#BoXwq

Kiedyś kupiłam sobie gorset. Wówczas nie miałam o gorsetach bladego pojęcia, był to mój pierwszy zakup – jak zazwyczaj u początkujących bywa, zakupiłam chińskie badziewie.

Moja duma, jak założyłam go na siebie pierwszy raz i wyszłam w nim z domu była ogromna i trwała... jakieś 15 minut. Po kichnięciu gorset pękł na KAŻDYM szwie :D

#xaRfd

Moje mieszkanie jest dla mnie miejscem bardzo prywatnym i może nawet na swój sposób intymnym. Po prostu jest moje i nie toleruję zbytniego rozgaszczania się w nim jak u siebie, przesuwania rzeczy, nie przystaję na żadne „akty miłosne” w moim mieszkaniu itp.

Jakiś czas temu zadzwoniła do mnie znajoma, że wracają z jakiegoś koncertu, a już się robi ciemno i jako że są zmęczeni, nie chcą jechać nocą samochodem. Zapytała mnie, czy nie mogliby czasem przekimać u mnie do rana, a potem ruszyć dalej. Po zapytaniu jacy dokładnie „oni” dowiedziałam się, że chodzi o nią i jej nowego chłopaka. Nie chciałam się zgodzić, ponieważ jak już wspomniałam, nie lubię nocować u siebie par. Zaproponowałam, że wpuszczę ich na kawę i jakiś odpoczynek przy filmie, pogaduchy itp., ale nie ma szans, że zostaną na noc. Jakoś tak wyszło, że dziewczyna zaczęła mnie błagać przez słuchawkę, że boją się, że spowodują wypadek tacy zmęczeni i w końcu się zgodziłam. Kiedy już do mnie dotarli, nakreśliłam jasno, jak u mnie to wszystko wygląda, po czym zostałam zapewniona, iż wszystko jest dla nich w porządku oraz nie zrobią niczego, co by mi się nie spodobało. 

Przez następną godzinę oglądaliśmy jakiś film, aż postanowiliśmy wypić po piwie. Okazało się, że mam u siebie jedną puszkę po wczorajszych gościach, więc zaproponowałam skoczenie do sklepu. Kiedy wróciłam, zastałam ich na mojej kanapie w wiadomej sytuacji. Tej samej kanapie, na której siedzę co wieczór, oglądając seriale i jedząc przekąski. Pewnie się domyślacie, że nie zachwycił mnie widok usadzonych na niej gołych tyłków i pewnych wydzielin. Ich wytłumaczenie? Uznali, „że to takie wbrew zasadom i w ogóle ich poniosło”.

Do dziś są na mnie śmiertelnie obrażeni, że wyrzuciłam ich w środku nocy z mieszkania, dokładnie tak jak ich znalazłam. Myślcie o mnie co tylko chcecie, ale w ogóle nie żałuję.

#fPydC

Kiedy byłem w gimnazjum, miałem lekcje z pewną nauczycielką. Nazwijmy ją X. X była nauczycielką z powołania, zawsze uśmiechnięta, dobrze uczyła, a i karać potrafiła.

Na początku drugiej klasy dołączyli do nas typowi dresy, no i oczywiście się zaczęło. Za cel obrali sobie mnie i mojego przyjaciela A. Wyzwiska od były na porządku dziennym. Mnie na szczęście się szybko odczepili, ale A, jako że był niski i słabej budowy, musiał to wszystko przeżywać. Praktycznie codziennie wracałem z nowym siniakiem albo zadrapaniem, bo stawałem w jego obronie. I wiecie co?

Żaden uczeń nie zareagował. Wszyscy się bali.
Taki stan rzeczy utrzymywał się ponad trzy miesiące, aż w końcu zauważyła to X. Wzięła mnie i A na dwie godziny do pokoju nauczycielskiego, dopóki nie zaczęliśmy gadać. Okazało się, że nad A nie tylko się znęcali oraz wysyłali groźby, ale też doszło do gwałtu po jednej z lekcji WF-u. Chcieli mu pokazać, że skoro "jest babą, to i musi poczuć się jak baba". Byłem wkurwiony, ale gdy spojrzałem na nauczycielkę. Powiem wam tak. Pod tą sztuczną maską spokoju było widać takiego wkurwa, że o matko.

Przesiedzieliśmy tak jeszcze chwilę, aż w pewnym momencie X wstała i szybko wyszła za drzwi. Każdy jej krok był przepełniony nienawiścią, współczuciem oraz chęcią mordu. Dwójkę dresów i nas wzięła do dyrektora oraz wezwała rodziców. Gdy ci przyjechali, zrobiła całej szóstce z dupy jesień średniowiecza. A my z dyrektorem tylko patrzyliśmy, jak nasza wychowawczyni niczym lew broni wszystkiego co cenne.

Oczywiście nie przyznali się do niczego, jednak ona w ciągu trzech dni znalazła wszystko na monitoringu. Było tam ponad 40 nagrań urywkowych z dokładnie wypisaną datą. Tak więc cwaniaczki mogły sobie pofikać.
Po całej tej sprawie, na lekcji polskiego i wychowawczej (mieliśmy pod rząd) zrobiła nam wykład o znęcaniu się w szkole oraz o mobbingu. Następnie całej klasie (prócz mi i A) obniżyła średnią o dwie oceny lub trzy oceny.

Na następny dzień, wszyscy poszli ją przeprosić, jednak podobno ona się tylko uśmiechnęła i powiedziała, że to nie ją powinni przepraszać, tylko nas. I tak się też stało. Ponad 30 osób klękało i błagało nas o wybaczenie. I może trochę głupio postąpiliśmy, ale im wybaczyliśmy. Przez resztę gimnazjum było już w miarę normalnie, chociaż widać było, że uczniowie się obwiniają i żałują, że wtedy nic nie zrobili.

Dlaczego o tym piszę? Krótko potem odbył się pogrzeb naszej ukochanej wychowawczyni. Została wręcz skatowana przez nieznanych sprawców, gdy wracała w nocy do domu. Ponad 200 osób pożegnało tę wspaniałą kobietę. Cały grób był zasypany anemoniami i piwoniami.

Do teraz płaczę i mam jedno pytanie:
Gdzie tu sprawiedliwość? Dlaczego Bóg zabrał taką osobę? Oraz dlaczego te zjeby pojawiły się i zaczęły obrzucać grób?

#5TRyi

Byłem dziś w kościele. Stałem na polu, obok dziewczynki, na oko 4 lata. Patrzyła się cały czas na mnie, ale nic sobie z tego nie zrobiłem. Nagle, po minucie patrzenia się na mnie, stwierdziła: „Wiesz co? Jesteś ładny”.

Po raz pierwszy ktoś docenił mój wygląd. Na dodatek była to 4-letnia dziewczynka. Dodam, że sam mam 16 lat. Zapowiada się świetne życie, jak już będę dorosłym.

#zuU0H

Miałam kiedyś ukochanego kota. Zachowywał się, jakby był moim dzieckiem. Przychodził, przytulał się do mnie tak, że obejmował moją szyję dwiema łapami. Czasem do toalety nie mogłam iść spokojnie, bo nie chciał zejść. Nigdy nie chciałam go wypuszczać na zewnątrz wieczorem, bo wiedziałam, że będzie smutny, że to ja muszę go wygonić. Nie mogłam z nim spać, mieszkałam na wsi i nie było mowy o kocie na noc w domu. Cóż, kochałam go całym moim małym serduszkiem. Wszyscy na mnie mówili „kocia mama”.
Kiedyś wracam ze szkoły, rzucam plecak, biegnę do babci i pytam: „Babciu, gdzie Filemon?”. Na co babcia ze stoickim spokojem mówi: „A bus go przejechał”.

Do dziś uważam, że było to zwyczajnie okrutne.

#TQ5aL

Nie wiem, jak to opisać, ale ostatnio w moim związku jest po prostu średnio. Nie jestem pewien, czy to moja wina, czy mojej partnerki.

Rozumiem, że w związku zdarzają się spięcia, ale tutaj wydaje się, że nie ma dnia bez kłótni lub wzajemnych oskarżeń. Dodatkowo mam wrażenie, że jestem naciskany na przyspieszenie rozwoju relacji pod groźbą braku zaufania („dopóki tego nie zrobisz, nie będę cię ufać” i tak w kółko). Utrudnia mi to życie, zwłaszcza że nawet praca z osobami płci przeciwnej jest uważana przez nią za zdradę (przez brak zaufania), co prowadzi do unikania mnie do końca dnia. Nie do zniesienia jest również wybieranie z jej strony trochę z równouprawnienia, a trochę z tradycyjnego stylu życia. Większość rachunków za restauracje pokrywam ja, ale przy zakupach dzielimy się kosztami po równo, choć większość tych rzeczy nie jest mi potrzebna. Jeśli chodzi o obowiązki domowe, również dzielimy się nimi w równym stopniu, chyba że partnerka czuje, że jej się nie chce, wtedy muszę się nimi sam zająć, ale rzadko działa to w dwie strony. To tylko kilka przykładów. Dodatkowo irytuje mnie to, że często szydzi ze mnie (często dotkliwie), a na koniec mówi, że to przecież żart. Na koniec hipokryzja – przykładowo w sytuacjach okolicznościowych muszę prosić, a wręcz błagać, aby partnerka przyjechała na święta, podczas gdy mój brak na imieninach jej wujka, którego w życiu nie widziałem na oczy, wzbudza w niej ogromne oburzenie.

Nie wiem, co robić, ponieważ mimo wszystko nadal kocham ją, ale z powodu ostatnich zdarzeń i jej oporu wobec zmiany zachowania jest mi bardzo trudno... A gdy próbuję to z nią przegadać, winę za sytuację zawsze zrzuca na mnie. Nie chcę się wybielać, bo też mam przywary, ale nienawidzę, kiedy ona ciągle mówi, że jej nie kocham i że na pewno ją zdradzam. Rani mnie to.

#s4Suy

Wychowywałam się w patologicznej rodzinie. Przez długie lata musiałam tolerować przyszywanych wujków i innych dziwnych typków, których ojciec spraszał do domu na alkoholowe libacje. Wulgarne teksty czy próby podglądania, a nawet dotykania, były niemalże codziennością.

Najwięcej przykrości doświadczyłam ze strony naszego sąsiada, który po śmierci mojej mamy był stałym bywalcem w naszym domu. Pamiętam, że to on jako pierwszy zaczął w dziwny sposób komentować mój wygląd, gdy zaczęłam dojrzewać. Wtedy też zaczął mnie podglądać. Jestem też przekonana, że to on schował klucz od zamka, tak że nie szło zamykać drzwi do łazienki. Bo tylko on wykorzystywał tę sytuację. I za każdym razem, jak tylko zaświeciłam w niej światło, zjawiał się i wchodził jak do siebie. Wielokrotnie zdarzało się, że gdy ojciec pił z innymi w swoim garażu i nie wiedział o bożym świecie, on wchodził do łazienki, opuszczał spodnie i sikał, podczas gdy ja siedziałam tuż obok w wannie. Pamiętam, że nie umiałam go wygonić, bo on za wszelką cenę chciał, żebym patrzyła, jak to robi. Tak długo zawsze siedziałam skulona, że aż woda wystygła. A na koniec i tak zawsze postawił na swoim. Bo żeby dostać ręcznik, musiałam spojrzeć na jego zarośnięte genitalia i powiedzieć, że mi się podobają. 
Teraz, po latach, jak sobie to wszystko przypominam i rozkładam na czynniki pierwsze, to dochodzę do wniosku, że w ten sposób sprawdzał, na ile może sobie pozwolić i jaka będzie moja reakcja. A że byłam wątłą, wystraszoną nastolatką, która nie potrafiła stanowczo się sprzeciwić, w niedługim czasie od obnażania się przeszedł do dotykania.
Pamiętam, jak któregoś wieczoru, usiadł na sedesie obok wanny, w której siedziałam. I na siłę próbował umyć mi plecy. A gdy zaczęłam odpychać jego rękę i się wyrywać, złapał mnie za włosy i zanurzył pod wodę. Nie trwało to długo, ale tak się wystraszyłam, że zrobi mi krzywdę, że od tego momentu niemal całkowicie przestałam się bronić i sprzeciwiać. Po prostu stałam nieruchomo w wannie, a on mnie dotykał.
Takich sytuacji pamiętam jeszcze kilka. Za każdym razem zaczynało się od mycia, a kończyło na wkładaniu palca, najczęściej w odbyt.
Jak miałam 16 lat, to uciekłam z domu. Było to po imprezie imieninowej mojego ojca, podczas której tylko cudem uniknęłam gwałtu. Pamiętam, że z jakimś facetem, którego nigdy wcześniej nie widziałam, tak opili mojego ojca, że ten zasnął przy stole. Przy tym samym stole siedziałam ja, a dwóch niedomytych, śmierdzących alkoholem facetów sprawdzało, jak głęboko mogą włożyć mi do ust. Z jednej strony chciałam, żeby się obudził i mi pomógł, a z drugiej bałam się, że zobaczy mnie półnagą.
Gdyby nie to, że pokłócili się o to, który będzie pierwszy, to najprawdopodobniej nie udałoby mi się uciec z domu.

#mkZyp

Chciałam się z Wami podzielić kawałkiem mojej historii, która może, całkiem przez przypadek (a może nie) jest też kawałkiem Twojej codzienności.

Nie jestem już nastolatką, ba, nawet wiek średni to już powoli wspomnienie odległej ery, dzieci prawie odchowane, męża już niestety nie ma z nami. Żyłam w miarę normalnie, przynajmniej na tyle ile mogłam, wychowując sama dzieci i starając się zmagać z problemami dnia codziennego. A tych było pełno. Lata mijały, dzieci dorosły, tylko że ze mną było coś nie tak. W pewnym momencie zauważyłam, że jak cienie ciągną się za mną ciągłe bóle pleców. Myślałam, że to z przepracowania. Tylko że od jakiegoś czasu nie byłam aktywna. Tak naprawdę to zmuszałam się, żeby cokolwiek robić. Chodziłam poddenerwowana. Wszystko mnie wku... A potem były okresy, że było mi w sumie wszystko jedno. Zrobiłam co miałam robić w ciągu dnia, i jak siadłam, tak siedziałam jak przyklejona. Były też tygodnie, gdy czułam się normalnie i zapominałam o tych dniach, w których tak nie było, i tak wkoło Macieju. Dobrze, potem czasem ból, czasem zwlekanie się rano godzinę z łóżka, czasem pustynia w sercu i strach, a potem znów kolory wracały. Z tyłu głowy od lat wiedziałam. Widziałam też, że moi bliscy wiedzą, ale na przekór udawałam, przekonując siebie i ich. Wszystko zmieniło się pewnego dnia.

Siedziałam z córką wieczorem i przerzucałam kanały. Zaczynał się jakiś czeski film, pewnie głupia komedia, niech będzie. To nie była komedia. Był to piękny film o kobiecie żyjącej normalnym życiem, z fajną rodziną, tylko że ona ten świat widziała przez brudną szybę. Gdy film się skończył, siedziałyśmy milcząc. Kątem oka widziałam, że córka otarła łzę, tak abym nie widziała. A ja nadal siedziałam. To był film o walce z depresją. To był film o mnie. I musiałam się z tym zmierzyć. Przerażało mnie to i przygnębiało. Nie wiedziałam czemu się to do mnie przyplątało. Dopiero później dowiedziałam się, że często przyczyną są albo jakieś wcześniejsze przeżycia, które wciąż w nas tkwią, a czasem po prostu zaburzenia wytwarzania serotoniny przez organizm. To była ciężka noc, ale podjęłam decyzję, że będę walczyć dla siebie i dla swoich dzieci. Choć były dorosłe, to wciąż mnie przecież potrzebowały.

Po latach córka przyznała się, że płakała po kątach i wciąż obwiniała się, że nie potrafi nic zrobić, abym była szczęśliwa. Nic nie mogła zrobić, bo to ja musiałam podjąć decyzję o tym, że nie można zawsze wszystkiego zrobić samemu. Czasem trzeba poprosić o pomoc. Kazałam córce iść. Czekała na to. Moje dziecko zapisało mnie na pierwszą wizytę u psychologa i siedziało ze mną, przerażoną, jak ja z nią u dentysty, gdy była mała. Terapia trwała 3 miesiące. Teraz mam energię, mam chęci. Jestem krewką staruszką.

Byłam tam, przeżyłam, żyję. Zróbcie ten krok.

#3ICqY

Jesteśmy z mężem w tak zwanym wieku reprodukcyjnym. Mamy już jedno dziecko, ale to nie stoi naszej rodzinie na przeszkodzie, by wtykać nos w ilość naszego potomstwa. Argument są różne: zaczynając od tych, że dzieci nie powinno się chować pojedynczo, kończąc na tych, że nas stać, to czemu nie? I o ile w starciu z rodziną wspólnymi siłami dajemy radę, o tyle na froncie z mężem jestem już sama. Bo jemu też się włączyło. I teraz pytanie: czemu nie? Rodzice są młodzi, zdrowi, finansowo też bez problemu, warunki są. Ale​, moi drodzy, prawda nie jest taka kolorowa. 
Warunki, owszem, są,  ale tylko fizyczne, bo psychicznych ni w ząb. I żeby nie było, mój mąż to dobry człowiek: nie pije, nie bije, można pogadać, wszystko na miejscu. Ale od pieluch umywa rączki. Odkąd urodził się nasz syn, wszystko robiłam sama: przewijałam, karmiłam, kąpałam, obcinałam paznokcie, chodziłam po pediatrach, zwalczałam kolki, bujałam do snu, czytałam o szczepieniach. Ja: młoda, wystraszona, z depresją poporodową (której, notabene, pozbyłam się dopiero ponad dwa lata po porodzie, z pomocą psychologa, bo rodzina nie kiwnęła nawet małym palcem u stopy). Dumny tatuś, który nie zhańbił się ani jedną zasikaną pieluchą, tymczasem zajął się pracą. Oczywiście był płacz, krzyk, prośby, groźby rozwodem. Nic się nie zmieniało, mimo obietnic. A ja, może głupia, chciałam pełnej rodziny dla mojego dziecka i naprawdę kochałam i kocham swojego męża. 
Dopóki syn nie podrósł, byłam wielorybim wrakiem człowieka. Zajadałam stres, a każdy kilogram okupiony był słonymi docinkami teściowej. Dopiero 4 lata po porodzie wróciłam do swojej wagi.

Dziś syn ma 8 lat, chodzi do szkoły. Ja od 3 lat spełniam się zawodowo. I może rzeczywiście chciałabym zostać drugi raz mamą, ale piekło z przeszłości jest skuteczną antykoncepcją.
Dodaj anonimowe wyznanie