Pojechałam kiedyś na zagraniczną wycieczkę, a konkretniej w góry. Mieliśmy przewodnika, grupę itd. Zapowiadała się całodniowa wyprawa na pewien szczyt. Następnego dnia rano mieliśmy wracać do hotelu, więc nie brałam ze sobą żadnych dodatkowych rzeczy, poza tymi niezbędnymi. Początek trasy wspominam wspaniale. Piękne widoki, fajne towarzystwo, dużo energii. Jednak moim jelitom coś nie pasowało. Być może obfite śniadanie okazało się dla nich zabójcze, więc na złość, gdy tylko minęliśmy wszelkie obiekty zawierające WC, postanowiły zrujnować mi resztę dnia.
Zaczęło się niepozornie, od bólu brzucha. Potem czułam, że zrobiło się już naprawdę słabo i idąc w krzaki „na siku”, zobaczyłam, że moje majtki zdobi mokra, brązowa plama. Aż dziwne, że tego nie poczułam. Na szczęście miałam ze sobą majtki na drugi dzień, więc szybko się przebrałam. To jednak nie wystarczyło, bo mimo licznych przystanków w krzakach wciąż się ze mnie lało, a ja mimo wysiłku nie potrafiłam tego zatrzymać. Co gorsza, miałam ze sobą wszelkie tabletki na najróżniejsze wypadki, ale zapomniałam o tych na biegunkę. Z tego co pytałam, nikt inny też nie miał. Pech.
Zaczęło się robię beznadziejnie, gdy zapasowe majtki się już porządnie ubrudziły, a asekurujące je chusteczki i papier praktycznie się skończyły. Wyrzucając ostatnią zafajdaną chusteczkę ze swoich majtek, dostrzegłam dużą reklamówkę w plecaku. W tej desperacji uznałam, że lepsze to niż obsrane spodnie podczas następnych 4 godzin marszu. Reklamówka była z tych cienkich, elastycznych, a do tego całkiem spora, więc po jej bokach zrobiłam dziury na nogi, a uszy zawiązałam w supeł, aby reklamówka mi nie spadała. Musiałam wyglądać jak najbardziej żałosny człowiek świata, ale zadziałało! Mimo ogromnej niewygody, wszystko co ze mnie wylatywało, zostawało w reklamówce.
Będąc już w schronisku, zawartość reklamówki dosłownie wylałam do sedesu. A potem długi prysznic, bo chyba nie muszę opisywać jak bardzo nieapetycznie wyglądał po czymś takim mój tyłek. Na całe szczęście rano poczułam się dobrze i spokojnie, choć bez bielizny, wróciłam do hotelu. A od tamtej wycieczki absolutnie wszędzie noszę ze sobą kilka awaryjnych majtek. I lek na biegunkę.
Moja dziewczyna postanowiła sobie, że w tym roku zacznie się badać i poszła pierwszy raz w życiu na USG piersi. Okazało się, że ma zmiany nowotworowe. Na szczęście są one na tyle małe, że lekarz zapewnił ją: „Proszę się nie martwić, poradzimy sobie z tym”.
Nie chcę myśleć co by było, gdyby udała się na badanie za rok lub trzy.
Kobiety, badajcie się. Mężczyźni, dbajcie o swoje połówki i wyślijcie je na badania, nie ma na co czekać!
Od dzieciństwa uwielbiam jeździć na rowerze. Na każdy wyjazd chciałam go brać, a jeśli nie było takiej możliwości, to wypożyczyć na miejscu. Nie zostałam sportowcem, ale ukierunkowałam to na inny sposób – jeżdżę na rajdy rowerowe. W skrócie wygląda u nas to tak, że rajd trwa łącznie trzy tygodnie, z czego dwa to jazda, pozostały to odpoczynek (co kilka dni dzień przerwy), codziennie średnio po 100-150 km, najwięcej, jak się trafiło, ponad 250 (dojechali wszyscy :)). Ważna jest też kwestia podziału grupy ze względu na płeć. Dwudziestu kilku chłopa, parę dziewczyn, zależnie od roku. Na tym rajdzie, który opiszę, były razem ze mną trzy dziewczyny i ponad 30 chłopaków, w tym kilku 16-latków (dolna granica wieku). I to o jednym z nich będzie wyznanie.
Okres dopadł mnie mniej więcej w połowie rajdu, kiedy zaczęły się solidne góry. Mam niestety tak, że w pierwszym dniu do południa jestem tak słaba, że najchętniej bym leżała na łóżku w kłębku. A tu konkretny dystans i podjazd. Trudno, zaciskam zęby, biorę podwójną dawkę leku, żelazo i jadę. Pierwszy etap w miarę OK, na drugim gorzej, czułam, że dalej nie ujadę. Na postoju podeszłam do „szefa” i przedstawiłam sytuację. Na szczęście był wyrozumiały, powiedział, że nie ma problemu, rower na busa (wozimy nim bagaże, jedzenie i zaplecze kuchenne), ja do niego, robię za pilota, fotografa i DJ-a w jednym.
Przyjeżdżamy na miejsce, niektórzy się na mnie dziwnie patrzą, ale większość ma bekę taką, jakiej dawno nie widziałam. Co się okazało? Jeden z młodych podsłuchał rozmowę o moim problemie. Podzielił się tą wiedzą z kolegami (wielce inteligentnie), jeden z nich zaś przedstawił pogląd godny ciemnych wieków. Otóż stwierdził, że nie powinnam być z nimi w jednym pomieszczeniu, jeść z tego samego „źródła pokarmu”, myć się w tym samym miejscu... No nieczystość rytualna jak nic. Dyskutowali o tym tak zawzięcie, że siłą rzeczy reszta ich usłyszała. Koleżanka zażartowała, że w takim razie on jest skażony, bo ona też to ma (nie, nie miała, chciała sprawdzić jego reakcję). Odskoczył jak oparzony, a ona go goniła po całym parkingu. Żałowałam, że tego nie widziałam. I tylko się zastanawiam, jak bardzo ograniczonym trzeba być, żeby w XXI wieku mieć takie poglądy?...
Moja dziewczyna miała super pomysł na zerwanie.
Wymyśliła, że jesteśmy dziećmi Boga, a to znaczy, że jesteśmy rodzeństwem. A ona nie może być ze swoim bratem.
Pewnie większość z nas przechodziło burzę hormonów podczas wieku dojrzewania. Poznawanie własnego ciała, podbieranie ojcom świerszczyków itp. Mnie do podniecenia wystarczała gra Sims. Przygotowywałem im wtedy scenki np. jedna para (lub kilka) robiła swoje, a reszta Simów ich oglądała. Od tamtego czasu minęło trochę lat, ale jak dotąd nic nie pomogło mi dojść tak szybko. Nikt też o tym nie wie, oprócz mnie i mojej zboczonej rodziny w mieście Sims. No i teraz Wy, drodzy anonimowi.
Często gdy wracam do domu późnym wieczorem słyszę, jak moi rodzice uprawiają seks. Oczywiście uznaję to za normalną czynność między dwojgiem ludzi. Jednak robią to też w godzinach wieczornych (19-20). Często też mają niedomknięte drzwi do sypialni. Słychać wszystkie jęki i stęknięcia... Przez te niedomknięte drzwi było ich słychać nawet w kuchni. Zażenowana tą sytuacją (jeszcze miałam w tym czasie gościa), podeszłam i trzasnęłam ich drzwiami. Przez chwilę dźwięki ustały, pewnie się zdziwili, jednak chwilę później wrócili do swojej czynności.
Ostatnio też wstawałam do pracy na 9. Dobrze wiedzą, o której wstaję. I znowu przy otwartych drzwiach w drodze do łazienki musiałam słuchać ich uniesień.
To normalne?
Gdyby ktoś się zastanawiał, dlaczego często ludzie z ciężką depresją żyją w dramatycznych warunkach, jeśli chodzi o czystość, to podzielę się moim doświadczeniem.
Na depresję choruję od 15 lat. Najgorszy moment zawsze przychodzi w okresie jesień-zima. Biorę leki, ale w tym najcięższym okresie nawet one nie dają rady. Potrafię nie ruszyć nic w mieszkaniu przez 4 miesiące, jak nie lepiej. Włożenie kilku talerzy do zmywarki to max, na jaki mnie stać, nawet śmieci często nie wynoszę. Nie mam siły sprzątać, a po tygodniu syf jest już dosyć spory i coraz bardziej przytłaczający. Chlew, jaki gromadzę, zaczyna przerastać to, co jestem w stanie zrobić. Im dłużej nie jestem w stanie ogarnąć własnej przestrzeni, tym więcej syfu się gromadzi, więcej syfu – większe poczucie bezsilności, większe poczucie bezsilności – mniejsze szanse, że zrobię cokolwiek. Zaczynam odsuwać sprzątanie w czasie coraz bardziej, bo mnie to zwyczajnie przytłacza i przeraża wręcz. Kiedy najgorszy okres mija i zaczynam mieć siłę zrobić cokolwiek więcej, niż wstanie z łóżka, przychodzi moment ogarnięcia mieszkania – wtedy wcale nie jest lżej. Mam siłę, mogę się zmusić, nie mam ochoty, ale jak trzeba, to trzeba. Życie w brudzie tylko napędza depresję bardziej i sprawia, że czuję się jeszcze gorzej.
Za każdym razem wygląda to tak samo. Tydzień, jak nie lepiej, przerwa co godzinę, max 5 godzin dziennie. 20+ worków ze śmieciami. Tona zużytej chemii. Przynajmniej dwa ataki paniki spowodowane poczuciem bezsilności, nienawiścią do siebie za doprowadzenie własnej przestrzeni do takiego stanu. Wymioty, zawroty głowy. W tym okresie też prawie nic nie jem, nie mogę nic w siebie wcisnąć.
Zaufajcie mi, nikt zdrowy psychicznie nie wytrzymałby w takim chlewie. Najgorsze jest poczucie wstydu i panika, jaka towarzyszy mi, kiedy pomyślę, że ktokolwiek mógłby wejść mi do mieszkania i zobaczyć, w jakich warunkach żyję. Nikt nigdy tego syfu nie widział. Każdy, kto przychodzi myśli, że przesadzam, bo zawsze jest jako tako czysto. Jedyna rzecz silniejsza od mojej depresji to myśl o upokorzeniu i obrzydzeniu, jakie mogą poczuć ludzie, którzy zobaczą, jak żyję.
Minęło 15 lat. A ja dalej, czasem zastanawiam się, czy to mogło się wydarzyć...
To była niesamowita impreza na dziko. Na plaży i przy ognisku. Było dużo alkoholu i pięknych kobiet.
Zawsze miałem zdecydowaną orientację heteroseksualną w kierunku płci pięknej.
Ale tej nocy przyszło mi do głowy, kiedy imprezowaliśmy, że mógłbym z nim zaszaleć bardziej niż z kumplem. Miałem na niego ochotę!
Na szczęście do niczego nie doszło.
Następnego dnia obudziłem się z gigantycznym kacem moralnym, że w ogóle mogłem o tym pomyśleć.
Dzisiaj jestem ojcem dwóch prawie dorastających córek i mężem pięknej kobiety mojego życia. Choć ten pomysł i myśl o nim i tak czasem wraca.
Mój facet jest bardzo wybuchowy. Dosłownie każda drobnostka jest w stanie go wkurzyć i coraz bardziej zaczyna mnie to drażnić i męczyć. Wiadomo, każdy lubi sobie ponarzekać, ale wydaje mi się, że w jego przypadku zaczyna to już być problemem, który powinien sobie porządnie przeanalizować lub z kimś skonsultować.
Sytuacja sprzed paru dni: mieliśmy wstąpić do sklepu po kilka drobiazgów. Akurat nie było wolnych miejsc parkingowych, zostały tylko dwa wąskie gdzieś pomiędzy innymi samochodami. Wystarczyło skręcić w mało uczęszczaną uliczkę za sklepem, żeby na spokojnie zaparkować na te kilka minut i tyle, po problemie. Ale nie, pierwsze co, to zaczął rzucać bluzgami, że co to ma być, żeby nawet zaparkować się nie dało, po czym wściekły ruszył z takim impetem, że mało nie urwał zawieszenia na pobliskich progach zwalniających. Do sklepu oczywiście nie weszliśmy.
Nie zliczę, ile razy zaczynał wściekły prawie biegać po sklepie, bo nie było tego napoju albo ciastek, które akurat wtedy chciał kupić. Gdy coś mu się źle kliknie na telefonie, momentalnie jest gotowy nim rzucać, zamiast na spokojnie kliknąć jeszcze raz prawidłowo. Zdarzyło mu się nawet rzucić butelką, bo nie mógł jej zakręcić – prawie oberwał wtedy telewizor. Jeśli rozmawiamy przez telefon, gdy on akurat jedzie samochodem, praktycznie za każdym razem wysłuchuję potoku przekleństw na innych kierowców, na pieszych, na pogodę czy to, że musi jechać do pracy. Rozumiem, każdemu zdarza się przekląć, ale przy nim naprawdę aż uszy więdną. Jest świadomy tego, że nie lubię, gdy mi się tak wydziera do telefonu, ale gdy zwracam na to uwagę, jego reakcja to zwykle: „Dobrze, mogę wcale do ciebie nie dzwonić i się nie odzywać”.
Nieraz nawet wygląda to tak, że siedzimy sobie razem, jest miło, prawie sielanka, a nagle on się zrywa i z krzykiem leci do łazienki, rzucając epitetami na prawo i lewo. Okazuje się, że to szum wentylatora tak go wkurzył i musiał natychmiast pobiec i go wyłączyć, mimo że przez ostatnie kilkadziesiąt minut nie zwracał na niego uwagi.
Do mnie bezpośrednio się tak nie zwraca, nie obraża mnie ani nic, ale to chyba głównie dlatego, że wie, że w takiej sytuacji po prostu bym wyszła i już nie wróciła – natomiast nie rozumie (albo nie chce zrozumieć), że ja nie czuję się komfortowo, gdy co kilka godzin on wybucha złością z powodu totalnych głupot. Próby rozmów na ten temat odbiera jako ataki na jego osobę i nie daje sobie nic powiedzieć na spokojnie. Coraz bardziej mnie to męczy i coraz mocniej zastanawiam się nad sensem tej relacji. Kiedy akurat nie jest zły, jest fajnie, dogadujemy się, mamy podobne poczucie humoru, ale ja coraz mniej mam ochotę na takie huśtawki nastrojów, zwłaszcza że z natury jestem osobą pogodną i bezkonfliktową i szkoda mi czasu i energii na wkurzanie się o jakieś pierdoły, na które nawet nie mam wpływu.
Nie potrzebuję w życiu i od życia dużo.
Właściwie to wystarczy mi miejsce, gdzie jest ciepło, nie czuć głodu, być czystym i przyroda blisko. Nie potrzebuję dużego domu, nie potrzebuję wakacji zagranicznych i samochodu, który „wygląda”, nie potrzebuję chodzić na koncerty, do knajpy.
Dbam o siebie i mam tzw. dobrą pozycję społeczną, ale wisi mi to i powiewa. Jest tak, że nieustannie pracuję, bo ożeniłem się i mam trójkę dzieci. Z dzieci jestem dumny i zadowolony, a żona to konsekwencja posiadania dzieci. Nie że coś jest nie tak między nami, ale to ja od 20 lat pracuję, aby wszystkich utrzymać i wyłazi mi to już bokiem. To taki czas, w którym dzieci (nastolatki) jeszcze są ogromnym kosztem i trzeba je ogarniać i ktoś to musi robić, więc żona nie pracuje (czasem coś dorobi).
Zarabiałem dobrze i zarabiam dziś przyzwoicie, a i tak koszty mnie obecnie przytłaczają. Nie potrzebuję tych wszystkich rzeczy, które kupuję, które muszę mieć, które opłacam.
Powtórzę – kocham dzieci i nie żałuję, że je mam, ale czasem zastanawiam się, po co mi to było.
Im jestem starszy, tym robię się bardziej odizolowany od ludzi. Kiedyś tak nie było.
Nie że dziwaczeję, ale dziś staranniej dobieram kontakty i relacje. Ograniczam je do minimum niezbędnych. Sukcesem dla mnie nie jest obecnie dodatkowy zarobek, ale święty spokój.
Dodaj anonimowe wyznanie