#pjuXj
Po roku nauki wybrałam się na wakacyjny kurs serbskiego do Belgradu. W drodze pełnej przygód towarzyszyła mi koleżanka z moich zajęć, która również otrzymała stypendium na ten wyjazd, a sama pochodziła z Azerbejdżanu. Szukając drogi z dworca autobusowego do akademika, w którym miałyśmy zamieszkać, zdane byłyśmy na siebie i prostą zasadę „koniec języka za przewodnika” (smartfony miały się upowszechnić dopiero za parę lat). Bardzo szybko okazało się, że w Serbii praktycznie nikt nie mówi po angielsku, musiałyśmy więc aktywować nasze zasoby słownictwa serbskiego. Po pierwszej przygodnej konwersacji, ja jako nieco arogancka prymuska, zakomunikowałam koleżance, że wszystko zrozumiałam i mamy iść w prawo.
Szukałyśmy i szukałyśmy, błądziłyśmy i błądziłyśmy, i długo nic z tego nie wychodziło, a walizki ciążyły coraz bardziej. Kolejne napotkane osoby nawigowały nas zupełnie inaczej, co tylko potęgowało wrażenie kręcenia się w kółko. Po chyba godzinie trafiłyśmy. Cóż, nie wiem dlaczego, ale przez rok nauki poprzedzającej ten wyjazd nie zdążyliśmy na kursie przerobić tak podstawowej rzeczy jak kierunki. A ja po jakimś czasie, już w trakcie tego pobytu, ogarnęłam, że „prawo” po serbsku oznacza „prosto”. Nigdy nie przyznałam się koleżance, dlaczego tak wtedy błądziłyśmy.
Współczuję, znaleźć się w obcym kraju bez wsparcia (dodatkowo w kraju prorosyjskim). Założę się że twoim nauczycielem był facet i celowo nie nauczył was podstaw
Ksiądz. Jej nauczycielem na pewno był ksiądz, który był członkiem serbskiej prawicowej sekty chodujacej insekty.
Serbia to raczej prawosławie ale ok. A poza tym wszyscy w domu zdrowi?