Jeśli ktoś szuka pracy lub planuje w najbliższym czasie zmienić pracę, to niech omija szerokim łukiem ogłoszenia z frazą „odporność na stres”. Co to właściwie znaczy?
Nie oznacza to nic innego, jak:
1. Zaklęcie mające otworzyć bramę do świata, gdzie wszelkie biurowe nieporozumienia rozwiązuje się przez wrzaski i miotanie klawiaturą.
2. Grzeczne harowanie w najgorszych warunkach i dzielne znoszenie kierowników łajdaków.
3. „Szukamy kozła ofiarnego do regularnego odreagowywania frustracji”.
4. „Będziemy na ciebie wrzeszczeć, a ty masz to znosić z uśmiechem”.
Nie oszukujmy się. Jeśli Janusz wpisuje takie coś w ogłoszeniu o pracę, to już może zawijać firmę. W cywilizowanych krajach nie ma już czegoś takiego jak wymaganie odporności na stres w pracy. A jak już wymagają, to powinni płacić minimum 20 tysięcy na rękę. Poniżej tej kwoty to nawet nie mają prawa słowa pisnąć o jakimś stresie w pracy, tylko zapewnić absolutnie święty spokój.
Jestem obecnie w trudnym momencie mojego życia. Odeszłam od męża, który latami znęcał się nade mną. Mieszkam z 5-letnią córka sama w dużym mieście. Jestem osobą, której bardzo ciężko prosić o pomoc. Uczę się tego dlatego, że tej pomocy zwyczajnie czasami potrzebuję, gdy córka jest chora albo gdy mam jakieś sprawy do załatwienia. Nie nadużywam tej pomocy. Nie spotykam się z koleżankami, nie wychodzę do kina – proszę o pomoc, gdy naprawdę potrzebuję. Nie ukrywam, że już mi trochę to ciąży, że chętnie bym spotkała się ze znajomymi, chętnie bym wyszła gdzieś sama. Nie chcę jednak obciążać osób, które mi od czasu do czasu pomagają. Wiadomo, nigdy nie wymagam, aby ktoś rezygnował ze swoich planów, aby mi pomóc.
Mam długoletnią przyjaciółkę, która mieszka 25 km od nas. Jest singielką. Jakiś czas temu umówiłam się z nią, że przypilnuje moją córeczkę. W ostatniej chwili odmówiła, tłumacząc, że ma awarię auta. OK, zdarza się. Nie rozmyślałam o tym wtedy. Jednak okazało się całkiem przypadkowo, że w tym czasie pożyczyła auto firmowe, aby być mobilną i w sobotę tym autem była w moim mieście. Poczułam żal. Rzadko kiedy ją o coś proszę, praktycznie w ogóle. Zaczęłam rozmyślać, że gdyby ona była w mojej sytuacji, powiedziałabym: „Słuchaj, zajmę się twoją córką w sobotę, idź do kina, przejdź się gdzieś, zrób sobie spokojnie zakupy, złap oddech”.
Czeka mnie ciężka rozprawa rozwodowa, moja przyjaciółka niestety nie zgodziła się być świadkiem – wiem, ma prawo, nie nalegałam na to. Jednak teraz jak rozmyślam o naszej relacji, to czuję jakiś żal. Często jest w moim mieście, jednak ani razu nie zapytała: „Chcesz sobie wyjść spokojnie na zakupy?”.
Chciałabym, aby ktoś innym okiem spojrzał i napisał, co myśli. Nie wiem, czy te moje odczucia są zasadne.
Mam 30 lat i w gościach zawsze sikam do umywalki.
Kilka lat temu w gimnazjum miałam kolegę, który uwielbiał rozwalać mi włosy, bo wiedział, że mam obsesję na ich punkcie. Kolega miał na imię powiedzmy Stachu. Robił to notorycznie, za którymś razem nie wytrzymałam i wrzasnęłam „Kurna, Stachu, odpieprz się!” i wykonując obrót, zadałam wyjątkowo mocny cios w nos...
Tylko że za mną nie stał Stachu, jak się spodziewałam, a pan dyrektor, który uwielbiał takie żarciki, a w ogóle to zgadnijcie jak miał na imię... Dostałam podwójną uwagę: za rozbicie mu nosa i spoufalanie się.
Moja kuzynka ma dwóch synów, 14 i 13 lat. Oboje uwielbiają grać na komputerze, więc kilka lat temu kuzynka kupiła dla siebie z mężem nową stacjonarkę, a stary – wtedy ok. 2-letni – dostali synowie. Minęły lata, rodzice wymieniali pociechom sprzęt na nowy. Stary miał wylądować w śmietniku. Tak się złożyło, że mój mąż również jest zapalonym graczem, nosił się z wymianą grafiki i dysków, ale obudowa była za mała czy jakoś coś tam nie pasowało. Wzięliśmy więc od kuzynki starą obudowę, bo była większa i w bardzo dobrym stanie. Za 4-pak piwa i 5 Zdrowasiek :) Reszta poszła w kosz.
Jakiś czas później przyszli do nas w odwiedziny. Młodzi nie dostali jeszcze nowego sprzętu, nie miałam nic przeciwko i pozwoliłam im pograć na naszym. Wieczorem zadzwoniła kuzynka, że mają sporo wydatków i jednak nie są w stanie kupić im kompa, a lato i wakacje będą i ona by chciała ten komputer z powrotem. Zdziwiona zapytałam, po co jej stara obudowa, myślałam, że kompletują coś z używanych części czy coś....
Nie. Ona chce CAŁY komputer, bo u nas chodził całkiem dobrze. Po dłuższej i dość nieprzyjemnej rozmowie mąż rozłożył komputer i pojechał oddać im ich własność.
Od tej chwili minęły dwa lata. Jak się okazuje, cała rodzina i wszyscy nasi wspólni znajomi poznali historię, jak to POŻYCZYLI nam komputer, a my nie chcieliśmy go zwrócić, a ostatecznie oddaliśmy popsuty.
Będzie krótko.
Obudził mnie z samego rana szerszeń w moim pokoju.
1. Nigdy tak szybko się nie podnosiłem z łóżka.
2. Wyobraźcie sobie chłopa w kasku od motoru z klepką i butem w rękach.
3. Mina rodziców bezcenna.
Od ponad 10 lat mieszkam za granicą. Mam tutaj dom, pracę, którą bardzo lubię, cudownych przyjaciół i partnera, którego kocham. Kocham też moje miasto, parki, lasy, kocham ludzi, otwartość, tolerancję i kulturę. W Polsce natomiast mam rodziców, których bardzo kocham, brata, bratanków, dziadków, którzy są już koło 90. I tak bardzo nie potrafię pogodzić tych moich dwóch żyć... Czuję, że to kraj, w którym obecnie mieszkam, jest moim domem. Nie tęsknię za Polską samą w sobie. Ale potwornie tęsknię za ludźmi. Za moimi najbliższymi. Za dziećmi mojego brata, które tak bardzo mnie kochają. Gdy przyjeżdżam, nie odstępują mnie na krok. Niedawno były piąte urodziny mojej bratanicy. Gdy już zdmuchnęła świeczki, przyszła do mnie i powiedziała: „Wiesz o co poprosiłam? Żebyś została tutaj na zawsze”. Serce ścisnęło mi się ze wzruszenia i smutku.
Nie potrafię wybrać. Gdy jestem w Polsce, tęsknię za moim partnerem, przyjaciółmi, moim życiem, ulubionymi miejscami, za ludźmi, otwartością i kulturą. Zdarza mi się płakać po nocach z tęsknoty. Gdy mam wyjeżdżać, mówię, że jadę do domu, bo tak właśnie czuję. A gdy już wrócę, zaczynam tęsknić za rodzicami, za bratem, za dziećmi. Zdarza mi się płakać po nocach z tęsknoty. I gdy znowu mam jechać do Polski, to mówię, że jadę do domu. I już nie wiem tak naprawdę, gdzie jest mój dom. W Polsce, przy rodzinie? Czy w tym drugim miejscu, gdzie zbudowałam swoje nowe życie? Spełnieniem marzeń by było, gdyby moja rodzina przyjechała do mnie i zamieszkała w moim kraju, ale to niemożliwe. Oni nie chcą wyjeżdżać z Polski. Ja nie wyobrażam sobie wrócić. Mój partner nawet nie zna polskiego i też kocha swój kraj. A ja go zbyt mocno kocham, by prosić, aby wyjechał ze mną, choć wiem, że by to dla mnie zrobił. Kocham ich wszystkich i boję się, że niedługo ze smutku i rozdarcia pęknie mi serce.
Mam 25 lat, jestem osobą raczej niepijącą (nigdy nie miałem problemu z alkoholem, po prostu mi nie smakuje). Czasem sobie piwko strzelę, ale to bardziej przy koszeniu. Przez to straciłem wszystkich znajomych, bo jestem „zbyt nudny” i nie umiem się bawić.
Chciałbym kiedyś spotkać osobę, która nie potrzebuje alkoholu, żeby dobrze spędzić czas. Zazdroszczę wszystkim, którzy mają takie osoby.
Ulubioną historią mojej mamy jest ta, że jak się urodziłam, to byłam tak brzydkim dzieckiem, że się popłakała i wstydziła się pokazać mnie tacie, bo bała się, że ją zostawi.
Jestem uzależniona... Robię to codziennie...
Zapewne pomyśleliście o alkoholu czy czymś gorszym, ale nie...
Codziennie wpieprzam kalafior z bułką tartą. Po prostu to kocham!
Dodaj anonimowe wyznanie