#Z494h

Nie mam przyjaciół. Paru znajomych i rodzinę tak, ale żadnego przyjaciela. Pracuję zdalnie z domu, więc żadnych relacji ze współpracownikami nie mam (oprócz szefa). Nie mam z kim wyjść na miasto. Nie mam z kim pójść do kina. Nie mam z kim pogadać o kosmetykach czy polityce. I... jestem najszczęśliwsza od czasu skończenia nauki. Nie muszę z nikim rozmawiać. Nie muszę się z nikim spotykać. Mogę robić to, na co ja mam ochotę. Ograniczam relację z innymi do minimum, bo mnie po prostu męczą. Jestem szczęśliwa, choć według innych samotna.

#avy8I

Związek z moją dziewczyną jest mocno partnerski. Nieco się od siebie różnimy, więc codzienne obowiązki realizujemy z określonym podziałem. Dla przykładu: ja jestem rannym ptaszkiem, więc zawsze robię śniadania w czasie kiedy ona wstaje i się maluje.


Ostatnio dostałem kilka porannych miniwykładów, bo jak ona może jeść tyle samo kromek chleba co ja? Przecież jestem postawnym facetem, a ona wzrostu przeciętnej dziewczyny. Sytuacja zbyt często się powtarzała i nieco mnie denerwowała, więc stwierdziłem, że sprawdzę jej wierność teorii nierównej dystrybucji dóbr. Kupiłem słoik nutelli (uwielbia ją) i następnego dnia z premedytacją podałem jej tylko dwie kromki chleba, samemu zostawiając sobie trzy.  
Jej minę pamiętam do teraz. Najpierw nie chciała dać po sobie poznać niezadowolenia, ale ostatecznie usłyszałem, że to przecież niesprawiedliwe.

Ktoś powiedział, że kobiety trzeba kochać, nie rozumieć. Ja się pod tym podpisuję ;)

#BeIal

Nie zapomnę miny mojej żony, gdy raz spontanicznie na dworcu stanęła na wadze.
Przerażenie, załamanie, w oku błysnęła nawet chęć samobójstwa chyba.
Następnie wyraźna i niepohamowana żądza mordu, gdy zwijałem się ze śmiechu.
Uratował mnie syn, przytomnie zwracając jej uwagę na fakt, że zapomniała zdjąć plecak. Dosyć ciężki.
Pojęcie „życia na krawędzi” nabrało dla mnie nowej głębi. Bungee i takie tam jest dla cieniasów. Prawdziwą dawkę adrenaliny zapewnić może tylko kobieta.

#E1Z2e

Jestem bardzo wysoka, już jako dziecko byłam większa od rówieśników, ba, byłam najwyższa w całym przedszkolu. Oprócz wielkiego wzrostu miałam również wielkie zamiłowanie do gry aktorskiej, występowania przed publicznością, odgrywania głównych ról w przedstawieniach – do czasu...

Pewnego razu pani przedszkolanka powiedziała, że zagramy przedstawienie dla rodziców  – „Calineczkę” Andersena. Bardzo chciałam być tytułową Calineczką, gdyż właśnie tę historię czytywała mi babcia na dobranoc, bardzo ją lubiłam i miałam do niej sentyment. Niestety roli nie dostałam. Pani powiedziała, że jestem za duża na główną bohaterkę, ale za to świetnie się nadaję do roli złej, dużej, brzydkiej ropuchy. Co miałam zrobić – rolę odegrałam. Byłam tak zła i zazdrosna, że wszyscy byli zachwyceni moją grą aktorską, bo całe przedstawienie siedziałam skulona w kącie w przebraniu i pozycji ropuchy ze złowrogim wyrazem twarzy, lustrując zawistnym spojrzeniem Calineczkę w przepięknej sukience.

Zdjęcie uwieczniające tamto przedstawienie jest moim ulubionym zdjęciem z dzieciństwa.

#lEZc8

Moja żona stosuje wobec mnie przemoc psychiczną. Jest najbliższą mi osobą i wie o mnie więcej niż ktokolwiek inny. Większość czasu zachowuje się normalnie i jest dla mnie dobra i wspierająca. Ale czasem zupełnie bez zapowiedzi coś jakby przestawiało jej wajchę w głowie i wtedy zamienia się kogoś pełnego gniewu i nienawiści. Potrafi po prostu wstać rano i obudzić mnie wrzaskiem i wyzwiskami. Ale nie zwykłymi wulgaryzmami (choć tym też) – są to rzeczy, które wie, że najbardziej mnie zdołują i wyprowadzą z równowagi. Dziesiątki razy słyszałem, że jestem śmieciem, obraża moją rodzinę, rozwodzi się nad tym, jak to według niej jestem złym synem, bo nie pomagam mamie robić herbaty, kiedy ją odwiedzam, że zostanę sam i wszyscy ludzie się ode mnie odwrócą (wyznałem jej kiedyś, że boję się samotności w starszym wieku), że jestem miernotą i głupkiem, bo myślę o sobie, że mam zdolności językowe (a znam tylko język angielski). Często słyszę, że jestem najgorszą osobą, jaką zna, że nic w życiu sam nie osiągnąłem i nie osiągnę, że nie zasługuję na szacunek i wszyscy mają mnie w dupie, bo jestem słaby.
Co robię, żeby sprowokować taką wiązankę? Czasem nie sprzątnę tak, jak ona by tego w tym momencie wymagała. Czasem zwrócę jej uwagę, że może coś odłożyć na miejsce. Raz zwróciłem jej uwagę, że przeklinanie publicznie podczas czekania na zamówione frytki nie jest OK. Innym razem podjechałem po nią 30 m za daleko i musiała dojść do samochodu...

Nienawidzę siebie za to, że powoli wierzę w jej słowa. Najbardziej jednak nienawidzę siebie za to, że kiedy nie mogę już wytrzymać i tłumaczę jej, że to, co do mnie mówi, jest bolesne i niezgodne z prawdą, a słyszę kolejny raz: „Nie popłacz się”, to coś we mnie pęka, i kiedy pęka, to sam staję się pełny nienawiści i okrutny. Sam zaczynam odpowiadać pięknym za nadobne. Nie mam już siły, nie mogę już tego wytrzymać.

#F2ZoD

Jestem już dorosły, tak samo jak moje rodzeństwo. Gdy jestem u rodziców, a akurat są jacyś goście, znajomi, oni bardzo lubią podkreślać, jakimi wspaniałymi są rodzicami, jak bardzo pomagają dzieciom.
Ostatnie 10 lat rzeczywiście są dobrymi rodzicami, bardzo mi pomogli, jestem za to wdzięczny. Jednak jak tak się chwalą, co to oni nam nie dali, aż się gotuję od środka. Byli fatalnymi rodzicami. Ojciec pił, co tydzień robił awantury, wyzywał nas, rozwalał meble. Płacz i strach, nieodłączny element pijanego ojca, przez całe dzieciństwo. Jak chcieliśmy zwykłego batonika, jak to dzieci, to tylko na nas krzyczeli. Na alkohol dla ojca i papierosy dla matki zawsze były pieniądze.
Mam duży żal do matki, tylko ona mogła wpłynąć na ojca, żeby nie pił. Mam jednak wrażenie, że jej się to podobało, jak po każdej awanturze przez kilka dni chodził za nią, przepraszał, udawał kochającego męża.
Jak już dorośliśmy, mieliśmy dużo problemów w dorosłym życiu, a w dużej mierze były wywołane przez to, w jakim domu się wychowywaliśmy.
Jestem wdzięczny za pomoc, tylko irytuje mnie, jak oni mogą myśleć, że są dobrymi rodzicami. Jakby wymazali 20 lat awantur, pijaństwa, kłótni.
Na co dzień jestem pogodzony z tym faktem, to coś, co było, dobrze, że się zmienili.
Tylko to ich idealizowanie siebie... wtedy zapadam się od środka.

#ycWGe

Od pół roku czuję się jak podstarzała Grażyna, która znudziła się swojemu mężowi, z którym jest w związku od wielu lat. Problem w tym, że mam 31 lat i jestem ze swoim chłopakiem od 2 lat.

Wiadomo, seks nie jest najważniejszy, ale żeby nie uprawiać go wcale? I to w dodatku od pół roku? Z góry zaznaczam, że nie uważam się za osobę nieatrakcyjną czy zaniedbaną, ale oczywiście na początku szukałam winy w sobie. Zaczęłam więc chodzić częściej na siłownię, kupiłam sobie nową, bardzo ładną bieliznę. Pomogło? Nie. Cały czas wykazywał kompletny brak zainteresowania sprawami łóżkowymi. Tylko sen i basta! Naturalnie, próbowałam przejmować inicjatywę, ale nic to nie dawało, twierdził, że jest zmęczony albo że po prostu nie ma ochoty. W moim umyśle zaczęły rodzić się podejrzenia, bo kto wie, może mnie zdradza? Uważnie go obserwowałam, ale nic nie wydało mi się niezwykłe. Wracał z pracy o normalnej porze, nie chronił przede mną telefonu, nie znikał na całe noce. Wiele razy próbowałam z nim rozmawiać na ten temat, ale nie usłyszałam nic prócz zapewnień, że wszystko jest okej, że bardzo mnie kocha i tak, podniecam go cały czas, tylko... on po prostu nie ma ochoty.

Postanowiłam zacisnąć zęby, nie upokarzać się więcej zachęcaniem go i poczekać. I wiecie co? Czekam tak sobie do dzisiaj, nadal ze sobą mieszkamy, spotykamy się ze znajomymi i staramy się spędzać ciekawie wolny czas. Tylko ja czuję się, jakbym żyła z dobrym kolegą, z którym czasem się całuję i przytulam. 


Nie mam komu o tym powiedzieć, nie przyznaję się nikomu. Myślałam, że może mój luby jest chory albo ma depresję, ale jak napomknęłam o moich podejrzeniach, zostałam wyśmiana i olana. Czuję się jak egoistka, bo brakuje mi zbliżeń, i choć wiem, że nie to jest najważniejsze, to nie mogę przestać o tym myśleć.

Co się takiego stało, że nagle seks przestał go interesować? Przez tę całą sytuację czuję się nieatrakcyjna, moja pewność siebie jest już praktycznie zerowa. Bardzo go kocham, martwię się o niego, ale nie wiem, czy zaraz się nie okaże, że po prostu się mu znudziłam i już mnie nie chce.

#chCK5

Moim największym kompleksem zawsze były włosy. Od 13 roku życia musiałam walczyć z hormonami i nadmiernym owłosieniem. Lekarze przepisywali co rusz inne leki antykoncepcyjne, które nie przynosiły rezultatu, mieli też tak skrajne opinie o moim problemie, że tak naprawdę nie wiedziałam, skąd się to dokładnie wzięło i jak z tym walczyć. Moją przyjaciółką stała się maszynka do golenia. Co drugi dzień spędzałam dobre dwie godziny, żeby ogolić twarz, piersi, brzuch, nogi, pachy, ręce, odcinek lędźwiowy, okolice bikini i stopy oraz palce. Na depilację laserową nigdy nie było mnie stać, a woskiem nie potrafiłabym zrobić wszystkiego. Nikogo nie chciałam prosić o pomoc, bo zbytnio się wstydziłam. W szkole z zawiścią obserwowałam dziewczyny, które zamiast włosów miały meszek. Moim największym marzeniem było mieć włosy jak one. Gdy kiedyś jakaś dziewczyna w szatni zobaczyła pasmo włosów na plecach, których nie zauważyłam, miałam potem piekło. Pytania typu czemu rosną mi tam włosy lub wyzwiska od małpoludów były potem na porządku dziennym. Rodzina też nie pomagała. Gdy w końcu poznałam chłopaka, to docinali mi, czy już zgoliłam ten busz. Kuzynka nawet szantażowała mnie, że powie mojemu chłopakowi, jaka ze mnie obrośnięta małpa, a i tak czasami przy nim jej się coś wypsło.
Chłopakowi nie pozwalałam się dotknąć pod ubraniem nawet po 6 miesiącach chodzenia, bo uważałam, że na pewno wyczuje szorstkość skóry i zobaczy, jakim dziwadłem jestem. Ostatecznie ze mną zerwał, mówiąc, że jestem oschła.

Nawet teraz, jako już dorosła kobieta, po 8 zabiegach depilacji laserowej i po wydaniu kroci u wszelkiej maści lekarzy i kosmetyczek, nie mogę sobie poradzić z włosami. Dla jednych to nic, a dla mnie dramat, bo jestem wiecznie przywiązana do maszynki lub innego środka depilacji. Gdziekolwiek bym nie jechała, to muszę mieć stały dostęp do łazienki, a jak jadę gdzieś ze znajomymi, to patrzę, żebym miała swoją własną łazienkę, żeby nie musieć się tłumaczyć, czemu tyle czasu tam spędzam. Boję się też zbudować normalny związek w obawie, że mój przyszły facet nie zaakceptuje tego nadmiaru włosów. Jak myślę też o przyszłych dzieciach, to modlę się, żebym nigdy nie urodziła córki. Nie wyobrażam sobie skazać swoją latorośl na wieczną walkę z włosami. To niby tylko włosy, a od lat niszczą mi życie.

#zc2ma

Sytuacja przytrafiła się mi w ten weekend w pewnym beskidzkim mieście. Nieplanowany, spontaniczny wypad. Tylko ja i dzieci, czas dla nas. Na miejscu (9.00 rano) pierwsze co ujrzałam  to Sebę po 40 oraz Karynę nieco młodszą, wraz z trójką bombelków. Seba w lewej Harnaś i szlug, w prawej niemowlę. Karyna na telefonie ciupie. Dwójka pozostałych rzuca kamieniami, gdzie tylko popadnie, nieważne, że to był parking, oboje nie pracują (o czym się dowiedziałam), więc komornik nie ściągnie, niech walą po tych autach! Punkt kulminacyjny nadchodzi tegoż dnia wieczorem — otóż Seba robił imprezę dla wszystkich, puszczając marną techniawę. Nieważne, że Karyna nad dziećmi nie panowała, tutaj siła wyższa w postaci procentów z Harnasia przepijanego seteczkami po cichaczu przemawia! Pech chciał, że od tejże strony był mój balkon. Godzina 23.00, dalej granda! Schodzę. Zostałam zwyzywana, że on ma urlop i może. Że zapłacił jak wszyscy i członka w to wbija, co moje „bachory” robią. Mówię o ciszy nocnej i że sam mógłby położyć swoje dzieci i co się stało? Otóż pusta już butelka Harnasia wylądowała na moim ramieniu.
Policję wezwałam niezwłocznie – pan bohater okazał się być poszukiwany, więc go zawinęli. Karyna się darła, że olaboga, jak to tak, jak ona z dziećmi do domu wróci, ale wcale mi ich nie żal. Gdyby potrafili zachować się po ludzku, to nie narobiłby sobie takich problemów.
Dodaj anonimowe wyznanie