Kiedy uczęszczałem do drugiej klasy liceum, nasz katecheta lekcji nie prowadził. Religia była na zasadzie „róbta se co chceta”, więc kiedy w trzeciej klasie dowiedziałam się, że religia wypada mi na ostatniej lekcji, zrezygnowałam z uczęszczania na ten przedmiot. I tu przechodzimy do właściwej części opowieści.
Jak co roku, ten jeden magiczny dzień, kiedy ksiądz przychodzi na kolędę. Tego roku akurat tak się złożyło, że w domu byłam obecna. Zazwyczaj miałam jakieś dodatkowe zajęcia i po prostu nie mogło mnie być przy tym cudownym obrzędzie poświęcenia domu.
Ksiądz wchodzi, siada na kanapie i oczywiście pada standardowy tekst do mnie i mojego brata: „Czy chodzicie dzieci na religię?”. Odpowiedziałam zgodnie z prawdą. Po co miałam kłamać? Religia w mojej szkole była stratą czasu, wolałam poświęcić go na coś innego. I tu się zaczęła moja gehenna. Oczywiście duchowny raczył mnie upomnieć, że jak to tak, że religia to przedmiot absolutnie obowiązkowy. Wytłumaczyć sobie nie dał. Następne pytanie: „Skąd w takim razie uczysz się o Bogu?”. Ja na to, że zgłębiam wiedzę na własną rękę. Ksiądz wyglądał jakbym obraziła jego przodków do kilku pokoleń wstecz. Zaczął krzyczeć, że nauka na własną rękę jest, uwaga, NIEBEZPIECZNA. Mojej matce powiedział, że demon przeze mnie przemawia, dom poświęcił, pieniądze zabrał i sobie poszedł.
Teraz gdy o tym myślę, to faktycznie, samodzielne myślenie jest niebezpieczne. Dla kościoła. Ludzie, którzy wyłamują się systemowi są źli i nie da się ich kontrolować.
Ale to tylko moja opinia i tak postrzegam zachowanie duchownego. Dziękuję, dobranoc.
W mojej szkole jest uczeń, który notorycznie śmierdzi. Rok temu zwykł nosić długie, przetłuszczone i zbrylające się włosy, które po pewnym czasie zostały usunięte na rzecz równie przetłuszczonego jeża. Całe ciało tego ucznia pokrywa warstwa łoju, przez co sprawia on wrażenie „śliskiego”.
Chłopak do szkoły nosi ciągle ten sam strój - brudny, zmechacony polar i spodnie z postrzępionymi nogawkami. Jego plecak jest w równie opłakanym stanie - zepsuty zamek, komora spięta agrafką i zmechacony nadruk na plecaku pamiętającym zapewne czasy podstawówki. Chłopak ten w poniedziałki śmierdzi najmniej, zaś z każdym kolejnym dniem tygodnia stężenie i jakość smrodu wzrasta. Ma on nadwagę, snuje się od kąta do kąta, jakby obcował w innej rzeczywistości. Jego twarz pokrywa pełna łoju kaszka, trądzik i wspomnienie wczorajszego obiadu. Zastanawiałam się, kim są rodzice tego chłopca i do wniosku doszłam, że najprawdopodobniej pochodzi on z biednej, dysfunkcyjnej rodziny. Wyraźnie widać, że jest on odtrącony - mało kto umie wytrzymać w obecności jego zapachu.
Jakiś czas temu zobaczyłam, że pod szkołę podjechało lśniące, nowe Porsche, z którego wysiadł, wyprowadzony przez eleganckiego ojca, ten chłopiec. Zaczęłam obserwować jego dojazdy i powroty ze szkoły i przeważnie przywożą go rodzice, którzy na biednych nie wyglądają. Do domu uczeń jeździ z szoferem. Na wywiadówki przychodzą jego rodzice razem, wyglądają bardzo elegancko, wypowiadają się elokwentnie i widać, że dbają o swój wygląd.
Dlaczego ci sami rodzice godzą się na taki los swojego dziecka i dlaczego siedemnastoletni chłopak nie zna podstawowych zasad higieny? Jestem pewna, że przez własną aparycję ma kłopoty w społeczeństwie szkolnym i nie tylko!
Kilka lat temu doszło do takiej sytuacji, że zmieniając operatora zmieniłam też numer telefonu. W związku z tym, że na koncie było jeszcze dużo pieniędzy, dałam kartę tacie, aby mógł je wykorzystać. Tata przekładając kartę do swojego telefonu nie miał na niej moich kontaktów.
Aby pieniądze się nie zmarnowały, postanowił wysłać kilka sms-ów do radia. W RMF FM był akurat konkurs, że oni dzwonili i jak się odebrało i powiedziało od razu "RMF FM najlepsza muzyka" to wygrywało się pieniądze. Jechaliśmy akurat samochodem i nagle zabrzęczał telefon taty. Patrzy, a tam dzwoni jakiś nieznany numer. Aby nie zaprzepaścić okazji tata od razu powiedział co trzeba. Po chwili usłyszał tylko "halo" i osoba ta się rozłączyła.
Po całej sytuacji na telefon mojej mamy dzwoni moja koleżanka i prosi mnie do telefonu. Ucieszyłam się z tego bo dawno z nią nie rozmawiałam. Pytam co tam u niej, a ona pierwsze co powiedziała podekscytowanym głosem "Ja się chyba do radia przed chwilą dodzwoniłam!".
Większość z nas ma jakiś swój sposób na zasypianie. Jedni liczą barany, inni mają specjalne techniki oddychania, jeszcze inni czytają Krzyżaków. Mojego sposobu nie pobije jednak nikt, bowiem zawsze jestem w stanie zasnąć, słysząc chociaż kawałek pewnej bardzo wesołej piosenki, którą możecie kojarzyć z reklamy pewnego złocistego trunku na literę Ż.
Wyobraźcie sobie więc taką sytuację: Jadę sobie tramwajem do domu, zmęczony całym dniem pracy, aż tu nagle dosiada się jakiś delikwent z słuchawkami na uszach, które jak się później okazało, były nie do końca wpięte w jego telefon. Zgadnijcie, jakiej piosenki słuchał...
PS: Ocknąłem się trzy przystanki za moim.
Mam 19 lat, mieszkam z rodzicami. Niestety jakiś czas temu wciągnęłam się w nałóg nikotynowy. Rodzice tego nie wiedzą i chyba by mnie wydziedziczyli, gdyby się dowiedzieli, więc się mega tajniaczę. To zdarzyło się w środę.
Byłam sama w domu, rodzice mieli wrócić dopiero za 2 godziny, więc mogłam sobie spokojnie zapalić. Otworzyłam okno i opierając się o parapet paliłam fajkę, a w drugiej ręce trzymałam telefon, czekając na ważny SMS.
Nagle słyszę, że drzwi od mieszkania się otwierają i ktoś wchodzi! Cholera, zapomniałam zamknąć drzwi! Chciałam szybko wyrzucić papierosa, ale jestem niegramotna, pomyliły mi się ręce i wywaliłam przez okno... telefon. Mieszkam na 4 piętrze...
Żeby było weselej to tata przyszedł tylko po jakieś papiery, których zapomniał rano wziąć. Leżały na szafce w przedpokoju, zabrał je i od razu wyszedł.
To było w liceum. Mieliśmy fizykę. Ja jak zwykle w ogóle nie słuchałam o czym mówiła nauczycielka, a ona nagle spytała mnie "Jak się oblicza okres?".
Ja zupełnie nie wiedząc o co chodzi odpowiedziałam "co 28 dni". Klasa wybuchła śmiechem, a nauczycielce chodziło o wzór T=1/f.
Za dzieciaka mieszkałam w małej, odległej od większych miast wsi. Mentalność była tam iście moherowa, a wiadomości z innych części świata czerpanie głównie ze źródeł takich jak Radio Maryja, telewizja Trwam itp. Byłam cicha, spokojna i tajemnicza, dlatego mało mieszkańców mnie lubiło. Większość uznała za dziwaka i pozostawiła samej sobie.
Swój wolny czas spędzałam wraz z bratem (takim samym "dziwakiem" jak ja) i naszym przyjacielem Pawłem. Zawsze odczuwałam, że między nimi coś iskrzy. W końcu powiedzieli mi w tajemnicy, że się kochają. To wyznanie zacieśniło jeszcze nasze relacje. Jednak gdy Paweł i Janek mieli 17 lat, zostali nakryci na pocałunku. I piekło się zaczęło. Do naszego domu co tydzień przychodził ksiądz i poświęcał cały dom. Tata obkleił wszystkie drzwi plakatami seksownych panien, a za odklejenie jakiegoś groziły surowe kary. Nasze telefony były zabierane zaraz po powrocie do domu. O zamienieniu choćby jednego słowa przez chłopaków nie było mowy. Moje kontakty z nimi też były utrudnione. Cała wieś wytykała ich palcami. Gdy nadeszła upragniona 18, obaj się wyprowadzili. Dołączyłam do nich wkrótce po swoich urodzinach. Rodzina nas wydziedziczyła i zerwała kontakt.
Moja matka umarła rok temu. Nie powiem, że było mi przykro, ale poszłam na pogrzeb. Tata sprzedał działkę, ponoć wyjechał do jakiejś dalszej rodziny.
Spotkałam go ostatnio na ulicy mojego miasta. Z innym mężczyzną. Śledziłam ich. Gdy myśleli, że nikt ich nie widzi, pocałowali się. Jak widać "gejoza" mojego brata nie wzięła się znikąd.
Jestem 25-letnim mężczyzną i uwielbiam oglądać bajki z Barbie, bo są jakieś takie fajne, ale zawsze oglądam je, gdy nikt nie widzi, bo może jest to dziwne, jak facet ogląda takie bajki? Zawsze chciałem też mieć lalkę Barbie i Kena, ale nigdy nie spełniło się to moje marzenie.
Jako nastolatek przez dobry tydzień nie miałem w domu internetu. Umiałem też całkiem dobrze rysować. Co łączy oba te fakty? Rysowałem sam dla siebie „gołe baby” w wiadomym celu.
Improvise. Adapt. Overcome.
Witam Anonimowi. Zacznę od tego, że mój brzuch niszczy mi życie. Mam 18 lat i od kilku lat cierpię na zespół jelita drażliwego.
W sytuacjach stresowych po prostu czuję, że będę miał rozwolnienie. Jednak u mnie to już jest lęk nawet przed wychodzeniem z domu. Zawsze tam gdzie mam iść lub jechać, muszę mieć pewność, że będzie tam jakaś łazienka.
Jazda samochodem jest najgorsza. Rowerem zawsze mogę jechać uliczkami, lasem. Jechać szybko i krótko do domu, gdzie czuję się bezpiecznie. A w samochodzie czuję się uwięziony. Tak wiem, zawsze można biec do lasu albo zajechać na stację. Tyle że ja się tego mega wstydzę. Wstydzę się, że ktoś może mieć pretensje do mnie albo, że się ośmieszę.
Z jedzeniem u mnie też nie wygląda zbyt dobrze. Ogólnie jem bardzo mało. Nawet 2 bułki mi mogą wystarczyć na cały dzień.
(Lecz nie zawsze tak jest. Staram się jeść lekkie rzeczy i jak najczęściej). Zamiast tego minimum 2 razy w tygodniu łykam węgiel aktywny. Może to też jest efekt placebo.
Jak oglądam film albo coś czytam, gdzie główni bohaterowie mają jakąś podróż, to nawet wtedy się stresuję. Chore, prawda?
Zanim powiecie, tak wiem, że to siedzi w mojej głowie. Jak myślę o problemie to się stresuję, a jak się stresuję, to ten problem powstaje. Wiem, że to jest błędne koło. Byłem u psychologa, planuję też iść do psychiatry.
Moja rodzina wie o tym, starają się pomóc jak mogą. Ziołowe herbatki, leki na uspokojenie. Nie zawsze to pomaga.
Już dawno temu bym się zamknął w czterech ścianach, ale postanowiłem z tym walczyć. Dołączyłem do ludzi, którzy mają podobne zainteresowania co ja. Nie chcę podawać szczegółów. Powiem tyle, że mamy często wyjazdy do innych miast, nawet na całe dnie. Przez cały rok tylko raz musiałem powiedzieć, że mnie nie będzie. A tak to węgiel aktywny i można jechać.
Najbardziej jednak boję się egzaminów na prawo jazdy. Ja, sam za kierownicą i osoba, która patrzy na moje błędy. Nawet na samą myśl o tym chce mi się płakać.
Może jest tu osoba, która ma podobnie, albo wie co mogę zrobić?
Mam nadzieję, że uda mi się ten lęk zwalczyć.
Dodaj anonimowe wyznanie