Wiecie co mnie najbardziej irytuje w ludziach? To, że oceniają po pozorach i już tłumaczę dlaczego.
Mam 22 lata i dwoje dzieci. Razem z mężem mieszkamy sobie w skromnym mieszkaniu, raz jest lepiej, raz gorzej, ale dobrze nam ze sobą i nie zamieniłabym tego na nic innego w świecie. Wśród znajomych z dawnego gimnazjum mam opinie puszczalskiej, która nie umie się zabezpieczyć przed ciążą i wpadła dwa razy. Dawni znajomi ze mną nie rozmawiają, usuwają z fejsa, bo brzydzą ich zdjęcia moich dzieci. Dobra, trudno, niech sobie myślą i robią co chcą, nie moja sprawa.
Córkę urodziłam, jak miałam 18 lat, syna – gdy miałam 20. Młodo, prawda? Pewnie zaraz zaczniecie mnie osadzać i oskarżać, tak jak inni, ale musicie wiedzieć, że nie miałam innego wyjścia. Zapytacie pewnie dlaczego. Ano dlatego, że jestem w grupie wysokiego ryzyka na zachorowania na raka piersi i jajników. Moja babcia na to zmarła, gdy miała 37 lat, moja matka ledwo wygrała z nim walkę, a siostra nadal walczy. Ja będę miała usuniętą macicę w przyszłym roku. Jeśli chciałam mieć dzieci, to tylko teraz. Razem z mężem się na to zdecydowaliśmy, bo chcieliśmy mieć własne dzieci.
Nikomu o tym nie mówię, bo to drażliwy dla mnie temat i ludziom nic do tego. Ale przykre to jest.
Jestem jedynaczką. Nieraz zdarzało się, że znajomi pytali dlaczego nie mam rodzeństwa. Czy rodzice nie mogli mieć więcej dzieci ze względów ekonomicznych, czy zdrowotnych, czy jeszcze coś innego. Zawsze wtedy odpowiadam, że tak wyszło i już, uważam, że to nie ich sprawa, ale wam opowiem tę historię.
Moja mama miała czwórkę młodszego rodzeństwa. Gdy była na tyle mała, że nie mogła pomagać w domu, rodzice podrzucili ją do dziadków, ale gdy tylko podrosła i stała się „przydatna”, wzięli ją z powrotem. Jej rodzice nie tylko mieli gospodarstwo, ale również pracowali zawodowo, dlatego moja mama jako najstarsza musiała pilnować rodzeństwa, zajmować się domem (sprzątać, gotować) i gospodarką (oporządzać zwierzęta, pracować w polu), no i oczywiście w tym samym czasie ogarniać szkołę.
Mama była inteligentną, pracowitą osobą, dlatego bez problemu dawała sobie ze wszystkim radę. Uczyła się bardzo dobrze, nawet startowała w olimpiadzie biologicznej i zajęła całkiem niezłe miejsce. Po maturze chciała iść na studia, ale rodzice jej zabronili. Powiedzieli, że nie dadzą jej ani grosza, a wręcz przeciwnie, ma się nie wydurniać, tylko iść do pracy, żeby wspomóc finansowo ich i rodzeństwo. No cóż, czego to się nie robi dla rodziny. Poza tym ciężkie wtedy były czasy, zwłaszcza na wsi. Mama zrezygnowała ze swoich marzeń, znalazła całkiem dobrą pracę i tak sobie żyła. Nawet gdy jej rodzeństwo pozakładało swoje rodziny, ciągnęli od niej kasę, przecież nie będzie skąpić na bratanków. Jednocześnie wszyscy coraz częściej zaczęli jej robić dziwne przytyki, padały dziwne oskarżenia, zwłaszcza ze strony jednej szwagierki, która nie wiedzieć czemu wprost jej nienawidziła.
Wreszcie i moja mama się zakochała, wyszła za mąż i wyprowadziła z domu. Odcięła dopływ gotówki, miała teraz własną rodzinę, o którą musiała dbać. Wtedy jej rodzeństwo wściekło się, że nic więcej nie dostanie, jednocześnie byli zazdrośni o to, że moi rodzice tak dobrze sobie radzili. Nie przelewało się im, ale mieli stabilną pracę, zaczęli budować dom, ja byłam w drodze. Rodzeństwo na tyle podburzyło rodziców, że ci wyparli się mojej mamy. Jednocześnie wszyscy bruździli jej na każdym kroku. Wyzwiska na porządku dziennym, nasyłanie dziwnych kontroli na budowę, a nawet niszczenie mienia (tutaj bez interwencji policji się nie obyło), długo by wszystko opisywać. Mama nie dawała się jednak wciągać w utarczki, wolała schodzić im z drogi i z czasem to podziałało, z biegiem lat odczepili się, ale co krwi napsuli, to ich.
Pewnie się zapytacie, co to wszystko ma do tego, że jestem jedynaczką? Ano ma. Gdy zapytałam mamy, dlaczego nie mam rodzeństwa, odpowiedziała mi w jednym zdaniu: „Bo serce by mi pękło, gdyby kiedyś moje dzieci stały się dla siebie nawzajem takimi skurwielami, jak moje rodzeństwo stało się dla mnie”.
Gdy byłyśmy w klasach 4-6, miałyśmy zajęcia wychowania fizycznego. Młode dziewczynki z nas były i zupełnie nieświadome tego, że nasz nauczyciel nas obmacuje. Gdy wykonywałyśmy skłony lub inne ćwiczenia, dotykał nas za tyłek, klepał, prostował, dotykając piersi itp. Nawet wchodził do szatni, gdy się przebierałyśmy.
Gdy ogarnęłyśmy wszystkie, że tak być nie może, poszłyśmy do dyrektor szkoły, która absolutnie nic nie zrobiła. Łaziłyśmy później do niej po każdej lekcji z nim na skargi, ale nic to nie dało, dopiero po roku zmienili nam nauczyciela.
Było to 23 lata temu, a gość dalej pracuje w tej samej szkole i nigdy nie poniósł konsekwencji za to, co robił.
Swój pierwszy pocałunek przeżyłem z szybą lodówki ze sklepu mięsnego.
Gdy miałem jakieś pięć lat, uwielbiałem odwiedzać wszelkie sklepy sprzedające wędliny i tym podobne produkty. Już w progu zrywałem się z chwytu rodzicielki i biegłem czym prędzej w stronę lodówek, za którymi przeważnie leżały surowe kurczaki. Od razu przywierałem ustami do lodówkowej szyby i składałem na niej mnóstwo pospiesznych pocałunków. Dlaczego to robiłem? Otóż wierzyłem, że dzięki temu zdołam uratować te biedne kurczaki i choć trochę będzie im raźniej tam leżeć.
Ostatnio moja mama weszła do pokoju i poczuła, że coś śmierdzi. Pomyślała, że to posłanie psa i że trzeba je wyprać. Tak naprawdę puściłam wcześniej niezłego bącura.
Miałem wtedy 22 lata i spotykałem się ze wspaniałą dziewczyną. Traktowałem ten związek poważnie i bardzo staram się zawsze robić na niej dobre wrażenie i nie odwalać jakiś głupot, czy stawiać jej w niekomfortowej sytuacji.
Był jeden z upalnych, sierpniowych wieczorów, kiedy razem z moją damą poszedłem na domówkę urządzaną przez naszych wspólnych znajomych. Było bardzo przyjemnie, nawet troszkę za bardzo. Co tu dużo mówić - upiłem się, jak szpadel. Ale fason, do jasnej Anielki, trzymałem jak należy!
Impreza skończyła się, a ja (jak na dżentelmena przystało) postanowiłem odprowadzić moją białogłowę do domu. W praktyce wyglądało to tak, że chwiejnym krokiem, uwieszony jej ramienia, dostojnie maszerowałem starając się wyglądać poważnie i nie dać po sobie poznać, że trochę jednak przeholowałem z alkoholem tego wieczora.
Udało się! Misja została wykonana! Dziewczyna stała już przed drzwiami swego dwupiętrowego domku, a ja czekałem tylko, aż za nimi zniknie, ażebym mógł półżywy osunąć się na ziemię i odpocząć gdzieś nieco.
Moja ukochana miała jednak inne plany:
- Daj spokój. Mamy całą noc przed sobą. - mówiąc to rzuciła mi dość jednoznaczne spojrzenie.
- Al-le rodżycze...? Czo ż rodzyczamy? - wybełkotałem
No, właśnie - nie znałem jej rodziców i długo czekałem na odpowiedni moment, aby dać się poznać z jak najlepszej strony. W końcu, bardzo chciałem, aby kiedyś zostali moimi teściami.
- Oni śpią na dole. Zresztą, nie bój się mama i tata są bardzo liberalni. Odświeżysz się rano i razem zjemy śniadanie. To wspaniała okazja, żebyście się wreszcie poznali!
Dałem się namówić i momentalnie wylądowaliśmy w jej łóżku oddając się miłosnym uniesieniom. Chwilę później już spałem. Pamiętam przez mgłę, że parę razy się budziłem i straszliwie chciało mi się pić. W ustach miałem Saharę. A potem znów zasypiałem.
Rano obudziła mnie dziewczyna. Stała przede mną i tylko mówiła:
- OmójBożeomójBoże...
Wytłumaczyła mi co się stało. W nocy wstałem i tak, jak mnie Pan Bóg stworzył, zszedłem na dół, po drodze minąłem moja przyszłą teściową, znalazłem kuchnię, otworzyłem lodówkę, z najniższej półki wziąłem soczek w kartoniku (tak, musiałem się schylić), wydoiłem na miejscu, zamknąłem lodówkę i ruszyłem w drogę powrotną, kolejny raz mijając mamę mojej najdroższej.
Gdy to usłyszałem wpadłem w panikę. Zacząłem nawet poważnie rozważać ucieczkę przez okno, ale moja luba nakłoniła mnie do zejścia na dół, przeproszenia i zaczęcia znajomości z "teściami" od nowa. Długo się wahałem, ale w końcu wziąłem się w garść.
Wyszedłem więc spod kołdry i zacząłem rozglądać się za ciuchami, gdy nagle zobaczyłem, że na moim przyrodzeniu ciągle wisi prezerwatywa...
W życiu nie było mi tak wstyd.
PS. Moi obecni teściowie okazali się bardzo wyluzowani!
Uwielbiam zwierzęta. Będąc małą dziewczynką, bawiłam się na podwórku. Na ziemi zobaczyłam dżdżownicę, która – jak mi się wtedy wydawało – była zraniona. Zrobiło mi się jej szkoda, więc zabrałam ją do domu.
Mama mnie nauczyła, że rany polewa się wodą utlenioną. Chciałam pomóc, ale wody utlenionej nie było, dlatego użyłam spirytusu. Polałam to biedactwo. Pamiętam, że dżdżownica zaczęła się okropnie pienić. Dumna z siebie zamknęłam ją w słoiku i sobie poszłam.
Ponad rok temu, będąc świeżakiem tuż pod studiów, bez większego doświadczenia w branży (sumarycznie 2 miesiące), wysłałam CV do pewnej firmy. Takiej z gatunku wielkiego, międzynarodowego korpo, z 5-etapowym procesem rekrutacji (rekrutacja na staż :)). Ku swojej radości wszystkie etapy przeszłam i wybrali mnie. Spędziłam rok, pracując intensywnie, żyjąc za kiepską pensję na drugim końcu Polski, ucząc się miliona nowych rzeczy codziennie w domu, zostając na nadgodziny (darmowe), ponieważ zbliża się termin, a oczywiście się nie wyrabiamy, przychodząc każdego dnia z entuzjazmem do pracy, wymyślając nowe sposoby na usprawnienie naszej pracy, wychodząc z inicjatywą i pomysłami. Docierały do mnie pochwały od pracowników z innych działów, jaka to ogarnięta jestem, że zawsze wszystko wiem, pamiętam, żaden temat nie jest mi obcy, a za chwile to będę sama w stanie poprowadzić projekt w zakresie mojej branży.
Umowa kończy mi się za dwa miesiące – była na czas określony. Dowiedziałam się dziś, że jej nie przedłużą, ponieważ taniej wychodzi ich zatrudnienie nowego stażysty, zamiast zatrudnić mnie na etat.
A ja naiwna łudziłam się, że wielka, międzynarodowa firma, to i myślenie będzie inne. Co z tego, że firma taka światowa, jak myślenie polskiego kierownictwa dalej jest takie zaściankowe.
W wieku 10 lat na pogrzebie dziadka jako jedyna się cieszyłam, że dziadek umarł. Dlaczego? Dlatego że myślałam, że po śmierci dziadek znowu będzie z babcią, a za życia bardzo za nią tęsknił i płakał, kiedy ktoś o niej mówił.
Najlepsze jest to, że po pogrzebie śniło mi się, że dziadek stoi razem z babcią – nic nie mówili, ale oboje się uśmiechali. :)
Jako dzieciak, jeszcze za komuny, znalazłem legitymację szkolną. Taką w plastikowej oprawce i w folijce. Należała do jakiejś dziewczynki, co wywnioskowałem z imienia. Był tam też adres. Niedaleko. Więc odniosłem pod same drzwi. Pukam. Otwiera mi matka uczennicy. Mówię dzień dobry i podaję legitkę. Kobieta odbiera ją z mych rąk, ogląda z jednej, z drugiej strony, po czym pyta: „A dziesięć złotych gdzie? Za folia była jeszcze dycha”.
Zamiast podziękowań otrzymałem podejrzliwe spojrzenie, po którym poczułem się jak jakiś złodziej.
Dodaj anonimowe wyznanie