#18ouB

W związku z kolejnymi protestami związanymi z zaostrzeniem ustawy o aborcji, chciałabym opisać moją historię. Mam nadzieję, że skłoni ona do refleksji osoby pro-life.

Gdy moja matka miała 18 lat, zaszła w niechcianą ciążę. Ojcem dziecka był okoliczny patus, który wkrótce po moich narodzinach zmył się. Matka prawdopodobnie dokonałaby aborcji, ale religijna rodzina odwiodła ją od tego pomysłu.

Wraz z mamą pomimo braku pieniędzy wiodłyśmy całkiem dobre życie, do czasu aż nie poznała kolejnego partnera, z którym wzięła ślub. Wkrótce nowy tatuś zaczął traktować mnie jak śmiecia i dawać mi do zrozumienia, że jestem niechciana. W wieku kilku lat byłam często zamykana w pokoju, żebym nie przeszkadzała. Problem pogłębił się po narodzinach przyrodniego rodzeństwa. Wtedy już zarówno matka, jak i jej partner dawali mi do zrozumienia, że jestem niechciana. Całe dnie spędzałam zamknięta w pokoju, często chodziłam głodna, nikt nie interesował się moim życiem. Już jako dziecko miałam myśli samobójcze i okaleczałam się.

Dziś jestem dorosłą osobą z wieloma problemami psychicznymi. Ciągle odczuwam konsekwencje braku miłości w dzieciństwie, zmagam się też z depresją. Często myślę, że wolałabym się nie urodzić.

Właśnie tak wygląda życie niechcianych dzieci. Zanim następny raz krzykniecie, że każde dziecko powinno się urodzić, zastanówcie się dwa razy.

PS Rodzina odwodząca matkę od aborcji nigdy mi nie pomogła, a gdy doświadczałam przemocy, odwracali głowy, bo to nie ich problem.

#3MI0I

W 2012 roku wyjechałem z kumplami na urlop na drugi koniec Polski. Cały tydzień odwiedzaliśmy różne kluby, bary, dyskoteki.
A faceci jak to faceci na wakacjach - podrywają dziewczyny, żeby podbić sobie samoocenę i zaimponować kumplom.

I tak właśnie było ze mną. Poznałem dziewczynę w klubie, dobrze się bawiliśmy i noc spędziłem u niej. Oczywiście nie zamierzałem mieć z nią więcej kontaktu, dlatego zmyśliłem moje imię, wiek i miejsce, z którego pochodzę.
Następnego dnia opowiedziałem kolegom ze szczegółami jak spędziłem noc i jak udało mi się urobić tę dziewczynę. Oczywiście znaleźliśmy ja również na FB, żebym mógł im lepiej zobrazować co się działo.

Wróciliśmy z wakacji i byłem pewien, że historia została zamknięta razem z przekroczeniem granicy województwa. Ale nie. Być może kojarzycie posty na różnych grupach na FB, gdzie dziewczyny szukają chłopaków, z którymi się bawiły w jakimś klubie i teraz mają dla nich niespodziankę.

Tak też było że mną. Znajomy wysłał mi post, w którym są dane osoby, którą jeszcze nie tak dawno byłem. Byłem przerażony, ale też wiedziałem, że jestem anonimowy, dlatego postanowiłem to zostawić tak jak jest. Na szczęście chłopaki, którzy o całej sytuacji wiedzieli, zachowali się tak jak się spodziewałem, czyli śmiali się z posta i głupoty tej dziewczyny, co wtedy było mi bardzo na rękę. Co jakiś czas wchodziłem na jej profil, żeby sprawdzić jak jej się układa, ale po kilku miesiącach zablokowała konto dla nieznajomych i już nie mogłem jej śledzić. Próbowałem też stworzyć fake konto i dodać ja do znajomych, ale nie zaakceptowała mojego zaproszenia. Czas mijał, a ja coraz mniej się sprawą interesowałem. 

Jakiś czas temu spotkałem jednego z kumpli, z którym wtedy byłem na wakacjach.
Zaczęliśmy wspominać młodość i ten pełen przygód wyjazd. Wspomnienia wróciły, wyrzuty sumienia też. Po raz pierwszy od dłuższego czasu znowu postanowiłem wejść na jej profil. Co prawda konto było zablokowane, ale mogłem zobaczyć zdjęcie profilowe. Na zdjęciu były trzy osoby. Kobieta, mężczyzna i dziecko, chłopiec. Chłopiec tak łudząco podobny do mnie, że nie miałem wątpliwości - to mój syn.
Kiedy zobaczyłem to zdjęcie, obraz uśmiechniętej i szczęśliwej rodziny, poczułem niesamowita pustkę i żal.

Przepłakałem całą noc. Myślałem tylko o tym, jakim dupkiem byłem i jak bardzo żałuję, że wtedy się nie odezwałem. Że nie nawiązałem żadnego kontaktu. Dziś siedzę w pustym mieszkaniu z rozdartym sercem i zastanawiam się, czy wysłać wiadomość, którą od kilku dni kilkukrotnie pisałem, edytowałem i usuwałem.

#hnPLO

Gdy miałem kilkanaście - dwadzieścia kilka lat, przeżywałem jakąś dziwną fascynację kolejami. Uwielbiałem jeździć koleją, znałem cały rozkład jazdy z mojej miejscowości na pamięć, czasy przejazdów między poszczególnymi miejscowościami, znałem historię większości linii kolejowych w kraju, także tych nieczynnych i rozebranych, typy większości pojazdów szynowych, sygnały i oznaczenia. Najczęściej uczęszczane linie znałem na pamięć, jadąc na uczelnię, potrafiłem jechać całą trasę z zamkniętymi oczami i po wydawanych odgłosach wiedziałem gdzie jesteśmy i czy pociąg ma spóźnienie.

Gdy jeszcze chodziłem do liceum, często wychodziłem z domu pod byle pretekstem i szedłem na dworzec lub do najbliższego przejazdu popatrzeć na pociągi. Później wybrałem studia w miejscowości odległej o kilkadziesiąt kilometrów, zbyt blisko, żeby był sens wynajmować pokój/stancję, ale tak żebym prawie codziennie miał ok. 3 godziny przyjemności jazdy pociągiem. Chciałem nawet zbudować w domu makietę linii kolejowej, zbierałem na to kasę, ale w domu się nie przelewało, studia też kosztowały i niestety skończyło się na marzeniach. Moja fascynacja miała nawet podtekst seksualny, wielokrotnie masturbowałem się w pociągu, zdarzyło się nawet parę razy zrobić to z dziewczyną w kolejowym kiblu, czy pustym przedziale.

Nie zostałem kolejarzem, nie zbudowałem nigdy makiety, jakoś pod koniec studiów fascynacja koleją mi przeszła, nie wiem dlaczego, tak po prostu bez jakiegoś powodu. Dalej lubię jeździć pociągami i gdy mam wybór zawsze wybieram kolej, nadal posiadam całkiem sporą wiedzę z zakresu kolejnictwa, interesuję się tym, chociaż nie tak bardzo jak kiedyś. Wiele osób wie, że interesuję się kolejnictwem, ale nikt nie wie jak bardzo mi kiedyś odbiło.

#Pmk2p

Ciągle gadam sam ze sobą, wyobrażam sobie drugą osobę i z nią rozmawiam, mieszkam sam, więc nie ma problemu. O życiu, o tym co słychać, co nowego itd. To permanentna samotność, kosmiczny brak odwagi i hiper kompleksy. Moja praca pochłania mnóstwo mojego czasu, nie zmienię jej, bo lepszej w moim mieście nie dostanę, nie wyprowadzę się, bo perspektywa rozpoczynania życia na nowo to koszmar, który zablokowałby mnie totalnie.

Nie skarżę się już, przyzwyczaiłem się, wszystkie święta siedzę sam, jeżeli akurat nie pracuję, wszystkie urlopy, wakacje zawsze sam. Piszę tak tylko, żeby uświadomić niektórych, że serio są na tym świecie ludzie, którzy są ultra weseli, mili i jednocześnie są przesiąknięci samotnością tak bardzo, że utopili się w niej i towarzysko są już martwi. Nie szukam znajomych, bo przez lata stałem się już takim dziwakiem, że nie umiem rozmawiać z ludźmi, nie potrafię.

#WVDEB

Parę miesięcy temu zaczął boleć mnie brzuch. Zaczęły drażnić mnie zapachy, miałam mdłości, wymiotowałam, źle znosiłam alkohol. Pomyślałam - ciąża. Ginekolog jednak zaprzeczył. Same dolegliwości nie były mocno uciążliwe, po prostu bardziej uważałam na jedzenie.

Dwa miesiące temu mój stan się pogorszył. Z tygodnia na tydzień czułam się coraz gorzej, mniej jadłam, nie mogłam uprawiać sportu. W połowie marca poszłam do lekarza - wczesna ciąża. Byłam załamana. Antykoncepcja zawiodła. Mój stan zdrowia wciąż się pogarszał. Z końcem marca przestałam jeść. Wszystko powodowało ból i wymioty. Trafiłam do szpitala, a tam? Moje problemy zostały zbagatelizowane. To ciąża! Nic pani nie będzie i wypuścili mnie do domu z zaleceniem lekkostrawnej diety (przecież nie mogę jeść!) i brania no-spy. A ja czułam się tylko gorzej. Nie mogłam jeść, pić. Kolejni lekarze, to były kolejne leki i diety. Zero poprawy. Lekarze na wieść o ciąży rozkładali ręce i odmawiali inwazyjnych zabiegów.

Postanowiłam, że albo ja zadbam o swoje zdrowie, albo nikt inny tego nie zrobi. Podjęłam decyzję - aborcja. Przez internet zdobyłam leki. Przyjęłam je wg zaleceń. Czułam się źle, wiedziałam, że muszę to zrobić, ale jednocześnie rozumiałam konieczność tego co robię. Usunęłam.

Minęło kilka dni, a moje zdrowie wciąż nie notowało poprawy. Trafiłam kolejny raz do szpitala. Tym razem, jako nieciężarna, dostałam komplet badań. Gastroskopia, kolonoskopia, itd. Okazało się, że mam ostry, przewlekły stan zapalny żołądka oraz wrzody. Kolejna moja wizyta zbiegła się z krwawymi wymiotami, co okazało się na szczęście nie perforacją zmian w żołądku.

Dziś wciąż jestem w szpitalu. I będę tu jeszcze jakiś czas. Choroba odebrała mi zdrowie, kilogramy (przy wzroście 174 ważę 43 kg - schudłam 17 kg), urodę. Wypadają mi włosy, moja cera jest jak z papieru, nie mam siły nawet na kurs łazienka-łóżko. Prysznic sprawia, że bez leków wymiotuję z wysiłku.

Do czego zmierzam? Ciąża nagle pogorszyła mój stan. Nie mogłam w ogóle jeść. Czułam się coraz gorzej. Wymiotowałam nawet po łyku herbaty. Ciąża sprawiła również, że lekarze zbagatelizowali mój stan. Nikt mnie nie słuchał kiedy dowiadywał się, że jestem w ciąży. Tylko dziecko to, dziecko tamto. Mówiłam, prosiłam i w szpitalu, i lekarzy, z którymi rozmawiałam. Nikt nie chciał wykonać żadnego badania. Nikt nie słuchał, że czuję się coraz gorzej, że nie jadłam najpierw od 10 dni, potem od 14, aż do trzech tygodni. Mówiłam - nie utrzymam tej ciąży, jak mi nie pomożecie. Ale nikt nie słuchał. Wiec zrobiłam to co uważałam za słuszne.

Teraz wracam do zdrowia, ale pełna złości i żalu do wszystkich, których spotkałam w ciągu ostatnich tygodni, a którzy zapomnieli, że przez chwilę byłam nie tylko matką, ale i człowiekiem, który potrzebował pomocy.

#8Xgkr

Znałam go od podstawówki, choć naszą relację ciężko było nazwać znajomością. Rzadko rozmawialiśmy, a jak już, to tylko o lekcjach. Był typowym przykładem klasowego błazna. Cały czas uśmiechnięty, roześmiany. Choć z niego żartowali, choć go obrażali, on nigdy nie wydawał się być z tego powodu smutny. Wręcz przeciwnie, sam się śmiał, sam do tego zachęcał. Czasem dołączałam, w końcu nie miał nic przeciwko.

Zawsze był miły dla wszystkich. Zawsze pomagał, jak tylko umiał. Wszyscy go wykorzystywaliśmy, namawiając go do odwalania za nas czarnej roboty. W końcu nie miał nic przeciwko. Często nas rozśmieszał, zazwyczaj robiąc z siebie głupka, ale nigdy nie braliśmy go pod uwagę w żadnych planach. Nikt nigdy nie dbał o to, co ma do powiedzenia. Był błaznem, kolesiem od czarnej roboty, nic więcej. A on nie miał nic przeciwko.

Czasem zdawało mi się, że na mnie spogląda, jednak zawsze odwracał wzrok, nim zdążyłam się upewnić. Śmieszyła mnie myśl, że mogłabym się mu podobać.
Po gimnazjum nasze drogi się rozeszły. Choć w naszym mieście było tylko jedno liceum, on poszedł do innej klasy. Z tego co widziałam na korytarzach, nic się nie zmieniło. Wciąż był traktowany tak samo i wciąż nie miał nic przeciwko.

Ponownie spotkaliśmy się na krótko przed maturą. Wracałam z jakiejś imprezy, wpadłam na niego po drodze. Nie było w tym nic dziwnego, nasze miasto było małe, łatwo było na kogoś wpaść. Zaproponował, że mnie odprowadzi. Zgodziłam się. Bałam się wracać sama.

Był inny niż zazwyczaj. Nic nie mówił, nie śmiał się, nawet się nie uśmiechał. Kilka razy widziałam, że próbuje coś powiedzieć, ale rezygnował, nim jakikolwiek dźwięk opuścił jego usta. Ja także nie próbowałam inicjować rozmowy. W końcu co ktoś taki jak on mógłby mieć do powiedzenia?


Zdobył się na odwagę, kiedy byliśmy już pod moimi drzwiami. Zapytał, czy możemy przez chwilę porozmawiać. Byłam zmęczona, pijana. Chciałam się położyć. Odmówiłam. Nawet nie podziękowałam, że mnie odprowadził. Zamknęłam mu drzwi przed nosem.


Tego samego wieczora skończył ze sobą. Mówią, że przez wiele lat cierpiał na depresję. Nie leczył się, nie chodził do psychiatry: w naszym małym mieście byłby to wyrok. Nawet po tym co zrobił niektórzy śmiali się, że był słaby psychicznie. Nikt go nie żałował, nikt go nie znał.

Mimo że minęło już kilka lat, nie mogę sobie wybaczyć. Nie mogę sobie wybaczyć, że choć zawsze był dla mnie miły, ja nigdy nie byłam miła dla niego. Choć nigdy nie odmówił pomocy, ja zawsze tylko go wykorzystywałam. Że ten jeden raz, kiedy potrzebował mojej pomocy, ja go odtrąciłam. Że nigdy mu nie podziękowałam za to, że mnie odprowadził.
Czasem zastanawiam się, czy gdybym wtedy poświęciła mu kilka minut, czy gdybym wtedy mu podziękowała, czy gdybym była choć trochę milsza, to nadal by żył.

#Srhh0

Jeszcze do niedawna miałam kochającego narzeczonego, własne mieszkanie i psa. Wszystko zmieniło się po tym, jak rok temu zamieszkała z nami moja bliska kuzynka. Przez problemy finansowe miała zatrzymać się u nas do czasu otrzymania wypłaty z nowej pracy. Zawsze traktowałam ją jak siostrę, a mieliśmy wolny pokój w mieszkaniu, który mogliśmy jej udostępnić na dwa lub trzy tygodnie, więc zgodziłam się bez problemu.

Niestety sprawa się przeciągała. Najpierw po wyznaczonym na początku czasie nie dostała wypłaty. Jestem wyrozumiała, ale gdyby nie mąż i rodzina, pozbyłabym się jej już wtedy, ponieważ mimo naszych relacji nie miałam zamiaru jej utrzymywać. Jakimś cudem znalazła pieniądze na jedzenie i kosmetyki, więc przymknęłam na to oko.
Wszystko się przeciągało i zawsze miała nowe wymówki.

Jakiś czas temu wróciłam do mieszkania i zastałam spakowane torby niedaleko wyjścia. Pomyślałam, że się wyprowadza i nie myliłam się. Tylko że wyprowadza się z moim narzeczonym. Stwierdził, że zakochał się i nie miał odwagi mi tego wcześniej wyznać.

Teraz siedzę na kanapie z psem i nucę piosenkę Krzysztofa Krawczyka. Gdyby zmienić żonę na narzeczonego, pasuje idealnie.

#LCdOA

Byłam kiedyś z chłopakiem, który był mocno wierzący. Mieliśmy wtedy po 20+ lat i studiowaliśmy razem. Tak się złożyło, że po kilku miesiącach każde z nasz szukało nowego mieszkania, więc wynajęliśmy wspólnie pokój. Żyliśmy sobie kilka lat razem i było coś, co mnie dziwiło, ale zwalałam to na zmęczenie. Jak ja inicjowałam seks, to było normalnie, jednak jego "zachęcanie" wyglądało tak: idziemy spać, przytulamy się i czuję, jak "coś" wbija mi się w plecy. Jak zaczynam przysypiać, to niby się dobiera, ale zaraz przestaje. No i tak w kółko, przysypiam i budzi mnie delikatne "dobieranie się". Zazwyczaj kończyło się tym, że przejmowałam inicjatywę, bo w sumie już chciałam iść spać...
Dopiero po czasie zrozumiałam czemu on niczego nie inicjuje. Bo przecież seks przedmałżeński to grzech, a on nie chciał doprowadzać grzechu. Byłam bardzo zdenerwowana, bo nigdy nie mówił, że chce czekać, a jak ja zaczynałam, to się nie opierał, a nawet był bardzo chętny... Zwyczajnie nie chciał być "winny".

Nie potępiam ludzi za ich wierzenia, bo jak ktoś chce czekać do ślubu, to proszę bardzo. On jednak chciał "zwalić winę na mnie", przynajmniej w jego głowie było "ja nie robię nic złego, bo to ona zaczyna".

Rozstaliśmy się (akurat nie z tego powodu), a ja mam uraz do ludzi mocno wierzących.

#2Ar20

Jestem w takim wieku, że moi znajomi częściej wrzucają na Facebooka zdjęcia swoich dzieci niż swoje własne. Często matki atakują mnie też prośbami o lajki pod zdjęciami bombelków w przeróżnych konkursach - najczęściej komentarzem WALCZYMY o nagrodę (zwykle nagroda to jakaś zabawka, paczka słodyczy, ciuszki).

Uwielbiam wyobrażać sobie taką prawdziwą walkę między matkami dwójki dzieci z największą ilością lajków - jak się ciągną za włosy, krzyczą, drapią pazurami w wielkiej bitwie o polubienia. Często też czysto złośliwie wchodzę w link wysłany przez taką znajomą i zostawiam lajka pod zdjęciem innego, losowo wybranego dziecka, jednocześnie koleżankom odpisując coś w stylu "OK, zrobione :) ".

#0tzLs

W liceum miałam dziwną relację z nauczycielem WOS-u. Zaczęło się od dodatkowych zajęć, przygotowałam się na konkurs. Wyglądało to tak: najpierw z klasy wyłaniano jedną najlepszą osobę, potem jedną w szkole, potem w mieście itd. aż do etapu krajowego. Mnie ten konkurs mógł otworzyć drzwi do mojej wymarzonej uczelni. Najlepsi dostawali indeksy i nie musieli startować w konkursie o miejsce. Taki złoty bilet.

Gdy kwalifikowałam się do kolejnych etapów, pan profesor mnie nagradzał pocałunkami i przytulaniem, bez mojej zgody, potem było gorzej. Mówił, że jestem jego ulubienicą. Nie wiedziałam co mam zrobić, nie bardzo miałam komu to powiedzieć, a i tak miałam świadomość, że nikt mi nie uwierzy. Moi rodzice wyjechali za granicę do pracy, a ja zostałam sama w domu, niby pod opieką starszej siostry, ale ona mieszkała ze swoim chłopakiem. Byłam nawet u dyrektora z prośbą o przydzielenie mnie do innego nauczyciela, ale mi odmówił, bo jak stwierdził nasza współpraca przynosiła efekty, szkoła miała więcej nagród i lepiej wypadała w rankingu.

Bałam się co się stanie jak wygram ten konkurs, więc specjalnie napisałam źle odpowiedzi i nie znalazłam się w 10 najlepszych. Profesor znalazł sobie innych olimpijczyków, ja go zawiodłam. Tak naprawdę bałam się, że może mi coś zrobić, bo za każdym razem posuwał się dalej. Indeksu nie dostałam, zrezygnowałam z pisania matury z WOS-u (gdybym ją pisała, musiałabym chodzić na dodatkowe kółko, a nie chciałam już widzieć tego człowieka). Na uczelnię się dostałam z naboru dodatkowego. Wszyscy myślą, że po prostu nie miałam wiedzy i zawiodłam moją szkołę, a ja nawet po latach nikomu się do tego nie przyznałam.
Dodaj anonimowe wyznanie