Mam 45 lat, żonę i dwoje dzieci. Pracuję, nie piję, nie imprezuję. Dwa lata po ślubie żona poznała w sieci mężczyznę, z którym flirtowała i romansowała. Spotykali się w realu. Po jakimś czasie wpadłem w końcu na to, co się dzieje. Była kłótnia, awantura, moje życie legło w gruzach w kilka chwil. Chciała odejść i mnie zostawić. Po wielu rozmowach zostaliśmy razem i urodziło się pierwsze dziecko.
Gdy dziecko skończyło roczek, to sytuacja finansowa zmusiła mnie do wyjazdu do pracy na zachód. Do domu wracałem raz w miesiącu na kilka dni. Były pieniądze, wszystko wydawało się, że jest dobrze.
Żona po powrocie do pracy poznała tam kolegę. Złapała z nim dobry kontakt, on zwierzał się jej, a ona jemu, jak to jest jej źle, że ja zostawiłem itp. Ja uważałem, że zarabiam na dom, rodzinę, rachunki. Po raz kolejny dowiedziałem się o romansie. Znów awantura, kłótnie. Zapadła decyzja, że wracam do kraju. W rozmowach tłumaczyła mi, że nie ma żadnej koleżanki, potrzebuje z kimś rozmawiać i lepszy kontakt łapie z mężczyznami. Pojawiło się drugie dziecko, ja znalazłem dobrą pracę w kraju. Pomagałem w codziennych obowiązkach. Uważam szczerze, że jestem do dziś zaangażowany. Jak wspominałem, utrzymuję mieszkanie, nigdy żadnych zaległości w rachunkach, ba, nawet spóźnienia w opłatach.
Teraz znów się natknąłem na konwersacje z kolejnym kolegą z pracy. Jest powtórka, a ja mam załamkę, jestem psychicznie zdruzgotany, czuję się beznadziejnie, niekochany, niedoceniany.
Często w przeszłości słyszałem wulgaryzmy i obelgi z jej strony w moim kierunku, ale nie przybierałem sobie tego tak do głowy. Teraz mam niespełna 50 lat i jestem załamany życiem. Nie uśmiecham się, myślę, że te wszystkie sytuacje, doświadczenia życiowe, których doświadczyłem do tej pory, zrobiły ze mnie bezdusznego człowieka. Nie wierzę w miłość, lojalność, szczerość. Żyję dla dzieci... ale każdy dzień mnie przygniata. Nie tak wyobrażałem sobie to wszystko i nie wiem, co będzie dalej.
Wychowano mnie w poczuciu, że studia są ważne, bo dają możliwości – lepsza praca, pieniądze, przyszłość.
Praktycznie jako jedyny z kolegów i znajomych poszedłem na politechnikę. Już dawno jestem po studiach, niby nie zarabiam źle, jest to dwukrotna minimalna pensja. I zadaję sobie pytanie, czy było warto, czy jest warto. Praca jest stresująca, często muszę pracować też w domu, wcale jakoś dużo nie zarabiam, nie licząc lat nauki.
Koledzy wybrali zawodówki, mając własne działalności, już dawno się dorobili.
Dla mnie budowa domu bez kredytu czy auto warte ponad 100 tys. przed trzydziestką jest dorobieniem się.
Szkoda tych lat, mogłem wybrać inaczej, ale po fakcie to każdy mądry.
Nienawidzę swojej rodziny.
Mam 36 lat i straciłam 12 ciąż. Większość z nich ok. 20 tyg. Wiele wizyt, różni ginekolodzy w całym kraju... Nikt nie wie, dlaczego tak się dzieje, bo badania są w normie. Prowadzę zdrowy tryb życia, nie palę i nie piję, uprawiam sport, a i tak od wielu lat, mimo starań z partnerem, nie jestem w stanie donosić ciąży.
Moja rodzina wie o każdym przypadku z osobna, bo za każdym razem to oni byli pierwszymi osobami, którym mówiłam, że „może tym razem się uda”, a zarazem byli też pierwszymi, którzy słyszeli, że jednak znów nie moja kolej.
Dla mnie każda z tych ciąż to ogromna strata, duże przeżycie, trauma. Mimo to na każdym spotkaniu rodzinnym jestem wypytywana: „kiedy dziecko?”, „zegar tyka”, „no my to się chyba nie doczekamy”, „staracie się?”, „no tę byś mogła donosić”... itd.
Moja rodzina nie rozumie, jak ciężko być w takiej sytuacji, bo sami mają ośmioro dzieci, mimo skrajnej biedy, nałogów i nadwagi.
Zanim kogoś zapytacie o dzieci lub w ogóle zaczniecie ten temat – zastanówcie się, czy ta osoba nie przechodzi podobnej tragedii, tyle że w ciszy.
Zawsze miałam talent do języków i tak się stało, że żyję sobie w Niemczech. Uczyłam się tu trochę języka serbskiego i dobrze mi szło, bo w przeciwieństwie do innych kursantów zawsze mogłam podeprzeć się rodzimym językiem, ponieważ w serbskim gramatyka, a nawet słownictwo, są całkiem podobne do konstrukcji polskiego. Miałam więc taką przewagę nad innymi kursantami i byłam dumna niczym paw, bo po prostu więcej kumałam z tego trudnego języka.
Po roku nauki wybrałam się na wakacyjny kurs serbskiego do Belgradu. W drodze pełnej przygód towarzyszyła mi koleżanka z moich zajęć, która również otrzymała stypendium na ten wyjazd, a sama pochodziła z Azerbejdżanu. Szukając drogi z dworca autobusowego do akademika, w którym miałyśmy zamieszkać, zdane byłyśmy na siebie i prostą zasadę „koniec języka za przewodnika” (smartfony miały się upowszechnić dopiero za parę lat). Bardzo szybko okazało się, że w Serbii praktycznie nikt nie mówi po angielsku, musiałyśmy więc aktywować nasze zasoby słownictwa serbskiego. Po pierwszej przygodnej konwersacji, ja jako nieco arogancka prymuska, zakomunikowałam koleżance, że wszystko zrozumiałam i mamy iść w prawo.
Szukałyśmy i szukałyśmy, błądziłyśmy i błądziłyśmy, i długo nic z tego nie wychodziło, a walizki ciążyły coraz bardziej. Kolejne napotkane osoby nawigowały nas zupełnie inaczej, co tylko potęgowało wrażenie kręcenia się w kółko. Po chyba godzinie trafiłyśmy. Cóż, nie wiem dlaczego, ale przez rok nauki poprzedzającej ten wyjazd nie zdążyliśmy na kursie przerobić tak podstawowej rzeczy jak kierunki. A ja po jakimś czasie, już w trakcie tego pobytu, ogarnęłam, że „prawo” po serbsku oznacza „prosto”. Nigdy nie przyznałam się koleżance, dlaczego tak wtedy błądziłyśmy.
Mam pewien problem. Od jakiegoś czasu spotykam się z kobietą, ale znamy się już dobre kilka lat. Oboje dobiegamy czterdziestki. Zawsze dobrze się dogadywaliśmy zatem i po zmianie relacji na romantyczną wszystko szło nieźle... do momentu wspólnego zamieszkania – wiadomo, trzeba się dotrzeć. Tyle że w tym docieraniu nie ma miejsca na kompromisy – ma być tak, jak ona chce, i już. Próby rozmowy i jakiegoś rozsądnego ustalenia wspólnego gruntu kończą się na kłótni albo zbywaniu prób tłumaczenia mojej perspektywy. Dodatkowo ostatnio zasugerowała mi, że mam się dostosować albo spadać na drzewo. Mieszkamy u niej (ze względów praktycznych miało to większy sens), a moje mieszkanie miało pójść na wynajem – myślę, że też dlatego ona czuje się uprawniona do dyktowania warunków. Wisienką na torcie jest to, że po każdej sesji z terapeutką wraca z coraz głupszymi pomysłami.
Ja rozumiem, że ważne jest, aby dbać o siebie i sam pomysł terapii popieram, ale bez choćby odrobiny elastyczności nie da się zbudować związku. Nie można wszystkiego oprzeć na „ja, ja, ja”. Obawiam się, że to może być pseudoterapeutka, która zamiast naprawdę pomóc, ładuje jej do głowy jakieś bzdury z TikToka, ale wolę nawet nie poruszać z nią tego tematu. Może jakoś dziwnie o tym myślę, ale zawsze wydawało mi się, że czasem zrobimy coś, jak ona chce, czasem po mojemu, a czasem znajdziemy jeszcze inny sposób. Tracę siły... Na szczęście nie dałem jeszcze ogłoszenia o wynajmie i chyba na razie się wstrzymam.
Wyznanie, które nadaje się tylko dla Anonimowych.
Prowadzę wykłady i ćwiczenia na prywatnym uniwersytecie. To moja dodatkowa praca – dojeżdżam tam na jeden dzień w tygodniu na zajęcia od rana do popołudnia, mam około 50 studentów w małych grupach.
Jest tam taka studentka, absolutnie zwyczajna, niczym niewyróżniająca się, nie wpadła mi w oko ani nic z tych rzeczy. Niedawno ni z gruszki, ni z pietruszki miałem erotyczny sen z nią w roli głównej, w klimatach delikatnego BDSM, gdzie ona była tą dominującą i wyprawiała ze mną różne bolesne rzeczy. Sen był z rzędu tych, które tak zapadają w pamięć, że pamięta się każdy szczegół.
Od tego czasu jak prowadzę zajęcia z nią na sali, nie mogę patrzeć w jej stronę, bo co na nią spojrzę, to wyobraźnia podsuwa mi scenki z tego, co ona tam ze mną wywijała i od razu tracę wątek: już kilka razy zdarzyło mi się podczas wykładów zawiesić w pół słowa i zapomnieć języka w gębie. Raz podczas zajęć zadała mi pytanie, a ja wręcz się zaciąłem, odpowiadając, i zrobiłem czerwony jak burak.
Żeby nie zostać pochopnie ocenionym: jestem statecznym gościem w średnim wieku, moje dzieci mają prawie tyle samo lat co ci studenci, nigdy nie miałem najmniejszej ochoty na żadne flirtowanie albo fantazjowanie ze studentkami – dziewczyny młodsze ode mnie o połowę to stanowczo nie mój temat. BDSM to też nie moja bajka, nie mam zielonego pojęcia, skąd ten sen się wziął – pewnie pora dzwonić po psychologa.
W rodzinnej wsi pod Krakowem był do kupienia w okazyjnej cenie dom, wiadomo, że do remontu. Kupiłem, zacząłem remontować, masa czasu na to schodzi.
W tej wsi mieszkają moi rodzice oraz dwójka rodzeństwa, wybudowali domy. Pozostała dwójka rodzeństwa mieszka w promieniu 15 km, też w domach jednorodzinnych.
Mam dość, ciągle chcą, żebym u któregoś pomógł przy czymś – a to elewacja, a to ogrodzenie, a to działka... Niekończąca się historia.
Pomóc muszę, przecież to rodzeństwo, u rodziców też ciągle jest coś do pomocy, mają gospodarstwo. Oni oczywiście też mi pomagają przy remoncie, choć wolałbym robić wszystko sam i nie musieć chodzić do nich.
Żałuję, że kupiłem dom tak blisko nich, rodzina rodziną, ale spokój cenna rzecz.
Chyba jestem potworem, bo mam problem z zaakceptowaniem swojego synka takiego, jakim jest. Nie chodzi o chorobę czy niepełnosprawność, tylko o to, że Michaś (5 lat), kolokwialnie mówiąc, jest beksą. Wiem, że to okrutne mówić tak o własnym synu, ale nie tylko ja to widzę.
Mały nie wyjdzie na podwórko, jeśli pies sąsiadów (zwykły kundelek) jest na swoim podwórku. Nieważne, że nasze posesje dzieli płot, a sąsiedzi zamykają bramę, kiedy wypuszczają psa na dwór. Kiedy Michał widzi Maksa, kurczowo trzyma się barierki i nie zejdzie ze schodów, chyba że go zniosę, a i tak wtedy histeryzuje, jakby pies miał go zaatakować.
Na huśtawce bujamy go, jakby był niemowlęciem, bo inaczej panikuje, że spadnie. Na karuzelę ani na najmniejszą zjeżdżalnię za nic nie wejdzie.
Ostatnio sąsiadów odwiedził syn z żoną i córką. Jakoś namówiliśmy z żoną syna, żeby się razem pobawili, ale gdy tylko Maja lekko kopnęła piłkę w jego stronę, uciekł z płaczem. Zawsze, gdy ktoś nas odwiedza, albo gdy my gdzieś jedziemy, Michał za nic nie schodzi nam z kolan.
Psycholog stwierdził, że po prostu musimy nad małym pracować. Michał niedługo pójdzie do przedszkola, ale ja sobie tego nie wyobrażam. Chcielibyśmy mieć z żoną jeszcze jedno dziecko, ale na razie nie wygląda na to, żeby dało radę przy zachowaniu syna. Nie ośmieszamy go, chwalimy, zachęcamy – wszystko na nic. Żona zajmuje się domem i małym, widzę, że ma dosyć. Próbowaliśmy z opiekunkami, żadna nie wytrzymała dłużej niż miesiąc.
Patrzę na inne dzieciaki, jak bawią się, biegają i śmieją, nie płaczą z byle powodu i cholernie zazdroszczę ich rodzicom. I czuję się z tym okropnie.
Mam obraz taty, który potrafi naprawić wszystko w domu, który sam wybudował, i w którym nie siedzi po pracy z nosem w telefonie lub telewizorze, ale zamiast tego zajmuje się czymś pożytecznym. Konfrontuję go z obrazem chłopaka, z którym mieszkam od kilku tygodni i który przy przybijaniu młotkiem gwoździa do ściany rozwala sobie palec, a po pracy musi odpoczywać, bo jest zmęczony.
Coraz bardziej dostrzegam, że on nie jest tym, kogo oczekuję. Mam wrażenie, że prawdziwi faceci gdzieś się pochowali, a ja potrzebuje takiego, który nie musi odpoczywać dwie godziny po pracy, a zamiast grać w durne gry, zorganizowałby nam jakoś czas albo chociaż zrobił coś pożytecznego. Ponad tydzień leżała w kartonie szafka do poskładania. W ciągu tygodnia był zbyt zmęczony po pracy, w sobotę i niedzielę do popołudnia był skacowany i też nie miał siły. W końcu doprosiłam się o tę szafkę, to składał ją cały dzień z przerwami i jeszcze źle to zrobił. Najzabawniejsze jest to, że faceci koleżanek wcale nie są lepsi, dwie lewe ręce do wszystkiego, a jedna moja koleżanka ma takiego, który powiedział, że nie będzie pracował w weekendy i odrzucił lepiej płatną pracę.
W domu nigdy się nie przelewało, tata, który po zmianie ustroju podjął się ciężkiej pracy, jedynej, która była w zasięgu jego kompetencji, skończył na rencie z plecami i kolanami w stanie agonalnym. Mama pracowała, gdzie się dało. Na to wszystko ja, młodsza siostra i starszy brat, który po kłótni z tatą opuścił nas, gdy miał 18 lat. Słuch o nim zaginął na kolejne lata i zjawił się zapłakany, gdy dowiedział się, że tata już nie żyje, a on nigdy nie zdążył go przeprosić.
W tak zwanym międzyczasie poszedłem do technikum gastronomicznego. Na drugim roku mieliśmy odbyć praktykę w placówkach w naszym regionie. Mnie przypadła jedna z większych restauracji. Była to restauracja i dom weselny w jednym. W okresie komunijnym przyjmowaliśmy około 400 gości jednego dnia. Uwielbiałem tam pracować, po każdym dniu w szkole szedłem do restauracji dorobić parę groszy, żeby wspomóc trochę budżet domowy.
I tu jest ta jedna wstydliwa sprawa z początku wyznania.
Dania serwowane w tej restauracji miały ogromne porcje, bardzo często goście nie byli w stanie zjeść wszystkich zamówionych pozycji i gdy sprzątałem z ich stołów, na zmywak wynosiłem często zjedzone do połowy pizze, koszyczek z połową chleba ze smalcem i ogórkiem, talerz z nieruszonym daniem dziecięcym. Często, gdy nikt nie patrzył, podjadałem to, co wyglądało na nieruszane. To kawałek owej pizzy, ziemniaczek z twarogiem, kawałek mięsa, chleb. Było mi bardzo wstyd, ale wiedziałem, że im więcej zjem tam, tym mniej zjem w domu. Owszem, pracownicy mieli posiłek pracowniczy, ale mi on nie przysługiwał. Mogłem wziąć dowolne danie z 50% zniżką, ale... To nadal było dla mnie dużo. Nie mam pojęcia, czy ktoś kiedyś widział, że tak robię, zmywakowa była jedna na salę i kuchnię, więc często nim przyszła, zmywak był pusty.
Najbardziej w pamięci zapadła mi pewna sytuacja. Głodny jak cholera zacząłem swoją pracę, miałem trójkę przy stole – rodzice z dzieckiem. Zamówili mu pełny posiłek, kluski śląskie, rolada wołowa i warzywka. Młody nie tknął dania za równowartość mojej dniówki. W duchu się cieszyłem, bo liczyłem, że sobie coś z tego zjem. Gdy już zaproponowałem pojemnik na wynos, którego nie chcieli, wróciłem z rachunkiem. Na stole na kupce leżały wszystkie talerze, a w jednej misce po zupie pływało danie młodego, resztki zupy, ości z ryby, którą jadła pani i kości z żeberek pana. Uśmiechnięci i szczęśliwi, że pomogli, zostawili 5 zł napiwku i poszli... Nie zrozumcie mnie źle, ale było mi autentycznie przykro. Zmarnowało się dużo dobrego jedzenia, takiego, którego jeszcze długo nie mogłem kupić, takiego, które bym zjadł, chowając w kieszeń swoją dumę i ego.
Od tamtej pory minęło lata świetlne, a ja nadal wspominam czasy, gdy 50 zł w kieszeni wydawało się przepustką do lepszego życia.
Dodaj anonimowe wyznanie