę niewielkiego czynszu i w kilka tygodni oszczędzałem fajne sumki, po czym wracałem do Polski. On spał na łóżku, a ja na materacu pod częścią kuchenną. On oszczędzał na czynszu, ja szybko zarabiałem. Było fajnie i układ ten nam pasował, nawet jeśli czasem się nawzajem wkurzaliśmy. A wkurzaliśmy się.

W czasie upałów kumpel spał nago, na co nie zwracałem uwagi, dopóki nie zaczął tak przesiadywać nad grami również za dnia. Ignorował moje prośby o założenie majtek mówiąc, że jego dom i może robić co chce, a ja księżniczkuję, bo nigdy nie mieszkałem z facetami. "Księżniczkowanie" stało się jego słowem wytrychem, które słyszałem za każdym razem, gdy na coś się skarżyłem: przymnij okno na noc, jest zimno i boli mnie gardło - weź nie księżniczkuj. Zeżarłeś moje ostatnie bułki i jajka - nie księżniczkuj. Używałeś rzeczy sąsiadów, skapnęli się i zwaliłeś na mnie! - aj tam, nie bądź taką księżniczką!

Czasami udawało mu się ostro mnie wkurzyć, nie miałem jednak za bardzo pola do zemsty na swoim dobroczyńcy/oprawcy. Jako że jestem osoba podłą i bez serca, postanowiłem zniżyć się do robienia mu wrednych pranków.

Wychodząc raz na spacer do pobliskiego parku, znalazłem na ziemi różową spineczkę do włosów z pięknym kwiatem z wizerunkiem Królewny Śnieżki. Niewiele myśląc przygarnąłem ją i wróciłem do domu. Kumpel miał do pracy na południe, siedział więc nago na łóżku i grał w Tomb Ridera. Zaczęliśmy sobie o coś tam dogryzać, podszedłem do niego i udając, że klepię go po głowie jak psa (takie nasze chore poczucie humoru), umiejscowiłem na jego włosach różową spinkę. Ku mojemu zachwytowi, ubierając się nie zerwał spinki z głowy, nie spojrzał w lustro przed wyjściem i poszedł na piechotę 40 minut spacerem przez centrum miasta do pracy w fabryce. Spinkę wyczuł tuż przed wejściem w bramę fabryki. Wyglądał w niej rozkosznie (choć trochę jak niepełnosprawny pedofil). Wspominał, że na początku spaceru był bardzo miło zaskoczony ilością małych dzieci, które po drodze machały do niego z uśmiechem. Matki za to patrzyły się jakoś dziwnie. Żart przyjął na luzie i skończył z księżniczkowaniem ;)

Innym razem obudziłem się przed nim i ujrzałem jego nagą rzyć wypiętą beztrosko w moją stronę. Niewiele myśląc sięgnąłem po opakowanie angielskich czekoladek, urwałem niewielki kawałeczek i z wielką ostrożnością, delikatnie umieściłem go między jego pośladkami. Wiedziałem, że czeka mnie niezła awantura jeśli to nie wypali, ale ku mojemu zaskoczeniu nie obudził się. Temperatura zrobiła swoje. Gdy wstał, nagle zrobił się bardzo zmieszany, stwierdził cicho i z poważną miną, że chyba popuścił przez sen i poszedł się kąpać.
Nigdy się nie przyznałem.

#fvtko

Mam na imię Michał, mam lat 28. W domu nas było 7 plus rodzice, ale nie można było narzekać na brak jedzenia, ubrań. Raczej mieliśmy pod dostatkiem wszystkiego.
Problem się zaczął w momencie, kiedy mojego ojca jego własny ojciec oszukał na sporą kwotę pieniędzy.
Niestety sprawa wyszła bardzo późno, gdzie już trzeba było sięgać po drastyczne środki. Sprzedaż mieszkania, oddawanie swojej wypłaty co do złotówki, aby ojciec mógł spłacać długi...

Młodszy brat się zawinął, jak tylko się o tym dowiedział. Pozostałe młodsze rodzeństwo jeszcze nie pracowało, więc oczywiście ojciec grabił mnie z każdej kasy, jaką tylko miałem. Nigdy nic nie mogłem zostawić dla siebie.
Wkurzyłem się, wziąłem spory kredyt, aby spłacić to co pozostało, żeby móc oglądać swoją wypłatę.
Ale to i tak nic nie dało, ojciec co chwilę wymyślał pretekst, że na coś są potrzebne pieniądze, mimo że jego konto było już czyste, a wypłata wolna od komornika.

Ja głupi dałem się manipulować i dalej skubać.

Dzisiaj zostałem z długami na 180 tys., komornikiem na głowie i brakiem mieszkania.
A ojciec co? Wypiął się i potrafi tylko narzekać, że narobiłem sobie długów.

Morał z tego taki, że rodzinie nie warto pomagać.

Jeśli kiedyś dane mi będzie mieć własne dziecko, to nigdy nie dopuszczę do tego, aby było tak traktowane przeze mnie, jak mnie traktował ojciec.
Dodaj anonimowe wyznanie