Pewnego upalnego czerwcowego dnia kilka lat temu wybraliśmy się z rodziną nad jezioro, ja i siostra opalałyśmy się na plaży, mężczyźni pływali wynajętymi kajakami po jeziorze, a mój 5-letni siostrzeniec pluskał się z naszą 12-letnią kuzynką przy brzegu. Mała wpadła na głupi pomysł wyprowadzenia dzieciaka na głębszą wodę. Maluch stracił grunt pod nogami i spanikował. Nie topił się, bo miał dmuchane rękawki, ale zaczął się wierzgać i krzyczeć. Gdy tylko spostrzegłam, co się wyprawia, pobiegłam mu na ratunek. Złapałam chłopca i zaczęłam prowadzić go na brzeg. Poczułam się jakoś dziwnie, spojrzałam w dół i dostrzegłam, że podczas „akcji ratunkowej” rozpiął mi się stanik na karku i moje bimbałki są na widoku. Wpadłam w panikę, wokół pełno ludzi, nie mogłam zawiązać stanika jedną wolną ręką, do brzegu daleko. Wpadłam więc na „genialny” pomysł! Wzięłam zapłakanego siostrzeńca na ręce i przycisnęłam do klatki piersiowej, zasłaniając się jego ciałem. Wyniosłam małego na brzeg, minęłam nasz kocyk i zdezorientowaną matkę dziecka, przeszłam jeszcze kilkanaście metrów w jakieś krzaki i dopiero tam odstawiłam zdziwionego chłopca na ziemię, a sama zawiązałam sobie stanik w ukryciu przed innymi ludźmi.
W taki oto sposób użyłam mojego siostrzeńca do zakrycia gołych cycków :)
Moja siostra nie ma nawet 30 lat, a przez nowotwór musiała mieć wycięte obie piersi. Wbrew pozorom nie była to dla niej tak wielka tragedia, jak by się mogło wydawać – przepracowała temat z psychologiem, dostała wielkie wsparcie od rodziny, zwłaszcza męża, który powtarzał jej kilka razy dziennie, że jest dla niego najpiękniejszą kobietą na świecie i brak biustu nie oznacza utraty kobiecości. Pogodziła się z tym faktem, nawet żartuje: że oszczędza na stanikach, jak karmiła dziecko, to nie musiała się stresować, czy będzie miała pokarm... Ogólnie wyglądało wszystko super.
Jakiś czas temu jej teściowa dotarła do informacji, że istnieje fundacja zajmująca się rekonstrukcjami piersi po mastektomii. Zaczęła zachęcać synową do poddania się temu zabiegowi, najpierw delikatnie, z czasem coraz bardziej natarczywie. Posunęła się wręcz do tego, że żądała rekonstrukcji albo przekona syna, żeby się rozwiódł z niepełnowartościową kobietą! Próby przemówienia jej do rozumu nic nie dały, więc kontakt został ograniczony do absolutnie niezbędnych sytuacji w rodzaju chrztów czy ślubów.
Niedawno była właśnie taka impreza, ślub brata męża siostry (wybaczcie, nie znam się na nazwach pokrewieństw). Siostra zręcznie unikała teściowej, jak tylko mogła. W pewnym momencie, gdy babsztylowi alkohol uderzył do głowy, stwierdziła, że musi ogłosić wszem i wobec, jaka jest jej opinia na temat braku chęci poddania się tej operacji. Dodała, że zachęca ją tak gorąco, ponieważ... ludzie widzą to, że nie ma piersi, od razu wiedzą, że miała raka, przez co nie dość, że staje się od razu ofiarą losu i nie uznają jej za wartościową osobę, to jeszcze zwraca na siebie niepotrzebną uwagę, co jest samolubne! A jest tyle naprawdę biednych osób, na które się powinno zwracać uwagę, a nie jakieś fanaberie, że operacji nie chce! O byciu nie w pełni kobietą oczywiście też dodała.
Została wyprowadzona przez obu swoich synów, siostra popłakała się tak, że długo nie można ją było uspokoić – chyba nikt nigdy jej tak nie upokorzył. Cała cudowna atmosfera prysła jak bańka mydlana i zabawa się skończyła o 21:00.
Obecnie cała rodzina się od niej odwróciła. Synowie udają, że jej nie znają, mąż od lat nie żyje, rodzeństwo w innych miastach. Sama sobie wybrała taki los, ale zapewne umrze w przeświadczeniu, że robi całkowicie dobrze, tylko wszyscy się na nią uwzięli.
Dawno, dawno temu, jak jeszcze byłam małym szczylem, miałam rękę w gipsie (złamany nadgarstek, przez nieposkromioną chęć pogłaskania chomika o wdzięcznym imieniu Kuba). Nadszedł czas, aby gips w końcu zdjąć. W tym celu udałam się z mamą do przychodni. Dodam, że mama zawsze mi powtarzała, że nigdy nie wolno zrywać z tablic żadnych ogłoszeń (co jest kluczem do historii).
Siedzimy więc w poczekalni, z jednego z gabinetów wychodzi pielęgniarka i zaczyna ściągać jakieś karteczki z korkowej tablicy. Ja oczywiście temat podchwyciłam, podchodzę do tej pani i grzecznie pytam:
– Dlaczego pani zrywa te karteczki?! Mama mi mówiła, że tak nie wolno robić!
– Jakbym nie musiała, to bym nie zrywała! – odparła pani, z wielkim fochem.
Zbulwersowało mnie wielce zachowanie owej kobiety, usłyszała więc od 5-latki:
– Pani musi być strasznie niewychowaną mendą!
Śmiech ludzi w poczekalni jak i minę pielęgniarki moja mama wspomina do dziś.
Jak byłam dzieckiem, mój tato miał znajomego, który lubił rozmawiać godzinami. A że mieszkali na dwóch końcach Polski, dzwonili do siebie co jakiś czas. Ich rozmowy trwały średnio trzy godziny. Mój tata nie bardzo lubił tak długo rozmawiać, ale nigdy koledze tego nie powiedział.
Pewnego dnia zadzwonił telefon domowy, więc postanowiłam go odebrać. Okazało się, że dzwoni ten właśnie znajomy. Ja bez zastanowienia krzyknęłam do taty: „Tato! Pan gaduła znowu dzwoni!”.
Ta rozmowa trwała wyjątkowo krótko. A kolega już nigdy więcej nie zadzwonił.
Jestem dziewczyną, ale się nie maluję. Ewentualnie na półmetek czy sylwestra, ale to i tak max. 3-4 razy w roku. Nie mam nic do delikatnego makijażu, aczkolwiek uważam to za swój atut, że nie muszę się malować.
Mój ostatni chłopak po jakimś czasie zerwał ze mną, bo głupio mu się chodzi ze mną po mieście, ponieważ wszystkie laski mają tapetę, a ja nie, i to w ogóle jest jakieś dziwne, że się nie maluję...
Jestem na lekach immunomodyfikujących. Mam dwie choroby autoimmunologiczne i zniszczony do cna układ odpornościowy. Zanim zaczęłam się szczepić na grypę i meningokoki, non stop miałam jakieś infekcje, które nawet drobne od razu przekształcały się w zapalenia oskrzeli lub płuc. Od kiedy się szczepię, infekcje się skończyły i poprawił mój ogólny stan zdrowia. Po szczepieniach nigdy nie mam skutków ubocznych poza kilkugodzinnym uczuciem rozbicia, lekką tkliwością w miejscu wkłucia. Jeśli ktoś miałaby się bać szczepień, to właśnie ja, ale sama się przekonałam, że dają więcej dobrego niż złego. Zawsze będzie ktoś, kto gorzej zniesie szczepienie, tak samo jak zawsze zdarzy się ktoś, kto umrze po zażyciu aspiryny. Dlatego dziwię się tym, którzy szczepień unikają jak ognia i uważają za zło.
Takie małe obrzydlistwo.
Zjadam wszystko, co znajduje się na moim ciele albo w nim. Strupy lubię chyba najbardziej, mają najprzyjemniejszą faktura w gryzieniu. Ułamane plomby od dentysty również trafiają do żołądka, kiedy przyjdzie na nie czas. Oczywiście wlicza się w to wszystko – paznokcie, wydzielina z uszu, gile czy śpiochy i skórki na palcach i stopach, ropa z pryszczy. Wszystko.
Nikt o tym nie wie.
Nigdy, ale to nigdy nie dostałam żadnego prezentu. Nigdy też nie jadłam prawdziwej kolacji wigilijnej. Nigdy nie było choinki, dopóki sama jej nie zrobiłam, a było to, gdy miałam 7 lat i chodziłam do pierwszej klasy. ŚWIĘTEM było, gdy w Wigilię ojciec był trzeźwy i był spokój. Jaki wstyd był, gdy chodzili gwiazdorzy (tak się u nas mówiło), a ten im ubliżał, a że była to mała wioska, to szybko wszystko się rozchodziło i jako dziecko to bardzo przeżywałam, gdy po świętach w szkole śmiano się ze mnie (wtedy nie było wolnego do Nowego Roku).
Jak się prawidłowo dzielić opłatkiem zobaczyłam dopiero gdy zaczęłam pracę, a było to na zakładowym wigilijnym spotkaniu. Przykre.
Przy okazji kupna nowego samochodu, mój tatuś uraczył mnie jedną z wielu barwnych historii z jego młodości.
Mając niewiele ponad dwadzieścia lat, wybrał się on ze swoją dziewczyną (teraz już żoną i moją mamą), kolegą i kolegi dziewczyną na drugi koniec Polski po nowiuteńkie BMW dla tegoż kolegi. Niestety, czasy były takie, a nie inne, dlatego zapakowani w ciasnego malucha, z duszą na ramieniu udali się w podróż przez całą Polskę, mając ze sobą całą gotówkę przeznaczoną na kupno upatrzonego cacka. Po dojechaniu szczęśliwie na miejsce i dopełnieniu części formalności, tato z kolegą musieli udać się do banku, aby tam zapłacić za auto. Dopiero wówczas mogli odjechać nim z salonu, gdzie plotkując przy kawce i ciasteczkach, zostały ich dziewczyny.
Już sam widok wymęczonych podróżą młodych chłopaków zwracał uwagę klientów, kasjerek i (co ważne!) ochroniarzy w tymże banku. Niezrażeni tym odczekali swoje, by móc wpłacić (jak na te czasy naprawdę ogromną) sumę pieniędzy. Tato, jak sam mówi, nie wiedział wcześniej, jak kolega sprytnie zapakował gotówkę. W końcu podeszli do okienka, kolega wyciągnął ogromny worek i... w całym banku uniosły się tumany białego, gęstego kurzu. Chłopaki zostali od razu położeni na ziemię przez ochroniarzy, bank opustoszał (klienci wybiegli z krzykiem), została wezwana policja. Wyjaśnianie sprawy potrwało ładnych parę godzin.
Co się stało? Kolega, jako syn piekarza, ponoć nie miał gdzie schować pieniędzy, więc upchał je w workach po mące. Nie pomyślał nawet, by wcześniej je dokładnie wyczyścić. Gdy chciał wysypać ciasno upchane banknoty, na zewnątrz wyleciała mąka, która szybko rozpyliła się w powietrzu. W ten sposób mój tato z nierozgarniętym przyjacielem zostali wzięci za młodych rabusiów, chcących napaść na bank przy użyciu zasłony dymnej lub czegoś podobnego.
Gdy wszystko wyjaśniono, oczywiście zapłacili za samochód i odjechali nim z salonu. A ich dziewczyny? Cóż, nawet się nie zorientowały, że całe to załatwiane formalności coś za długo trwa.
Kiedy byłam w podstawówce, w klasie miałam pewnego osobnika. Był kiepski z wszystkiego oprócz WF, miał zagrożenia i jego ambicją była dwója na koniec roku. Nie miał pasji, a jego jedynymi przyjaciółmi byli sebkowie, którzy potakiwali swojemu bossowi we wszystkim. Ale byłam też ja. Jako trzynastoletnie dziewczę kończyłam szkołę muzyczną, jeździłam konno, strzelałam z łuku i zawsze miałam najlepsze oceny.
Pewnego dnia, po wygraniu małych zawodów jeździeckich, ubiegłam się o szóstkę wychowania fizycznego. Nauczycielka zgodziła się na cząstkową ocenę, co poprawiło moją sytuację w stronę piątki, nie czwórki (byłam raczej bierna na zajęciach, mimo że się starałam). Kolegę, nazwijmy go K., okropnie to wkurzyło. Razem ze swoją bandą zaczął mnie szkalować i prześladować, rzucając głupie nawiązania do seksu i jazdy konnej. Nie przyjęłam się tym, dalej idąc w stronę tego sportu. Kolejne małe zawody leciały, kolejne nagrody lądowały na ścianie w pokoju.
Dziś, po tylu latach, spotkałam K. Był razem ze swoją córką. W stajni, gdzie jestem instruktorką. Z zamiarem zaprowadzenia małej na pierwszą lonżę.
Nigdy nie miałam tak małomównego i czerwieniącego klienta... ;)
Dodaj anonimowe wyznanie