#tdZV0

Czasami udaję przed rodziną i znajomymi, że jestem chora, żeby nie musieć nigdzie wychodzić, spotykać się ani rozmawiać. W takie dni nie robię niczego produktywnego – leżę w łóżku, patrzę w sufit. Wiem, że to nie jest w porządku, ale po prostu lubię samotność i nie przeszkadza mi ona.

#eFAt7

W latach 90. mieszkałem wraz z rodzicami na wsi w głębokiej Wielkopolsce. Miałem 10 lat, zima była sroga, -15 i -20 nie były niczym nadzwyczajnym, codziennie padał śnieg oraz wiał mocny, porywisty wiatr.

W sobotę któryś z gospodarzy, który miał traktor z kabiną, zorganizował dla dzieciaków kulig. Na długiej linie za traktorem przywiązane były jedne sanie, takie duże, które mieściły czworo dorosłych, za nimi na sznurkach, powrozach lub tym co kto miał doczepiały się dzieciaki z małymi sankami.

Pobiegłem za pozwoleniem rodziców i złapałem „kuligowego stopa”, opatulony od stóp do głów w najcieplejsze ubrania jakie miałem, przypiąłem swoje sanki jako ostatni.
Po około 30 minutach kierowca postanowił wjechać w leśną drogę, by zawrócić w znanym mi bardzo dobrze miejscu wokół kapliczki na polanie. Byłem już wtedy mocno zmarznięty i cieszyłem się na myśl o powrocie do domu. Na zakręcie straciłem jednak czujność, nie podparłem się nogą i wjechałem w ogromną zaspę. Sznurek się zerwał, a kulig... pojechał dalej.  Ocknąłem się chwilę później, widziałem, jak w oddali niknie już traktor i kulig. Próbowałem wydostać się z zaspy, ale była o wiele głębsza i wyższa niż ja cały. Bolały mnie plecy oraz nogi, ale pomału wygramoliłem się z zaspy. Gdy próbowałem wstać i zrobić pierwszy krok, upadłem i zobaczyłem, że prawa stopa jest wygięta w bardzo dziwny sposób, poczułem wtedy też ból i pociemniało mi w oczach.
Zacząłem panikować i krzyczeć. Po kilku minutach stwierdziłem, że muszę jakoś wrócić i że w końcu ktoś się zorientuje, że mnie brakuje. Leżąc na sankach, próbowałem odpychać się zdrową nogą i rękami. Pokonałem tak kawałek, ale było mi tak bardzo zimno, że ledwie wykonywałem jakiekolwiek ruchy. Spadłem z sanek i usiadłem w poprzek drogi. Oparłem się o zaspę i poczułem, że w końcu robi mi się trochę cieplej. Chwilę później czułem, że jest mi gorąco, zdjąłem nawet czapkę i rozpiąłem kurtkę.
Następne co pamiętam, to szpital, głośne pikanie, ludzi wokół.
Tata znalazł mnie gdy byłem już nieprzytomny. Gdy zobaczył, że nie wróciłem z kuligiem, zaczęli z mamą mnie szukać, ale nikt nie zauważył, w którym momencie się zerwałem. W końcu mnie znaleźli. Zawieźli mnie do szpitala i tam spędziłem prawie miesiąc, najpierw lecząc odmrożenia, potem jeszcze zapalenie płuc. Finalnie wyszedłem z tego obronną ręką. Noga była skręcona, wszystko się zagoiło.

W linii prostej od domu dzieliły mnie może 2 kilometry.
Uważajcie zimą.

#5Yw0U

W podstawówce pojechałem wraz z klasą do stadniny koni, która znajdowała się tuż obok naszego miasta. Tam, jak to dzieciaki, brykaliśmy po każdym zakamarku posesji. 
W pewnym momencie wraz z dwoma kolegami natrafiliśmy na samą końcówkę ekscesów seksualnych konia z konicą. Zdziwiony ujrzałem coś długiego i grubego  zwisającego z podbrzusza konia. Wtedy nie wiedziałem, co to takiego... Bardzo podjarany zacząłem biegać i wołać pracowników tej stadniny. Z podniety normalnie wariowałem. Twierdziłem, że koń rodzi. Uzasadniłem to, mówiąc: „Widać już nogę!”. 
Zebrało się sporo osób, ale dopiero ojciec mojego kumpla wytłumaczył mi tę sytuację dosyć dosadnie, mówiąc: „Chłopcze, ale to ku*as...”. 
Oczywiście puściłem buraka i nie odzywałem się już do końca pobytu. Zastanawiam się tylko po dziś dzień, czemu nie wyjaśnił mi tego jakoś łagodniej...

#frswx

Opowiem wam historię która pokazuje że miłość może spotkać każdego nawet w najmniej oczekiwanych okolicznościach. Każdy na nią zasługuję, więc nie traćcie wiary.

Miałam przyjaciółkę która pochodziła z biednej rodziny ale zawsze miała hajsu jak lodu. Ciągle nowe kosmetyki i ubrania. Potem okazało się że znalazła taki portal na którym samotni panowie szukają towarzystwa kobiet oferując za to pieniądze ( nie chodzi o ten który zlikwidowali). W każdym razie zarabiała na tym kilka tysięcy miesięcznie.

Zaintrygowało mnie to i postanowiłam spróbować. Nie dlatego ze nie miałam pieniędzy. Ciekawość nie dawała mi spokoju. Czy ja też będę miała klientów. Czy będę w stanie zarobić na tym. Spróbowałam. Pracowałam tak tylko jeden dzień. Zarobiłam więcej niż niektórzy w półtorej miesiąca. Miałam 4 klientów. (Jeśli chcecie to zadawajcie pytania w komentarzu a ja w następnym wyznaniu odpowiem)

Ostatnim klient trafił się już późno w nocy. Byłam bardzo zmęczona i zanim jeszcze przyszedł już modliłam się żeby poszedł jak najszybciej.
Był mega zestresowany więc zapaliliśmy papierosa i pogadaliśmy. Czas szybko upływał a my wciąż gadaliśmy nie było nawet chwili ciszy. Po mimo fajnej atmosfery trzeba było zrobić to na co się umówiliśmy. Nigdy nie czułam takiej swobody i chemii z żadnym mężczyzna. Nigdy nie miałam tak dobrego zbliżenia. Takiego pożądania. Kiedy skończyliśmy poszliśmy zapalić. Był luz jakiego ciężko szukać w tym zawodzie. Byłam mega zmęczona ale nie chciałam żeby szedł. On o dziwo też nie chciał iść. Gadaliśmy i przytulaliśmy się cała noc. Wyszedł dopiero nad ranem a ja nie mogłam przestać o nim myśleć. Totalna wtopa bo przecież w tym zawodzie nie ma miejsca na miłość. Było za późno. Zakochałam się od pierwszego wejrzenia a myślałam że takie coś nie istnieje. Okazało się że on też się zakochał. Stwierdził że nigdy czegoś takiego nie przeżył. Spotykaliśmy się później i chodziliśmy na randki. Teraz jesteśmy już para parę miesięcy. Rodzina i znajomi nie znają prawdziwej historii naszego poznania. Tak będzie lepiej. Zapytałam chłopaka czy nie przeszkadza mu sposób w jaki mnie poznał i że robiłam to za pieniądze. Przecież sam mi za to zapłacił na początku. Powiedział że się zakochał i nie ważne jaka mam przeszłość ważne że on chce stworzyć ze mną przyszłość....

#icMYD

Jakoś 5-6 lat temu siedziałam ze znajomymi przy piwku. Jak to po paru piwkach, zaczęły się wygłupy. I nie wiem jakim cudem nagle wygłupiałam się z przyjacielem, tak że trzymałam swoje nogi na jego ramionach. Ja leżąc na podłodze, on siedząc na kanapie. I nagle moja cześć ciała poniżej pasa tak nabrała powietrza, że puściła siarczystego piczobąka na jego klatę... Do tej pory się nabijają :/

#t1ThG

Wczoraj postanowiłam powiedzieć moim rodzicom o tym, że od jakiegoś czasu spotykam się z pewnym chłopakiem. Aby jednak nie robili sobie wielkich nadziei odnośnie jego prezencji, zgodnie z prawdą od razu przyznałam, że mój ukochany nie jest przesadnie ładny. Moja mama, nie przerywając szorowania kuchenki, odrzekła: „Kochanie, patrząc na twoją twarz, tyłek i piersi, również nie oczekiwaliśmy, że umawiasz się z Adonisem. Prawdę mówiąc, to i tak spora niespodzianka. Twój ojciec na przykład nie oczekiwał niczego...”.
- Ta… - mruknął ojciec zza gazety. - Pocieszające jest to, że dzieci bardzo często urodę dziedziczą po swoich dziadkach. Jest więc nadzieja, że przynajmniej wasze potomstwo będzie ładne.

#MEx4c

Jedną z rzeczy których nie znoszę jest austriacka drogówka. Takiego nagromadzenia chamskich ludzi dawno nie widziałem.

Cały problem to winiety. Sam system jest chory, ale sporo policjantów nie lepsza. Za brak winiety od razu mandat 120€, a kontrole są tak dobrane, żeby nie móc kupić winiety kiedy trzeba. Nie ma oznaczeń dróg płatnych, a i miejsc do kupna, w praktyce czasem trzeba mieć winietę zanim jeszcze ma się punkt gdzie można ją kupić. Sami egzekwujący posiadanie winiet policjanci często kradną, po prostu zabierają część zysków z mandatów dla siebie. Mandaty można płacić albo policjantom do ręki albo kartą, w oby wypadkach otrzymując kwitek uprawniający do dalszej jazdy bez winiety. Jak nie masz hajsu przy sobie to automatycznie sprawa do sądu.

Ale wracając do mandatów, to policjanci potrafią wyegzekwować ze 20 000 czy 30 000€ dziennie! Więc przy niewielkich oszustwach w dokumentacji, niemożliwych do wykrycia (gwarantuje wam, że się da, bo cała komenda ma działkę z zysków) mogą do pensji po 5 000 € miesięcznie na luzie dorobić. Istna żyła złota. A wiem o tym, bo też pracowałem w austriackich służbach, co prawda nie w drogówce, ale służby jak to służby wiedzą swoje. Raz zatrzymał nas patrol i chcieli nam mandat wlepić, mimo, że nie mają żadnych praw do kontroli uprzywilejowanych pojazdów rządowych (w latach 60 czy 70, chyba w 1968 czy 1974 podczas kontroli drogowej był zamach na jakiegoś polityka w rządowym aucie i od tego czasu tak jest). Nam, w mundurach jadących ministerialnym autem z pełnymi austriackimi oznaczeniami dyplomatycznymi... Z 20 minut kopaliśmy się jak z koniem i dopiero po kilku telefonach jak dostali solidny ochrzan to nas puścili. Szkoda tylko, że jechaliśmy do Wiednia, gdzie mieliśmy robić jako eskorta w ważnej sprawie. Przez co reprezentacja austriacka spóźniła się na samolot i co za tym na negocjacje ważnego kontraktu handlowego.

Afera była jak stąd na księżyc. Co prawda nie nasza wina, bo raz byliśmy tam z rozbiegu w zastępstwie, gdyż pierwotna obstawa skasowała auto w rowie ledwie 2 godziny przed terminem i musieli ściągać nas z ponad 180 km (odwoziliśmy rodzinę ministra do kurortu - tak wozimy polityków cały czas, zwłaszcza jak jadą na prowincje i owszem to legalne) dwa to drogówka bezprawnie nas zatrzymała. Dostali solidne upomnienia i stracili premie na cały rok (choć odbili to sobie na mandatach, więc pieniężnie nie ucierpieli). Masakra taka praca, może jeszcze opiszę kiedyś sytuacje, bo naprawdę to było ciekawe zajęcie mimo wszystko i miłe. Pogadać można było z dostojnikami, najeść się na przyjęciach, cud robota nie licząc dramaturgii jak ktoś coś sp#eprzył...

#6YNCt

Kiedy uczęszczałem do drugiej klasy liceum, nasz katecheta lekcji nie prowadził. Religia była na zasadzie „róbta se co chceta”, więc kiedy w trzeciej klasie dowiedziałam się, że religia wypada mi na ostatniej lekcji, zrezygnowałam z uczęszczania na ten przedmiot. I tu przechodzimy do właściwej części opowieści.

Jak co roku, ten jeden magiczny dzień, kiedy ksiądz przychodzi na kolędę. Tego roku akurat tak się złożyło, że w domu byłam obecna. Zazwyczaj miałam jakieś dodatkowe zajęcia i po prostu nie mogło mnie być przy tym cudownym obrzędzie poświęcenia domu.
Ksiądz wchodzi, siada na kanapie i oczywiście pada standardowy tekst do mnie i mojego brata: „Czy chodzicie dzieci na religię?”. Odpowiedziałam zgodnie z prawdą. Po co miałam kłamać? Religia w mojej szkole była stratą czasu, wolałam poświęcić go na coś innego. I tu się zaczęła moja gehenna. Oczywiście duchowny raczył mnie upomnieć, że jak to tak, że religia to przedmiot absolutnie obowiązkowy. Wytłumaczyć sobie nie dał. Następne pytanie: „Skąd w takim razie uczysz się o Bogu?”. Ja na to, że zgłębiam wiedzę na własną rękę. Ksiądz wyglądał jakbym obraziła jego przodków do kilku pokoleń wstecz. Zaczął krzyczeć, że nauka na własną rękę jest, uwaga, NIEBEZPIECZNA. Mojej matce powiedział, że demon przeze mnie przemawia, dom poświęcił, pieniądze zabrał i sobie poszedł.

Teraz gdy o tym myślę, to faktycznie, samodzielne myślenie jest niebezpieczne. Dla kościoła. Ludzie, którzy wyłamują się systemowi są źli i nie da się ich kontrolować.
Ale to tylko moja opinia i tak postrzegam zachowanie duchownego. Dziękuję, dobranoc.
Dodaj anonimowe wyznanie