#MMoHg

Ja się, kurczę, pytam: jak to jest?
Mam wielu znajomych, którzy kupują buty przez internet i chodzą w nich przez lata. Ja nie jestem aż tak dobry w tych internetach, więc „jak człowiek starszej daty” lubię pójść do sklepu i „pomacać” to, co zamierzam kupić. Ostatnio całkowicie rozleciały mi się już dosyć wysłużone buty zimowe, więc stwierdziłem, że należy kupić nowe. Poszedłem do sklepu, oglądam... mierzę... i znalazłem super buty skórzane, dosyć popularnej marki. Zakładam, pasują idealnie, chodziłem w nich ok. 30 minut po sklepie, aby się upewnić, czy na pewno je brać, bo tanie to one nie są, no ale biorę! Kolejnego dnia zakładam je do pracy – ledwo wyszedłem z domu, obcierają mnie jak choroba, mam piętę w pęcherzach. Latem miałem podobną sytuację. 
Ludzie kupujący przez internet! Ja wy to, do nomen omen cholewki, robicie?

#aurKk

Jak wszyscy dobrze wiedzą, każdy z nas wygląda inaczej, raczej kwestia genów.
Miałem problem, powiedzmy natury estetycznej, na twarzy, od urodzenia. Przeżyłem piekło w szkole, nie było dnia, żeby mnie nie wzywali, ale od gimnazjum się uspokoiło, aż tak mi to już nie przeszkadzało.
Wchodząc w dorosłe życie, nie zdecydowałem się tego zmieniać. Jasne, że to miało wpływ na życie – jednak poznając kogoś, patrzymy na wygląd. Bałem się zmienić, bo co powie rodzina, bo co powiedzą sąsiedzi, znajomi. Dużo się mówi o akceptacji samego siebie. Co innego, jak taką operację robi kobieta, co innego, gdy facet. 
Nie dawało mi to spokoju – co gdybym to poprawił, jak by wyglądało moje życie, relacje z ludźmi, odbiór samego siebie.
Zdecydowałem się zrobić operację i to była najlepsza decyzja w życiu, żałuję, że nie zrobiłem tego przy pierwszej okazji, gdy zaczynałem pierwszą pracę. Jakbym zaczął życie na nowo, inny ja, przede wszystkim inny w środku.
Operacje plastyczne są dla ludzi, nie bójcie się tego robić z obawy przed opiniami innych – walić ich, oni i tak będą gadać.

#kzL1A

Jedną z rzeczy, która bardzo utrudnia mi życie, jest upośledzona funkcja rozpoznawania twarzy. Aby zapamiętać daną osobę, muszę ją zobaczyć od kilkunastu do kilkudziesięciu razy lub dana osoba musi posiadać jakąś charakterystyczną cechę typu brak górnych jedynek czy niebieskie włosy. Mój mózg z jakiś powodów traktuje tego typu informacje jako spam i kasuje w trybie pilnym. Jeśli kogoś, kogo rozpoznawałam, nie widzę przez dłuższy czas (liczony w latach), wszystko w pamięci się rozmywa. Koszmarem był początek liceum i studiów – nie potrafiłam przez bardzo długi czas rozpoznać „swoich”. Nie poznaję niektórych swoich sąsiadów, jakby mnie ktoś napadł, to o portrecie pamięciowym mogę zapomnieć. W pracy (a pracuję z ludźmi) stałych klientów rozpoznaję tylko kilku.

Ostatnio spotkałam znajomą (chyba), z którą chwilę pogadałam, ale kompletnie nie potrafiłam sobie przypomnieć, skąd ją znam. Nie przyznałam się, że kompletnie nie wiem, z kim rozmawiam i z tego powodu jest mi źle. Dobrze, że jest Facebook i można sobie trochę odświeżyć pamięć...

#o1X4o

Mam męża i trójkę dzieci. Mieszkamy w jego rodzinnych stronach w bardzo konserwatywnym rejonie kraju. Sama pochodzę z dużego miasta, skończyłam studia, ale jego rodzina przyjęła mnie jak swoją. I nic dziwnego, bo stanowię – jak twierdzą teściowie – ideał żony w świecie, gdzie dziewuchy są zepsute. Zajmuję się domem na cały etat (mąż dobrze zarabia, tak że możemy na to pozwolić), chodzimy regularnie do kościoła, generalnie wszystko jak na prowincji być powinno.

Są tylko dwa „ale”. Jedna rzecz, to że jestem niewierząca. Mąż o tym wie, ale mu to nie przeszkadza, bo sam bardziej wierzy z powodu wychowania niż faktycznie głębokiej wiary. Ostatnio nawet skłania się ku agnostycyzmowi, choć oczywiście praktykujemy religię sumiennie ;). Taka postawa na prowincji to oczywiście nic nietypowego i gdyby nie druga rzecz, nawet nie wrzucałabym anonimowego.
O drugiej rzeczy nawet mąż nie wie. Otóż na studiach wcale nie dorabiałam jako hostessa, jak twierdziłam, tylko w klubie go-go. Tańczyłam na rurze w samych stringach, na prywatnych pokazach nawet bez nich. A najgorsze, że... ja to lubiłam. Nie zachęcam do tej pracy (choć pieniądze naprawdę niezłe), było wiele przykrych sytuacji, ale uwielbiałam te obłapujące mnie spojrzenia. I chyba to było najgorsze ;)

#n7bLG

Od zawsze widziałam, że mam z lekka rąbniętą matkę. Ot, bardzo łatwo wpadała w złość, gdy coś nie szło po jej myśli, by po chwili znów promienieć pięknym, lecz fałszywym uśmiechem. Gdy byłam na tyle duża, żeby decydować, np. jakie książki czytać lub filmy oglądać, wyśmiewała mnie, zdarzało się, że moje rzeczy ginęły, gdy nie podobały jej się. Nie docierało do niej, że jej „słoneczko” ma coraz więcej lat, wyrzucała mi, że nie mówię do niej „mamusiu”, nie chcę się długo przytulać albo... uwaga... leżeć z nią i spać w jednym łóżku.

Lata minęły, wzięłam ślub i wyprowadziłam się z domu, pozostałam jednak w tym samym mieście – mąż z dobrą pracą, ja z dwoma latami studiów do ukończenia. Parę dni po tym, jak powiedzieliśmy sobie sakramentalne „tak”, matce zaczęło odwalać jeszcze bardziej. Nie dopuściła do siebie myśli, że nie jest najważniejszą osobą w moim życiu, że nie mieszkam z nimi i że będziemy widzieć się raz na tydzień, dwa, a nawet rzadziej. Przybierało to formę iście kuriozalnych telefonów. Schemat miały identyczny: objeżdżała mnie za to, że robię coś wg niej nie tak – nie byłam w domu, chociaż już noc, nie odkurzyłam/wyrzuciłam śmieci/podlałam kwiatów/zrobiłam zakupów itd., ja uświadamiałam ją, gdzie jestem, jak się nazywam (przejęłam nazwisko po mężu, zupełnie inne od panieńskiego), gdzie mieszkam i że nie będę tego robić, bo mam własny dom, po czym następował stek wyzwisk, jaka to ja niewdzięczna, o matce zapominam (nieprawda, dzwoniłam raz na parę dni, wtedy rozmowa toczyła się w miarę normalnie), zdradzam własną rodzinę i w ogóle mam ją, starą, schorowaną gdzieś (najpoważniejszą chorobą jest lekka anemia, nie bierze leków przypisanych przez lekarza) i że moje dzieci mnie opuszczą, o ile w ogóle będę jakiekolwiek miała.
Gdy nakręcała się coraz bardziej, po prostu rozłączałam się bez słowa. Początkowo próbowałam rozmawiać, tłumaczyć, ale po pewnym czasie uznałam, że nie warto – byłam absolutnie wykończona psychicznie, spazmatycznie płakałam, dopóki mąż nie utulił mnie i nie wypiłam ciepłej herbaty (bez prądu, żeby nie było ;)). Rozmawiałam z ojcem, bardzo rozsądnym człowiekiem, nie wiem, jakim cudem znosił jej humory. Próbował jej wytłumaczyć, też bezskutecznie, bo ona problemu nie widzi. Do psychiatry nie weźmie jej siłą...

W końcu problem rozwiązał się sam. Mąż, widząc, jak bardzo źle to na mnie działa, podczas ich wizyty u nas poruszył ten temat. Ona wykrzyczała swoje, na co dwaj najważniejsi mężczyźni mojego życia po prostu wzięli ją pod pachy i wyprowadzili na korytarz. Zmieniliśmy zamki, matka ma permbana na bycie u nas, ojciec dzwoni w umówiony sposób do domofonu, gdy przychodzi do nas.

Czy źle się czuję z tym, że nie mam matki? Ani trochę, czasem trzeba zerwać toksyczne więzy, choćby z najbliższą rodziną.

#dtEnF

Byłem w układzie z kobietą, miała to być tylko przygoda, sama postawiła sprawę jasno, że szuka tylko przygody. Po kilku miesiącach zakochaliśmy się w sobie. Problem polegał na tym, że ona ma trójkę dzieci z dwoma innymi mężczyznami. Serce podpowiadało, że to ta jedyna, zdrowy rozsądek kazał uciekać. Zdrowy rozsadek wygrał. Piszę to w pełnej świadomości jako facet, ryczę jak dziecko i wiem, że mogę kiedyś żałować. Charakter idealny, ciało zadbane, uwielbia bliskość, seks, a jednak z jakichś powodów jest dwukrotną rozwódką z trójką dzieci. Wiem, że ona też bardzo cierpi.

#w9zQh

Czasy gimnazjum, kilkanaście lat temu. Określenie „gimbaza” jeszcze wtedy nie funkcjonowało, ale dwóch kolegów z klasy mogłoby uchodzić za prekursorów gatunku.

Mianowicie wpadli na bardzo „inteligentny” pomysł, by wydrukować nekrolog nielubianej przez nich nauczycielki i powiesić kartkę wśród innych na bramie pobliskiego kościoła.
Sprawa szybko się wydała, nauczycielka dosyć mocno to odczuła zdrowotnie, sprawców nie wykryto.
Tzn. nie wykryto do pewnego momentu. Bo ja wiedziałam, kto to zrobił. Przypadkiem siedziałam na tylnym siedzeniu samochodu zaparkowanego pod bramą (mama załatwiała coś w kościele), więc koledzy mnie nie widzieli, pomimo iż uważnie lustrowali i nasze auto, i to stojące obok. Jednak na nich nie doniosłam. Bałam się, że się dowiedzą (a był to typ ludzi, którzy potrafili uprzykrzyć życie), zresztą nawet nie byłam pewna, czy dyrektor mi uwierzy na słowo, bo żadnych dowodów nie miałam.
Co zrobiłam? Wydrukowałam ich nekrologi, powiesiłam na tej samej bramie oraz na wszelki wypadek na wejściu do szkoły. Co zabawne, koledzy na ich widok tak się wystraszyli, że ktoś ich wykrył, że sami poszli do dyrektora i się przyznali. Musieli przeprosić nauczycielkę na apelu w obecności całej szkoły, do tego obniżono im zachowanie.

Nikomu nigdy się nie przyznałam, że to byłam ja. Bo nauczycielka była surowa i wymagająca, miała też specyficzny sposób bycia i wypowiadania się (możliwe, że ze względu na wiek), ale była też sprawiedliwa, odnosiła się z szacunkiem do uczniów i nikogo nie faworyzowała ani nie gnębiła (nawet wspomnianych kolegów po całej sytuacji traktowała na równi z innymi). I chociaż nie lubiłam jej przedmiotu, to do dziś wspominam ją jako jednego z najlepszych nauczycieli, jakich spotkałam w swoim życiu. A wtedy po prostu uznałam, że nie zasłużyła na coś takiego tylko dlatego, że dwóch dzieciaków nie radziło sobie z materiałem i w taki sposób postanowili to na niej odreagować.

#VIgVw

Ostatnio tato podwiózł mnie do pracy. Koleżanka widziała przez okno, jak tato otwiera mi drzwi i wysiadam z auta. Potem kilka razy mówiła o tym, jakiego to mam tatę dżentelmena, no po prostu tak go zachwalała, że aż głupio było się przyznać, że otworzył mi drzwi tylko dlatego, że one się po prostu zacinają :D

#A8TCC

Od zawsze uczyłem syna, że ma się bronić przed agresją słowną, fizyczną i jak ma się bronić. Jak ktoś go uderzy, ma oddać dwa razy mocniej, ale nigdy nie wolno mu zacząć pierwszemu, jak ktoś go obraża, ma odpyskowywać. Zbierałem za to joby od żony i teściowej, że uczę dziecko przemocy i wyląduje przez to w wiezieniu, wiele razy się przez to kłóciliśmy. Wyobraźcie sobie, że zmieniliśmy synowi szkołę i kiedy przyczepiło się do niego dwóch chłopaków i w końcu zaatakowali go fizycznie, on nie czekał i nie dał się pobić ani zastraszyć, ale w obronie własnej połamał jednemu nos, a drugiemu wybił kilka zębów. Moja żona do dnia dzisiejszego nie przyznała mi racji i mówiła, że mogło mu się coś stać albo mógł coś zrobić tamtym chłopakom i mieć z tego tytułu kłopoty z prawem, a prawidłową reakcją powinna być ucieczka i opowiedzenie wszystkiego wychowawczyni i nam, a szkoła powinna to rozwiązać z naszą pomocą. Ręce mi już nie raz opadły, że mam taką nieżyciową żonę, która nie pamięta szkolnych realiów. Summa summarum, tamci i już w zasadzie nikt inny nie zaczepił więcej mojego syna, nie miał żadnych nieprzyjemności, że przekroczył obronę konieczną i nie skończyliśmy w sądzie, jak nas straszyli rodzice tamtych chłopaków. Problem rozwiązany. Ojciec dumny z syna. 
Sytuacja miała miejsce we wrześniu, ale jej temat wrócił w ostatni weekend i zacząłem się zastanawiać, czy moja żona jedynie nie potrafi przyznać się do swojego błędu wychowawczego, że gdyby nie ja, to mogłaby zrobić z naszego dziecka szkolną ofiarę czy faktycznie nadal myśli, że ma rację, bo ciągle tkwi w swoim uporze.
Dodaj anonimowe wyznanie