Byłam ciekawskim, czasami nazbyt dojrzałym i chłonącym wiedzę dzieckiem, a przy tym, stety niestety, dosyć bezpośrednim. Warto też nadmienić, że jako jedynaczka miałam fantastyczny kontakt z tatą, który codziennie odbierał mnie z ukochanego przedszkola. Jako pięciolatka miałam poczucie, że nadszedł czas, aby poważnie zastanowić się nad swoją przyszłością. Odrzuciwszy marzenia o karierze modelki, strażaka, boksera i księdza, postanowiłam, iż moim powołaniem jest być ekologiem. Zapewne niebagatelny wpływ na moje plany miały prowadzone w wyżej wspomnianym przedszkolu lekcje o tym, dlaczego śmieci wrzucamy do kosza.
Pewnego dnia, w drodze do domu, mój tata jak zwykle jedną dłonią prowadził rower, a drugą, trzymającą papierosa, raz po raz podnosił do ust. Po krótkiej obserwacji wydobywającego się z papierosa dymu sklasyfikowałam tę małą śmierdzącą rzecz jako śmieć i cierpliwie czekałam, co też mój tata z nią zrobi. Po kilkunastu sekundach doczekałam się odpowiedzi: papieros poszybował prosto w trawę, a mój rodziciel, jak gdyby nigdy nic, gwiżdżąc, oddalał się z rowerem.
Oburzona, możliwie najgłośniej krzyknęłam na całe osiedle:
– Ojcze, zanieczyszczasz środowisko!
Nigdy nie widziałam, żeby ktoś był tak czerwony i tak szybko biegł do kosza na śmieci, jak mój tata wtedy. Następnego dnia nie miał już ze sobą papierosa, dwa dni później także. Dopiero po paru latach dowiedziałam się, że wówczas 36-letni facet z dnia na dzień rzucił po 18 latach nałogowe palenie tylko dzięki temu, że upomniała go mała dziewczynka.
Czego się nie robi dla córki <3
Przypadkiem podsłuchałam rozmowę mojego chłopaka z jego najlepszym przyjacielem. „Dziś jest wielki dzień! – mówił. – Powiem jej wreszcie, że ją kocham!”. Nawet nie wiecie, jak bardzo się ucieszyłam. Czekałam na tę chwilę od dawna i też bardzo chciałam mu powiedzieć, jak głębokim uczuciem go darzę. „No dobra – usłyszałam głos jego przyjaciela – ale co teraz zrobisz z Moniką?”.
Ja jestem Monika.
Zawsze chciałam mieć dzieci. Celowo piszę DZIECI, bo gdy urodziłam pierwsze, to natychmiast chciałam mieć drugie. Nie zraził mnie poród, zarwane noce, płacz, trudy wychowania. O drugie dziecko szybko się staraliśmy, gdy pierwsze miało rok, to już byłam w ciąży. Niestety tej ciąży nie donosiłam i się załamałam. Do tej pory nie pogodziłam się z tym, że straciłam dziecko. Początkowo po stracie przeżywałam żałobę, potem doszły zachęty ze strony lekarza, aby starać się dalej, bo przecież poronienia się zdarzają. Staraliśmy się kilka miesięcy, ale w końcu doszłam do wniosku, że lepiej mieć jedno zdrowe dziecko niż gonić za mrzonką. Gdy się pogodziłam z tym, że będę mieć jedno dziecko, to siup chlast i okazało się, że jestem w ciąży. Ta ciąża była trudna – krwawienia, badania, szpitale, leki. Odetchnęłam dopiero pod sam koniec. Urodziłam zdrowe dziecko, to upragnione rodzeństwo. I co? I dupa. Okazało się, że rzeczywiście goniłam za jakimś wymysłem. Nie jestem szczęśliwa jako matka dwójki dzieci. Jestem zmęczona, zdenerwowana i załamana. Drugie dziecko nie jest proste w obsłudze. Mam dość. Mąż pomaga jak może i rzadko narzeka. Przynajmniej on jest szczęśliwy. A ja nie mam odwagi się przyznać, że mnie to przerosło, że ja już tak nie chcę. Ja chcę jednak mieć tylko jedno dziecko, czuć spokój i mieć czas dla siebie i mojej starszej pociechy.
Nie chcę mówić, że żałuję, że dałam mojemu dziecku rodzeństwo, ale faktem jest, że dałam mu też nieszczęśliwą i zdołowaną matkę.
Mam takie hobby. Czasami na Facebooku pojawiają się posty typu: „Polub to, jeżeli masz 11-14 lat”.
Jak wiadomo, ten portal jest od 13 lat, więc wchodzę wtedy w polubienia i wyszukuję osoby, które wyglądają na 12 lat lub mniej i je zgłaszam. Konta zostają banowane, a ja czuję satysfakcję, że pozbywam się dzieci, które najczęściej dodają dziwne rzeczy na ten portal.
Patologia przechodząca z pokolenia na pokolenie? Słyszeliście kiedyś o tym? Myślę, że tak. Pochodzę właśnie z takiej rodziny, w której powielanie patologicznych schematów sięga już kolejnego pokolenia.
Schemat 1: Ojciec wychowywany był przez samotną matkę, jego ojciec ich zostawił. No cóż, mój zrobił to samo.
Schemat 2: Matka uwielbiająca swojego syna, córkę traktuje jak zło konieczne. Moja zrobiła mi dokładnie to samo, wcześniej jej mama traktowała ją jak gówno.
Schemat 3: Obracanie się w półświatku, ćpanie, chlanie i złodziejstwo – mój młodszy brat, ulubieniec mojej mamy, robi dokładnie to, co ona w młodości. Edukację zakończył na podstawówce, odsiedział kilka lat w zakładzie, a aktualnie wyrwał się na wolność i znęca się nad babcią, mamą, ojczymem i moim przyrodnim rodzeństwem.
Schemat 4: Życie z zasiłków, niechęć do pracy, zero inwestycji we własny rozwój. Babcia, mama, a teraz brat tworzą ten elitarny klub.
Do czego zmierzam?
Do tego, że żadna z tych osób nie widzi tego, co robi źle. Nie potrafili przełamać bariery, bo tak jest wygodniej. Nie nauczyli się niczego na cudzych błędach, zero wyciągania wniosków z życia innych ludzi. I tu pojawiam się ja.
Jestem najstarsza z piątki mojego rodzeństwa. Do 15 roku życia zachowywałam się jak reszta dresów z osiedla, przyszedł moment, kiedy miałam nie zdać. Tutaj nastąpił punkt zwrotny. Zwróciłam uwagę na długi mojej matki i babki, na to, jakie są nieszczęśliwe i że w sumie nie mają już żadnych perspektyw na cokolwiek lepszego. Szczęśliwym trafem znalazłam się w technikum, cudem zdałam, załapałam się o włos. Ze średniej dwa z groszami, z jaką ukończyłam poprzednią szkołę, zrobiłam w pierwszej klasie technikum 4.6, a potem było już tylko wyżej i powyżej 5.0 na koniec. Profil żywieniowy podpasował mi na tyle, że od drugiej klasy jeździłam na ogólnopolskie olimpiady – zdobyłam dwa tytuły finalisty i dwa wysokie miejsca jako laureat.
Po ukończeniu 18 roku życia wyprowadziłam się z domu, bo tam nie było warunków do nauki (dwa pokoje na osiem osób), co pozwoliło mi właśnie na olimpiady i naukę w świętym spokoju. Za osiągnięcia naukowe jak do tej pory otrzymałam blisko 30 tysięcy złotych w formie różnych stypendiów. Mieszkam z chłopakiem, raz jest lepiej, raz jest gorzej, ale kocham go, wspierał mnie przez cały ten czas. Jego rodzice nam trochę na początku pomagali. On pracuje, a ja aktualnie studiuję i marzę o pozostaniu na uczelni.
Jedyne czego mi było trzeba, to punktu zwrotnego (o którym może opowiem w innym wyznaniu), samozaparcia, ciężkiej pracy nad sobą i wyłamałam się z tej karuzeli patologii. Nie dajcie się zaszufladkować, mi też mówili, że nic nie osiągnę w życiu (normalniejsza, dalsza część rodziny), że będę jak moja matka i babka. Wcale nie musi tak być – każdy jest kowalem własnego losu.
Miasto 60 000 mieszkańców, przedświąteczna, tzw. pijacka sobota. Centrum, w którym gdy jest ciepło, naprawdę można spotkać wiele osób. Brakowało tam jednak toalety. Jako że sporo było wypite, a miejsce naszpikowane jest kamerami, postanowiłem, że przeskoczę niewielki płotek (jak się potem okazało na trzeźwo, bardziej wielki niż nie).
Przeskoczyłem go, robię, co mam robić, jestem już w połowie, gdy nagle coś mnie uszczypnęło w prawy pośladek, a sekundę później z lewej strony poczułem podobne uszczypnięcie w łopatkę, przez bluzę. Zerkam przez prawe ramię (dalej spuszczając z pęcherza), a tam fizycznie stoi osioł (tak, takie zwierzę). Następnie odwracam się przez lewe ramię (i tu najlepsze)... a tam stoi alpaka! Ładna dosyć, wysoka, puszysta alpaka.
Gdy przypomniałem sobie o tym następnego dnia, po raz pierwszy pomyślałem o wizycie u psychiatry. Ulżyło mi, gdy dowiedziałem się, iż pewna parafia prowadzi żywą szopkę. Z jednej strony odetchnąłem z ulgą, naprawdę, ale jedno jest pewne: już nigdy nie upiję się na mieście. Bo spróbuj (pijany) wytłumaczyć koledze, że spotkałeś osiołka i alpakę w trakcie siku.
Tworzę obrazy, najczęściej haftowane. Przez to, że dużo pracuję, mam mało czasu, więc stworzenie jednego zajmuje mi kilka miesięcy. A jednak zgodziłam się stworzyć obraz dla mojej przyjaciółki na jej ślub. Obraz miał być naprawdę duży i kolorowy. „OK< zacznę w styczniu, a w kwietniu będzie już skończony” – pomyślałam, mając już ułożone godziny i dni, w których będę nad nim pracować.
I mamy marzec. Obraz prawie skończony. W odwiedziny przybywa ciocia z jej dziećmi. Jej dzieciaki idą bawić się z moimi, a my do salonu porozmawiać. Chwilę później dzieciaki włączają głośno muzykę. OK, spoko. Mąż zagląda do nich na chwilę. Bawią się lalkami. Idealnie.
Mija godzina, może dwie, idziemy w trójkę zapalić na balkon. Palimy, a tu nagle moja córka przybiega z płaczem. Pytam, co się dzieje. Słyszę, że Kubuś i Madzia (dzieci cioci) rozwalili obraz, nad którym tyle pracowałam. Przerażona idę do pracowni. Co widzę? Chaos. Jeden wielki chaos – ściany upaćkane farbami, igły na podłodze, gitara męża ma obcięte nożycami struny i mój obraz... praktycznie zniszczony przez nożyczki i niebieską farbkę. Pytamy, co się stało. Słyszmy, że moja córka pochwaliła się Madzi i Kubusiowi, że ma zdolną mamusię, a ci, zaciekawieni, chcieli zobaczyć mój obraz. Spodobał im się. Aż za bardzo. Chcieli go zabrać. Córka zaprotestowała, to zaczęła się bitwa i Madzia stwierdziła, że nikt nie będzie miał obrazu...
To była jedna z najzimniejszych nocy ostatniej zimy. Wraz z kolegą wybraliśmy się na wycieczkę po barach. Na dworze był mróz, jakieś -25 stopni. Ciepło nie było.
Pod koniec imprezy postanowiłem odprowadzić kolegę pod jego blok, pogadaliśmy jeszcze chwilę, dopiliśmy browara, który niemalże zamarzał nam w dłoniach i... zachciało nam się siku. Do chaty kumpla miałem zakaz wstępu od jego matki… nieważne dlaczego. Kolega nie opuścił mnie jednak „w potrzebie” i razem szukaliśmy ustronnego miejsca. Najlepszą opcją okazała się wiata śmietnikowa. W środku poza kontenerami znajdowały się przeróżne śmieci rozsypane po całym pomieszczeniu. Stanąłem w kącie i od razu po rozpoczęciu czynności poczułem błogą ulgę.
Po chwili usłyszałem ciche: „Spierd*laj”. Spojrzałem w stronę kumpla, ale i on rozkoszował się chwilą. Po chwili coraz głośniej słychać było: „Spierd*laj, spierd*laj, spierd*laj!”. Spod warstwy tektur, starych ubrań i folii wyłonił się menel. Wysoki, brudny i bardzo wkurzony… Razem z kumplem staliśmy jak wryci. Byłem pewien, że za chwilę w tym cuchnącym koncie zakończę swoją egzystencję. Usłyszeliśmy jednak: „Przepraszam szanownych panów, ale czy mogę spytać, co skłoniło was, aby obsikać mnie ciepłym moczem w ten zimowy i mroźny wieczór?”.
Bezdomny okazał się bardzo kulturalnym człowiekiem (w przeciwieństwie do nas).
Pozostało nam go tylko przeprosić i dać tyle drobniaków, ile zostało nam w portfelach.
Już nie sikam po śmietnikach…
Pochodzę z małej wsi, gdzie jako bodajże 6-letnie dziecko nie miałam rówieśników.
Jedynym dzieckiem, jakie znałam, był rok starszy chłopiec również z tej samej miejscowości. Widywaliśmy się niemal codziennie w okresie wakacji. No właśnie...
Dlaczego tylko w okresie wakacji? Bo on już chodził do szkoły, a ja nie. Oznajmił mi, że już więcej nie będziemy mogli się spotykać, bo on musi zająć się nauką cyferek i literek.
Zbliżał się koniec wakacji, a co za tym idzie, nie będę widywać mojego ówczesnego przyjaciela. Nie mogłam na to pozwolić! Więc co wymyślił mój dziecięcy móżdżek? Ano oświadczyłam mu całkiem na poważnie, że jestem w ciąży i on teraz musi ze mną zostać i bawić się już zawsze.
Nie mam pojęcia, jak na to wpadłam.
PS Nie uwierzył ;-;
Przypomniała mi się historia pewnej popularnej gry, mianowicie GRZENDY.
Nigdy nie zapomnę tego oczekiwania na narodziny dziecka... Tak strasznie chciałam mieć bliźniaki, o które było trudno, że na czacie zwabiłam jakąś niewinną 10-latkę i zaczęłam jej opowiadać, że jestem adminem i dam jej bonusy, jeśli tylko da mi hasło do konta... Młoda uwierzyła, a ja do dziś mam wyrzuty sumienia, że podpierdzieliłam jej konto z ciążą w 8 miesiącu.
Dodaj anonimowe wyznanie