Kilka lat temu poznałem Martę (imię zmienione), która studiowała inny kierunek niż ja, ale na tej samej uczelni. Wkrótce narodził się z tego związek. Podczas gdy ja byłem na piątym, a ona na czwartym roku, zdecydowaliśmy się zamieszkać razem. Oboje na studiach utrzymywaliśmy się głównie ze stypendiów, w mniejszym stopniu z niewielkiej pomocy finansowej od naszych rodziców.
Gdy po skończeniu studiów udało mi się znaleźć całkiem niezłą pracę, zacząłem coraz chętniej myśleć o sformalizowaniu naszej relacji. Wiedziałem jednak, że musimy z tym poczekać przede wszystkim do czasu ustabilizowania naszych finansów, tak żebyśmy mieli za co planować wspólną przyszłość. Im bliżej było jednak Marcie do zakończenia studiów, tym częściej zaczynała przebąkiwać o tym, że nie widzi jej się praca po ukończeniu nauki. W pewien sposób to rozumiałem, bo sam też miałem obawy przed wejściem na rynek pracy. Wspierałem ją najlepiej jak mogłem, opowiadałem o moich przygodach w pracy, przygotowywałem do rozmów rekrutacyjnych itp.
Po tym, jak skończyła studia, nie poszła do pracy. Jej stypendium się skończyło, a utrzymanie mieszkania i nas obojga przeszło w całości na mnie. Marta zapewniała wtedy, że bardzo mnie kocha i chciałaby spędzić ze mną resztę życia, ale naszą wspólną przyszłość wyobraża sobie wyłącznie tak, że to ja pracuję i utrzymuję nas, a ona zajmuje się domem i wychowuje dzieci.
To był dla mnie cios. Z jednej strony bardzo ją kochałem, ale z drugiej zupełnie nie odpowiadał mi taki układ. Starałem się dowiedzieć, skąd u niej takie wyobrażenie przyszłości i skłonić do zmiany zdania, ale moje wysiłki spełzły na niczym. Zamiast tego dawało się odczuć, że subtelnymi aluzjami starała się przekonać mnie do narzeczeństwa, ślubu, a potem postarania się o dzieci.
Po pół roku od ukończenia przez nią studiów rozstaliśmy się z mojej inicjatywy. Oboje mocno to przeżyliśmy. Czułem, jak pęka mi serce, ale jednocześnie czułem, że w tej sytuacji muszę pozostać nieugięty. Teraz od kilku miesięcy mieszkam sam i bardzo powoli odbudowuję się psychicznie.
Gdy zaczynam rozmyślać, czy na pewno dobrze zrobiłem, zrywając z Martą... wchodzę na Anonimowe. To tu bowiem kryje się jedno ze źródeł mojej motywacji do zakończenia naszego związku. Konkretnie, są nim pojawiające się tutaj historie o niepracujących żonach i utrzymujących całą rodzinę mężach.
To tutaj czytałem o mężach „gnojach”, którzy powinni nie tylko zarabiać na siebie, żonę i dzieci, ale także po pracy aktywnie brać na siebie ciężar obowiązków domowych i wychowywania potomstwa. Ta wizja była tak daleka od mojego poczucia sprawiedliwego podziału obowiązków (czyli oboje pracujemy, a po pracy dzielimy się obowiązkami), że przerażała mnie bardziej niż cokolwiek innego. Była silniejsza niż najsilniejsza miłość w moim życiu.
Jako studentka wynajmowałam pokój u pewnej staruszki - tanio jak barszcz, pokój duży, strasznie stare meble, ale czyściutko i ciepło. Dom był na tyle duży, że spokojnie z 10 osób by tam mogło mieszkać. Starsza pani w ogóle była bardzo miła, nie zadawała pytań, nie była wścibska. Zajmowała coś w rodzaju apartamentu na parterze, a dom składał się z takich mini mieszkanek bez kuchni albo pojedynczych pokoi.
Któregoś razu stwierdziłam, że dawno jej nie widziałam i postanowiłam, że zapukam do jej drzwi. Nikt nie otwierał, pomyślałam, że może śpi albo gdzieś wyszła. Kiedy to kolejny dzień nie mogłam jej zastać, wystraszona, że umarła albo zesłabła i leży gdzieś na podłodze, wdarłam się do jej mieszkania - czysto i nikogo nie ma.
Dwa dni później poszłam na policję zgłosić zaginięcie staruszki.
Znaleźli ją ze trzy dni później na polach Grunwaldu. Ta starsza pani w wieku około 90 kilku lat pojechała sobie z walizeczką na bitwę pod Grunwaldem! Mało nie umarłam ze strachu o nią, a ona sobie patrzyła uśmiechnięta na rycerzy w lśniących zbrojach!!
Od ponad roku chodziłam na korki z chemii. Problem w tym, że lekcji udzielała pani, która jest matką koleżanki mojej mamy.
Już od początku mi się nie podobało. Pani była bardzo flegmatyczna, 10 minut lekcji poświęcała na robienie sobie kawy/herbaty. Narzekała na podstawę programową i używała książek chyba z lat 80. Nic jej się nie podobało. Gdy zrobiłam źle zadanie, krzyczała, że ona jest mi niepotrzebna, bo i tak robię swoje. Zamiast coś spokojnie wytłumaczyć, krzyczy, stęka i sapie, a koniec końców nic nie rozumiem. Daje mi trudne zadania i mówi coś typu „tobie to zajmie 15 minut, a na koniec i tak będzie źle, więc ja pójdę sobie po ciastko”. W trakcie moich lekcji czasami w pokoju obok jej syn udzielał korków z gry na gitarze. I zamiast inaczej skomponować grafik, narzekała jedynie na syna, że ma migrenę od tej gitary.
W październiku przez całe zajęcia narzekała na Halloween. Raz przyszłam na zajęcia z mokrą parasolką i krzyczała, że jak to się powtórzy, to będę myć u niej parkiet. Lubię koty, ale w trakcie zajęć do pokoju wchodzi kot nauczycielki, a ona mówi do niego jak do człowieka hasła obrażające maturzystów. Uważa, że w podstawówce umiała więcej niż teraz studenci. Jest okropną osobą, cały czas narzeka, chodzi obrażona i jak za karę. Niczego się u niej nie nauczyłam, a baba bierze 70 zł za godzinę. Mówiłam rodzicom mnóstwo razy, że nienawidzę tam chodzić, a oni uważają, że nie mam na co narzekać, że pani była rewelacyjną chemiczką itp. Na nic moje tłumaczenia, że jedyne co robi to je, narzeka i robi kawę. Zmarnowaliśmy na to mnóstwo pieniędzy, a moje kolejne próby rezygnacji z tych zajęć kończyły się krzykiem. Chciałam znaleźć inną nauczycielkę i chodzić tam, ale rodzice utrzymują kontakt z córką tej mojej nauczycielki i szybko wyszłoby na jaw, że zrezygnowałam. Chcę iść na farmację albo na lekarski, a moja korepetytorka mówi, że nadaję się do pracy „za ladą jako sklepowa”. Nie mam nic do takiej pracy, ale nie chcę czegoś takiego wysłuchiwać.
Nauczycielka już w lutym drżała z powodu koronawirusa. Nie wychodzi z domu, odwołała lekcje. Miałam nadzieję, że koszmar się skończy, ale okazało się, że pani znakomicie poradziła sobie z obsługą komputera, bo pomógł jej w tym syn gitarzysta. Zadzwoniła do mojej mamy z informacją o zajęciach zdalnych. Pomyślałam, że to okazja do pokazania rodzicom prawdziwego oblicza tej baby. Na pierwszych zajęciach powiedziałam mamie, żeby ukradkiem patrzyła na tę babę i jej zajęcia. Ona tak zrobiła.
A korepetytorka jak odmieniona... Anioł, nie kobieta! Zero uszczypliwych komentarzy, wyrozumiała. Zadała mi współczesne arkusze maturalne (czego nigdy nie robiła). A na koniec kazała pozdrowić rodziców.
Czuję się jak oszust. Rodzice myślą, że kłamałam z lenistwa. Straszny wstyd, a tej baby i tak nie przyłapałam.
Niestety o wirusie, więc niechętni tematowi proszę ominąć.
Podczas codziennego wysłuchiwania statystyk zgonów i zachorowań zostałem oskarżony o to, że mnie to nie rusza (kolejną cyfrę skwitowałem zwykłym "aha"). Bo to prawda! Nie trafia do mnie liczba 15 zgonów dziennie, podczas gdy w innych krajach jest ich kilkaset. Czy mogę coś zrobić, żeby pomóc? Nie.
Nie jestem naukowcem, lekarzem, krawcem, policjantem, strażakiem itp. Siedzę w domu na dupie, jak rząd przykazał, zakupy raz na kilka dni itd. Mam usiąść i płakać, bo 15 obcych mi osób zmarło? Ludzie umierają codziennie bez tego i też jest źle. Napiszecie, że inaczej będę śpiewał, jak ktoś w mojej rodzinie zachoruje i będzie bliski śmierci. OCZYWIŚCIE, ŻE TAK! Bo to będzie bliska mi osoba!
Statystyki i tak codziennie sprawdzam po to, żeby być na bieżąco z informacjami. Oszczędności wystarczy mi na jakieś 3 do 5 miesięcy życia, gdybym stracił pracę. Po tym, jak już wszystko jebnie, to zacznę się martwić. Póki co żyję na tyle normalnie, na ile można.
Ostatnio przypomniała mi się historia swojego pierwszego zauroczenia.
Przez miesiąc/dwa było całkiem przyjemnie, wszystko wskazywało na to, że nasza relacja niedługo wskoczy na wyższy poziom. Jednak pewnego dnia on uznał, że nie jest w stanie tego dłużej ciągnąć, ponieważ wciąż czuje coś do swojej byłej dziewczyny i chciałby spróbować ją jednak odzyskać.
Przepłakałam kilka dni (nocy w sumie też), zastanawiając się, w czym ona była lepsza ode mnie. Znalazłam jej profil na Facebooku, następne na Instagramie i kiedy już przejrzałam w całości jej profile, zaczęłam szukać informacji o niej i zdjęć na stronie jej szkoły średniej, profilach jej znajomych + na bieżąco śledziłam, co umieszcza na Instagramie zarówno na profilu, jak i na swojej relacji.
Czy było mi mało? Nie, wszystkie te zdjęcia i artykuły zapisywałam w specjalnym folderze, który miałam ukryty i zabezpieczony hasłem, aby nikt go nie znalazł.
I tak sytuacja trwała około roku. Zauroczenie dawno mi przeszło, ale obsesja na punkcie tej dziewczyny trwała w najlepsze. W pewnym momencie uznałam, że to jednak nie jest normalne zachowanie i na początek starałam się chociaż przestać gromadzić nowe materiały, później przestałam zaglądać na jej konta, aż wreszcie usunęłam też i ten folder.
Cała ta akcja przypomniała mi się jakiś czas temu, kiedy po kilku latach, będąc na zakupach w galerii handlowej, zauważyłam ją w towarzystwie nowego partnera i znajomych.
Puenty brak, po prostu zmroziła mnie wtedy myśl, że ta dziewczyna tak naprawdę nie wie, kim w ogóle jestem, ale ja z kolei tak wiele wiem o jej życiu i tak uparcie śledziłam jej aktywność w social mediach.
Poroniłam.
Mało anonimowe, ale nie jest to temat, który chętnie poruszyłabym na rodzinnym obiadku lub w gronie znajomych.
Nie wiedziałam, że byłam w ciąży. Owszem, spóźniał mi się okres, ale zawsze był nieregularny, chociaż tabletki nieco ustabilizowały cykl. Jednak w zamieszaniu i stresie umknął mi fakt, że opóźnia się o dwa tygodnie. A ostatni faktycznie mógł być zbyt skąpy.
Lekki stres, apteka, łazienka i dwie kreski.
I o wiele większy nerw.
Dwa testy później wysuszyłam pęcherz i powoli zaczęłam akceptować sytuację.
A na drugi dzień zaczęło się krwawienie. Kolejnego ból, skurcze, fasolkowata grudka spuszczona w kibelku. Jeszcze jedna doba zmieniania podpasek i koniec. Następne siusiu na plastikowy wskaźnik - nadal dwa paski.
Nie planowałam dzieci, zabezpieczałam się z partnerem - tabletki, gumki, zakaz kończenia w środku. Za młoda, za duże plany, związek niby kilkuletni, ale nie śpieszy mi się do wspólnych zobowiązań. Nie ten czas, by latać z brzuchem. A instynkt macierzyński odpalał się u mnie tylko na widok zwierzaków, dzieci lubiłam zawsze, ale bez szału i euforii. Wmawiałam sobie, że z moimi będzie inaczej.
A jednak czuję ulgę przemieszaną z zawodem. Nie potrafię całkiem wyzbyć się myśli, że NIEMAL miałabym dziecko. I nawet świadomość, że to normalne, poronienia w pierwszych tygodniach są częste, nie skreśla przekonania, że może jestem jakoś wybrakowana.
Partner nie wie. Przeżywałby to bardziej, nakręcałby siebie i przy okazji mnie.
Nikt nie wie, bo sama nie wiem, z kim mogłabym szczerze, bez wstydu o tym pogadać. Utrata wpadki to raczej nie powód do dumy.
Na ciążowe fora nie pójdę. Zajrzałam i zaatakowały mnie litość, nadmiar współczucia i wspólne modły do "aniołków". Za to podziękuję.
Dziś po raz kolejny zrobiłam test. A nawet trzy. Tak dla pewności.
W końcu jedna kreska.
Jest to moja największa tajemnica. Zdradziłam raz chłopaka. Dotąd mam wyrzuty sumienia, chociaż było to z 10 lat temu. Zerwałam z nim od razu po tym, bo nie mogłam na niego i na siebie patrzeć. Powiedziałam mu prawdę i pogodziłam się, że nic dobrego mnie już w życiu nie spotka. Miałam w planach rzucić studia, wyprowadzić się, urwać wszystkie kontakty. Oczekiwałam burzliwej kłótni, rozstania, wrzasków! A wiecie co się stało? Widać było, że mu przykro, ale on tylko spojrzał na mnie i powiedział, że mam iść do specjalisty. Nie chciałam mu patrzeć w oczy, przecież miałam plany! Chciałam stamtąd uciec, chociaż sama nie do końca wiedziałam przed czym. Już miałam wykrzyczeć mu, że nie chcę jego miłości, nie chcę NIC od nikogo, chciałam trzasnąć drzwiami i wyjść a on jedyne, co robił, to obserwował mnie w ciszy aż w końcu powiedział, że nigdzie nie jadę, bo on zabiera mnie do specjalisty. Umówił mnie z psychiatrą. Dzisiaj mówi, że to dlatego, gdyż znaliśmy się tak długo, że zauważył, iż jest coś ze mną porządnie nie tak. Według niego nigdy bym tego nie zrobiła, gdybym była w normalnym stanie, a w tamtym momencie niestety padłam ofiarą przemocy domowej.
Niechętnie, ale poszłam razem z nim do psychiatry. On wytłumaczył mi, że takie skrajnie nieodpowiedzialne zachowania są często wynikiem wyparcia jakiejś traumy. Nie czułam się dobrze, czułam się zapędzona w kozi róg, chciałam wyjść, nie chciałam, żeby na mnie więcej patrzył. On jednak nie pozwolił mi wstać i powiedział, że to jedyna rzecz, jaką mogę dla niego po tym wszystkim zrobić. Nigdy tak nie płakałam, jak wtedy. Chciałam, żeby mnie zostawił, długo się broniłam, a on chodził za mną jak taki osioł i cierpliwie zaprowadzał na kolejne sesje. Jak mógł być tak spokojny? Nie zasługiwałam na to. Wtedy też zauważyłam, że nigdy nie trafię na kogoś, kto potrafi ujrzeć coś tak głęboko osadzonego wewnątrz mnie. Niestety długotrwały stres, cierpienie, molestowanie i przemoc psychiczna oraz fizyczna ze strony matki bardzo się na mnie odbiła. Przepracowałam to, ale po dziś dzień miewam fazy, podczas których jakąś część mnie próbuje się zdystansować od jego miłości, lecz mija to zawsze, gdy zobaczę jego oczy pełne miłości.
Do dzisiaj męża przepraszam, ale on tłumaczy mi, że świat nie jest tak prosty i nie można nikogo oceniać na podstawie sytuacji, a tego, jakim jest człowiekiem. Kocham go, dziękuję mu z całego serca, że był przy mnie, wspierał i nie pozwolił mi się zniszczyć z nienawiści do siebie samej. Męczą mnie wyrzuty sumienia, ponadto sama nie wiem dlaczego to wtedy zrobiłam. A minęło tyle lat. Zupełnie jakbym nie była sobą..
Podzielę się z Wami historią, której nie zapomnę do końca życia.
Swoje 21. urodziny chciałem wyprawić dla kilku osób, w plenerze. Było piękne lato, zebraliśmy się w 7 osób, zakupiliśmy prowiant, w tym litr żubrówki na głowę, i szukaliśmy miejsca do świętowania. Trafiło na szczecińską bocznicę kolejową ;) Znaleźliśmy wagony towarowe, takie kryte, z rozsuwanymi drzwiami, rozlokowaliśmy się w jednym z nich i zasunęliśmy lekko drzwi, żeby nie było nas widać.
Bawimy się, pijemy gadamy i tak sobie przerobiliśmy wszystkie flaszki... Wszyscy usnęli.
W środku nocy się budzi mnie bardzo wiejący wiatr. Cholera, pociąg jedzie z nami na pokładzie! Zacząłem wszystkich budzić. Skład zatrzymywał się co jakiś czas na jakiejś małej stacji w polu, a że czekaliśmy na jakąś dużo większą miejscowość do wysiadki, to dotarliśmy na drugi koniec Polski, czyli do Dębicy na Podkarpaciu. Pociąg przyjechał tam gdzieś około 18, a libację zaczęliśmy 24 godziny wcześniej, więc od razu pobiegliśmy na najbliższego kebaba, knajpa nazywała się chyba Quattro ;). Ten kebab był najlepszą rzeczą, która mnie wtedy spotkała. Na szczęście bezpośredni pociąg do domu mieliśmy gdzieś o 20.
I tak nasza posiadówka trwała 36 godzin - 24 godziny w towarowym i 12 w pospiesznym pociągu. Gdy sobie o niej przypominam, to zaczyna mnie suszyć :D Tak że, drodzy anonimowi, gdy chcecie pobalować w plenerze, to nie polecam wagonów kolejowych, bo nie wiadomo gdzie człowiek się rano obudzi ;)
Kiedy pies chciał mi wczoraj opylić ciasto, wpadłam na genialny pomysł udawania, że wyjadam mu chrupki z miski. Tego jeszcze nie grali w tym domu, jego reakcja bezcenna, poprawił humory wszystkim. Oczywiście chowałam je w rękaw, ale z ostatnim chrupkiem stałam się wrogiem, to było takie "jak mogłaś mi zjeść, z mojej miski, no co ty, nawet jednego nie zostawiła, daj chociaż ostatni, no weź!". W końcu zaczęłam oddawać mu te chrupki, a on ze zdziwioną miną je zjadał, wysypałam wszystkie i zabrał je obrażony z całą miską. Jeszcze nie widziałam, żeby z taką zawziętością opylał te chrupki :)
Zostawiłam narzeczonego dla innego po prawie dekadzie związku
Zanim zostanę zlinczowana, chciałabym opisać dlaczego to zrobiłam.
Oboje byliśmy młodzi kiedy zaczęliśmy być razem, nastoletnie zakochanie, wielka miłość aż po grób, chyba wielu taką miłość przeżyło. Paweł był dobrym facetem, pomocny, zawsze do mojej dyspozycji. Dobrym, ale tylko wtedy kiedy było dobrze, jeśli dochodziło do kłótni, miałam prawdziwe piekło. Kiedy coś szło nie po jego myśli, były szarpaniny, okropne teksty w moją stronę, manipulacje (a to rozstanę się z tobą, a to nie odezwę się do ciebie, aż sama nie przyjdziesz) - ile razy mnie zostawił, tego już nie zliczę. Nieraz leżałam w domu miesiącami, czekając na niego, doszło do tego, że miałam objawy depresji. Byłam tak zakochana, że nie potrafiłam nawet złego słowa powiedzieć w jego kierunku. Zawsze go usprawiedliwiałam, pomimo bólu, jaki mi wyrządzał, zawsze byłam tą, która wyciągała rękę na zgodę, ponieważ nie chciałam żeby jakieś głupoty rozwaliły to, co było w nas najlepsze.
Ciężko mu się było ogarnąć życiowo, w dodatku wiecznie praca na czarno, gdzie ja już poważnie zaczynałam myśleć o życiu i zakładaniu rodziny. Do tego wszystkiego Paweł lubił pić. Na początku było to jedno piwko dziennie, dało się przeżyć, przecież to tylko piwko. Następnie doszło do tego, że jedno piwko zamieniało się w więcej piwek, w dodatku czasem jakieś mocniejsze trunki. Wracałam z pracy, a on leżał pod wpływem, patrząc się na mnie tymi swoimi pijanymi oczami. Rozmowy nie pomagały, prosiłam go, żeby coś z tym zaczął robić, może jakiś odwyk albo przynajmniej ograniczyć - nie, bo cię zostawię.
Pewnego dnia poznałam w pracy Kacpra, chłopak ideał, grzeczny, bez nałogów, ze świetnym poczuciem humoru, te same myśli i to samo podejście do życia. Po ponad roku znajomości zakochałam się. Okazało się, że Kacper podziela moje uczucia. Nie mogłam znieść myśli o wyborze, z jednej strony facet, który pomimo swoich wad był moim najlepszym przyjacielem, z którym spędziłam tyle lat, a z drugiej strony ktoś, kto idealnie do mnie pasował.
Wybrałam Kacpra. Było ciężko, rozstanie z kimś, z kim było się tyle lat nie było łatwe, ale wiecie co? Nie żałuję, Kacper każdego dnia pokazuje mi, że jestem wyjątkowa i że dla mnie zrobiłby wszystko, podczas gdy Paweł nie potrafił zapamiętać jakie danie jest moim ulubionym. No i zostałam zlinczowana wśród znajomych jako bezduszna sucz, bo tak przedstawił mnie mój były już narzeczony.
Nigdy już nie dam się zmanipulować, związek ma być zdrowy i opierać się na równowadze, i teraz wiem, że jeśli ktoś sprawia, że czuję się jak nic, to najprawdopodobniej takim niczym dla niego jestem. Życie ma się jedno, nie warto patrzeć na opinie innych w takim temacie jak związek, ludzie widzą tylko to, co na zewnątrz, to co dzieje się za ścianą w związku często owiane jest tajemnicą.
Dodaj anonimowe wyznanie