Jestem impotentem.
Ciężko przechodzi mi to przez palce na klawiaturze, ale muszę się pogodzić z prawdą. Miałem w przeszłości kilka prób i zawsze zawodziłem. Ratowałem się jakoś i mimo że nie zostałem odepchnięty, to sam odpychałem te kobiety. Na dłuższą metę to nie miało sensu.
Zacząłem ćwiczyć, zmieniłem dietę, brałem różnego rodzaju suplementy (z żeń-szeniem np.) i czekałem. W moim życiu pojawiła się nowa kobieta. Kilka razy się spotkaliśmy i zaczęło mi zależeć. To kwestia czasu, aż znowu zawiodę i będę musiał odejść w cień. Kupiłem ostatnio magiczne tabletki, które miałby mi pomóc z moim problemem. Wykonałem "próbę generalną" i efekt jest daleki od zadowalającego. Ze wstydem na twarzy (i nie tylko) muszę zaakceptować rzeczywistość. Nie mogę spojrzeć teraz w swoje odbicie w lustrze. Co ze mnie za facet...
Jest mi tak wstyd...
Mam 19 lat. Mam dużą wiedzę z zakresu pierwszej pomocy i medycyny.
Co roku biorę udział w zawodach pierwszej pomocy, zawsze miałam 1 albo 2 miejsce.
Straż pożarna mnie szkoli.
Chcę iść na studia medyczne.
Jest jeden problem.
Działam w ASG, zawsze mam ze sobą apteczkę, bo tam często coś się dzieje - ktoś zemdleje, ktoś krwawi, bo się przewrócił itd.
No właśnie. Okazało się, że gdy komuś coś się dzieje, to ja zamiast pomóc zaczynam panikować i robi mi się słabo do tego stopnia, że sami muszą mną się zająć.
Mam 21 lat, studiuję w Krakowie, moja mama urodziła mnie, gdy miała 18 lat, więc w tym roku będzie obchodzić 39 urodziny. I ciężko mi to pisać, ale mam głupią matkę. Wiem, że mogę się zaraz spotkać z setkami komentarzy o tym, jakim to jestem niewdzięcznym dzieciakiem. Nie zrozumcie mnie źle, ja bardzo kocham moją mamę, ale to nie zmienia faktu, że kobieta inteligencją nie grzeszy.
Zacznę od drobnego przykładu: od jakiegoś czasu mama ma smartfona, umie sobie do kogoś zadzwonić czy odpisać na SMS, ale cokolwiek więcej to jest od razu straszny problem. Kiedyś zaczęła rzucać telefonem i ostatecznie zawiozła go do serwisu, bo „się zepsuł”, a tak naprawdę przez nieuwagę ściemniła ekran do maksimum i nic nie widziała. I znowu nie chcę być źle zrozumiana, nie wymagam od niej nie wiadomo czego, ale w obecnych czasach umiejętność podstawowej obsługi urządzeń jest po prostu niezbędna, mama jest przecież jeszcze bardzo młoda, a nie umie sobie ustawić dzwonka w telefonie.
Jakiś czas temu zaczęła namiętnie czytać różne portale i gazety internetowe, ale w ten sposób, że odpala przeglądarkę i czyta newsy, które akurat się pojawią gdzieś dookoła w reklamach czy propozycjach, a nie muszę chyba tłumaczyć, jakie tam są pierdoły... Oczywiście we wszystko wierzy, bo przecież tak napisali. Kiedy próbuję jej delikatnie wytłumaczyć, żeby nie wierzyła we wszystko co tam zobaczy i dla porównania podsuwam jej bardziej wiarygodne źródła - obraża się.
Z obsługą komputera jest chyba jeszcze gorzej, mama uwielbia robić zakupy online, wchodzi na różne bardzo mało wiarygodne strony, a później każe nam coś stamtąd zamawiać. Ona sama nie zamówi, bo nie ma maila, ani nawet nie do końca wie jak on działa. MAIL!! (przypominam 39 lat, to nie jest podeszły wiek).
Już kilkukrotnie była na kursie na prawko, ale rezygnowała, bo trzeba się pouczyć, bo trzeba coś przyswoić itd. Nie chcę nawet myśleć, ile kasy rodzice na tym stracili.
Mój młodszy brat jest w 5 klasie, mama nie umie pomóc mu w prostych zadaniach, bo sama ich nie rozumie, a o rzeczach typu tabliczka mnożenia możecie zapomnieć. Zdarzało jej się dzwonić do mnie do Krakowa, bo „brat potrzebuje pomocy, a ona nie ma do tego głowy”.
Nie ma pracy, ale obraża się, że musi zajmować się domem. Zdarza się, że jest agresywna, krzyczy, jest wybuchowa i impulsywna. Współczuję tacie - jest człowiekiem o wielkim sercu, bardzo zależy mu na rodzinie, chociaż czuję, że rodziców nie połączyła miłość, a dzieci.
Ja powoli coraz bardziej się usamodzielniam, mam pracę, studiuję, dopiero kwarantanna i chwilowy powrót do rodzinnego domu przypomniały mi, jak to było mieszkać z mamą. Gdzieś w środku boję się, że będę kiedyś taka jak ona: głupawa babka od prania skarpetek, która nie potrafi rozwiązać zadania na poziomie 5 klasy.
Nie wiem, czy to będzie dość anonimowe wyznanie, ale chcę wam coś opisać.
Jak każdy z Was wie, sytuacja na polskim rynku pracy robi się nieciekawa i tu chcę podać wam prosty przykład, jak można stracić coś więcej niż pieniądze.
Zacznę od tego, że mam 24 lata i prowadzę firmę, którą założyłem z własnych pieniędzy, nikt mi nie pomógł i nie ułatwił, ale mi się udało. Niestety ludzie patrzą na to z pogardą, zazwyczaj słyszę hejt - a to że złodziej, a to że starzy włożyli kasę. Nikt nie wie, ile poświęciłem żeby to osiągnąć i raczej nikt tego nie doceni, bo zawsze znajdą się ludzie, którym wszystko będzie przeszkadzać.
Aktualnie zatrudniam 11 osób i przez wirusa zaczyna robić się ciężko. Ostatnio spędzam dużo czasu na zastanowieniu się jak mogę zredukować wydatki, żeby starczyło na wszystkie opłaty. Nie chcę nikogo zwalniać, ci ludzie są dla mnie jak rodzina. Każdego z nich znam bardzo dobrze, zawsze mogli liczyć na moją pomoc, a teraz potrzebują mnie jeszcze bardziej. Nie wyobrażam sobie zwolnić chociażby jedną osobę, bo to oni pracowali na mój sukces, to dzięki nim kupowałem wymarzone auta, na które bym sam nie zarobił. Jako że jestem młody, to dość często przeglądam YT, żeby się odstresować, i tak niedawno trafiłem na film też młodego przedsiębiorcy, który mi podsunął świetny pomysł i za to mu muszę podziękować, mianowicie wystawiłem na sprzedaż swój wymarzony samochód. Dzięki temu będę miał jak zapłacić pensje, każdy z pracowników dostanie 100%.
Ja osobiście rodziny nie posiadam, ale w tym momencie jestem odpowiedzialny aż za 11 rodzin i nie chcę, żeby któraś musiała cierpieć. Do stracenia miałbym o wiele więcej niż samochód czy firmę, straciłbym zaufanie, godność i przyjaciół, jeśli miałbym postąpić inaczej.
Może ktoś z was będzie w podobnej sytuacji, a to wyznanie przyniesie mu odpowiedź co może zrobić. Nie przekładajcie pieniędzy ponad ludzi, tak jak to robi nasze państwo
#trzymamysierazem!
Anonimowe będzie to, że nigdy im nie powiem w jakiej byłem sytuacji, niech się ciszą życiem z rodziną.
Rok temu rozstałem się z żoną. Na sprawie rozwodowej sędzia zapytał, czy nadal kocham żonę, a ja stałem i patrzyłem na nią, nic nie mówiąc... Zrobiłem w życiu naprawdę wiele głupot, ale wtedy przeszedłem sam siebie. Chciałem powiedzieć, że bardzo ją kocham i nie chcę jej stracić, a tylko stałem jak kretyn.
Jak chyba w każdym związku, mieliśmy lepsze i gorsze dni. Problemem było to, że nie potrafiliśmy normalnie, szczerze ze sobą rozmawiać, bo zaraz wyciągaliśmy rzeczy z przeszłości.
Moja żona to wspaniała kobieta, piękna, mądra, wierna. Dopiero z upływem czasu zrozumiałem, jaki byłem głupi, co powinienem był robić z nią i dla niej. Teraz spotykam się z kimś i nawet myślałem, że to się uda, ale nadal kocham byłą żonę i nie mogę przestać o niej myśleć. Najlepsze jest to, że ona chyba też nadal mnie kocha i jest jej ciężko, ale jest zbyt dumna, żeby to przyznać.
I tak przez nieumiejętność normalnej, szczerej rozmowy nadal oboje jesteśmy nieszczęśliwi, ale tym razem osobno.
Jestem uzależniony od nietypowej rzeczy. Mianowicie od... lodu w kostkach. Nie potrafię przejść koło zamrażarki bez wyciągnięcia z niej dwóch kostek i zjedzenia ich. Uwielbiam ten chłód w ustach i dźwięk lodu pękającego pod moimi zębami.
Mój tata grał w młodości w piłkę ręczną - czasy głębokiego PRL-u, pozamykane granice, które jednak nie stanowiły przeszkody dla drużyny młodych chłopaków, która podróżowała z trenerem po Europie i brała udział w zagranicznych rozgrywkach. Właśnie w czasie jednego z takich wyjazdów doszło do pewnej pamiętnej historii, przytaczanej mi już kilka razy ze śmiechem przez rodziciela - w drodze na jeden z meczów na Węgrzech autobus zatrzymał się na stacji - wiadomo, podróż długa, większość wyszła rozprostować nogi, ale komu w drogę, temu czas i wszyscy szybko zapakowali się z powrotem. Oprócz jednego z napastników, który z racji długiej kolejki do WC poszedł załatwić potrzebę w pobliskie pole. W ferworze sportowej atmosfery nikt nie zawracał sobie głowy tym, czy wszystkim udało się wsiąść i dopiero w szatni na miejscu meczu zorientowano się, że kogoś jednak brakuje. Na miejsce zguby wystawiono rzecz jasna rezerwowego, jednak strata była niepowetowana, bo zawodnik był asem w rękawie drużyny.
Mecz odbył się bez zakłóceń. Pod sam koniec wynik zbliżał się do remisu - obie drużyny dawały z siebie wszystko. I pewnie remisem by się zakończył, gdyby nie to, że w końcówce zaginiony napastnik powrócił i galopem wbiegł na boisko, zmieniając swojego zastępcę. W ostatnich kilku minutach zdążył strzelić dwie bramki, co zadecydowało o wyniku meczu. Pewnie zapytacie, jakim cudem zdążył na końcówkę meczu?
Okazało się, że po odjeździe autobusu chciał skontaktować się z trenerem, więc poszedł prosić pracowników stacji o możliwość skorzystania z telefonu. Niestety bariera językowa i słabe umiejętności migania zadecydowały o tym, że ich tylko zdenerwował i został przegoniony ze stacji. Biedny schronił się na pobliskim parkingu, co okazało się dobrą decyzją - usłyszał tam rozmowę po polsku dwóch mężczyzn ubranych w garnitury, którzy zrobili sobie postój na papierosa. Po zagajeniu okazało się, że to działacze partyjni, którzy zmierzają tam, gdzie on. Jak tylko usłyszeli w czym rzecz, nie zastanawiając się wiele zapakowali się w auto razem z kolegą i z piskiem opon ruszyli na miejsce meczu.
Kończąc historię napiszę, że tato grał jeszcze przez pewien czas zawodowo w Bundeslidze razem z tym kolegą, jednak na skutek kontuzji musiał zrezygnować ze sportowej kariery. Pewną pozostałością po niej jest związek z moją mamą - w tamtym okresie pracowała przez pewien czas za granicą jako modelka - poznali się po jednym z meczów, na który moja mama przyszła, bo była fanką jednego z graczy (nie, nie mojego taty, co ten do dzisiaj jej wypomina ;)).
Żyjemy teraz w bardzo ciężkich czasach.
Jest pandemia koronawirusa i na dodatek wiosna, a ja jestem alergikiem, więc jak kichnę, to wszyscy uciekają, dlatego czuję się odrzucona.
Odrzuceni alergicy, łączmy się w bólach, oczywiście na odległość, dla bezpieczeństwa.
Jestem kasjerką w jednym z mniejszych marketów. W naszym sklepie są tylko dwie kasy, w związku z czym na sklepie jednocześnie może przebywać tylko 6 klientów. Z tego powodu zostawiliśmy tylko 6 wózków, prosząc klientów, by każdy brał ze sobą jeden wózek, co znacznie ułatwia nam kontrolę ilości osób znajdujących się na sklepie.
A raczej ułatwiłoby. Gdyby nie KLIENCI.
1. "Ale po co mi wózek? Ja tylko po wodę/chleb/piwo/wstaw co chcesz".
Człowieku, rozumiem, ale może po drodze zdecydujesz się jeszcze na batonika/sok/kilka plastrów wędliny/cokolwiek i spędzisz w sklepie 10 minut, a nie dwie, jak deklarujesz, lub co więcej - spotkasz znajomą! A gdzie się najlepiej plotkuje? No przecież w sklepie! Ja nie jestem w stanie liczyć ile osób weszło, ile wyszło. Kto z wózkiem, a kto bez wózka. Tak trudno wziąć wózek i nie komentować?
2. "Ale my razem/ja z mężem/siostrą/chłopakiem/mamą".
Mnie to nie interesuje, skoro wybraliście się do sklepu w czasie pandemii całą rodziną, to zapewne planujecie ogromne zakupy i potrzebujecie więcej wózków! Dlatego każdy z osobna musi wziąć wózek. Nieważne, czy to dwie osoby z rodziny czy pięć. A skoro wracają z czterema produktami, to chyba coś gdzieś poszło nie tak.
3. Czy ja naprawdę muszę odpowiadać na te durne pytania po 100 razy dziennie?
"Po co mi rękawiczki?"
"A co pani taka poobijana tym plastikiem dookoła?"
"Po co mi wózek? A nie mogę pakować w torbę?"
"Ja tylko po piwko"
"A nie możemy razem?" (cztery osoby do jednego wózka)
4. W godzinach 10-12 zakupy mogą robić TYLKO I WYŁĄCZNIE SENIORZY 65+. Czy tak ciężko to zrozumieć?
I to obsmarowywanie mnie pod nosem... Serio? Jestem głupią suką, bo nie swędzi mnie kieszeń na opłatę kar od 5 do 30 tysięcy złotych za nieprzestrzeganie obostrzeżeń nałożonych przez rząd? Bo to nie Ty, drogi kliencie, zapłacisz, tylko ja, z własnej kieszeni, pracując za najniższą krajową.
Drogi kliencie, w czasie pandemii nie ma plotkowania w sklepie, nie ma łażenia po sklepie dwie godziny i czytania etykiet na każdym możliwym produkcie, nie ma odkręcania buteleczek i sprawdzania, czy na pewno miętowy Ludwik pachnie miętą, nie ma zajmowania czasu kasjera więcej niż jest to konieczne, nie ma urządzania rodzinnych wycieczek do sklepu.
Opanujcie się, ludzie, szanujmy się.
PS Serdecznie dziękuję wszystkim wyrozumiałym klientom, którzy szanują mój, swój i innych czas, którzy po prostu bez głupich komentarzy biorą ten cholerny wózek i idą choćby po ten jeden chleb. Dziękuję!
Miałem kiedyś dziadka, uwielbiałem go od małego, bo zawsze potrafił rzucić dobrym żartem, a do tego był bardzo inteligentnym człowiekiem. Takim go zapamiętałem, ale wstyd się przyznać, że najbardziej przypominają mi o nim... moje śmierdzące bąki. Dziadek potrafił wydusić z siebie tak wielki smród, że aż mleko kisło w lodówce, a szatan w piekle wyczuwał konkurencję. Niejeden raz trzeba było przez to okno otworzyć, bo nie szło wytrzymać.
Pamięć o nim będzie wieczna, tak jak i zapach!
Dodaj anonimowe wyznanie