#tKqnL

Mój partner ma dziecko z poprzedniego związku. Powiedział mi o tym na samym początku naszej znajomości, co bardzo doceniam i cieszę się, że od początku był ze mną szczery. Poprosił też wtedy, żebym nikomu o tym na razie nie mówiła i on powie sam, gdy będzie gotowy. Przystałam na to bez problemu – też uważałam, że w tamtym momencie nie była to informacja niezbędna dla osób postronnych. Minęło kilka miesięcy, rok, potem drugi... Na ten moment jesteśmy razem już prawie 3 lata, a nadal nikt w moim otoczeniu nie wie, że on ma syna (podkreślam, że chodzi o moje otoczenie, bo jego rodzina oczywiście wie).
Nie chodzi mi o to, żeby nagle rozgłaszać to wszystkim wujkom, ciotkom, znajomym itd., ale uważam, że chociaż moja najbliższa rodzina, czyli rodzice i siostra, powinna o tym wiedzieć – mam z nimi bardzo dobre relacje i jakoś tak podświadomie czuję, że trochę ich okłamuję. Nie chcę być nie w porządku wobec niego i mówić im o tym bez jego wiedzy, natomiast w tym momencie nie czuję się też do końca w porządku wobec nich. Wydaje mi się, że jest to na tyle ważny element życia, że nie powinno się go trzymać w aż takiej tajemnicy. Nie wyobrażam sobie, że za jakiś czas np. weźmiemy ślub, a moi najbliżsi nadal nie będą świadomi, że mój mąż ma dziecko.
Poruszałam ten temat kilka razy w ciągu ostatniego roku. Poprosiłam, żeby to przemyślał, skoro oboje traktujemy tę relację poważnie. Starałam się wytłumaczyć sprawę w sposób, w jaki to opisałam powyżej, natomiast on nadal nie wykonał żadnego kroku w tym kierunku. Jego główne wytłumaczenie to: „No bo co oni sobie o mnie pomyślą...”.
Staram się go zrozumieć, bo wiem, że dla niego samego temat jest dość trudny. Z tego co wiem, jego syn urodził się w wyniku tzw. wpadki, gdy oboje byli bardzo młodzi – chociaż już po 20. roku życia, więc też nie jest to jakaś patologia. Z byłą partnerką mają teraz skomplikowane relacje, dodatkowo ona obecnie mieszka z dzieckiem za granicą i te kontakty są jednak mocno ograniczone. Mimo wszystko nie uważam, że jest to temat, który powinien być tak ukrywany. Życie też różnie się układa i któregoś razu może to wypłynąć w najmniej spodziewanym momencie, a wtedy na pewno nikt nie będzie się czuł komfortowo. Kilka razy przeszło mi przez myśl, żeby postawić mu jakieś ultimatum, podać konkretny termin, do kiedy ma sprawę „załatwić”, ale tak naprawdę też nie wydaje mi się to dobrym pomysłem, tylko może zaszkodzić naszej relacji. Ale tak jak jest obecnie, też uważam, że nie jest do końca w porządku.

#Tjm5Y

Wychowywałam się w domu, gdzie kąpało się dzieci dwa razy w tygodniu, bo „przecież tyle wystarczy”. Nie było wtedy dostępu do internetu, by można było się dowiedzieć, że coś nie halo, tematu higieny tak wcześnie jeszcze nie poruszano w szkołach.

Dostałam okresu bardzo, bardzo wcześnie, wtedy kiedy jeszcze moje czytanie kulało, a ja nie wiedziałam, że coś takiego istnieje, byłam pewna, że ciężko choruję, zwłaszcza że od początku mam silne bóle okresowe. Przeraziłam się nie na żarty, kilka pierwszych godzin ukrywałam się w swoim pokoju, aż w końcu pod wieczór postanowiłam przyznać się mamie, że krwawię. Dostałam do ręki paczkę podpasek i zostałam jeszcze ofukana, że zauważyłam, że krwawię, a nie włożyłam do majtek papieru toaletowego i teraz majtki są zniszczone. Żadnych tłumaczeń. Żadnego pocieszenia, nie miałam pojęcia co się ze mną dzieje i że tak powinno być. Żadnego tłumaczenia, jak używać podpasek. Z tego względu non stop mocowałam je źle, za słabo, przesunięte do dołu. Nie wiedziałam też, że powinnam je zmieniać, jak często. Zwykle robiłam to już, gdy podpaska się przelewała. Przez to pierwsze kilka okresów, zachowując się jak zwyczajne dziecko, wychodziłam do szkoły lub na podwórko, wracając pod wieczór i zupełnie zapominając, że istnieje coś takiego jak okres, że właśnie go mam i że cały dół spodni mam w wielkiej plamie krwi. Nie wiedziałam, co ile okres się pojawia, dlatego na początku w ogóle nie zabezpieczałam się w odpowiednie dni podpaską, na wypadek gdyby okres zaczął się w szkole, a zwykle nawet nie zauważałam, że się zaczął.

Ten akapit o kąpaniu raz w tygodniu też nie wstawiłam bez powodu. Nikt nie raczył mi wytłumaczyć, że skoro krwawię, powinnam myć się częściej. Tak, dobrze rozumiecie. Kilka dni bez mycia, na zbyt rzadko zmienianych podpaskach. Wolę nie myśleć, jak wtedy musiałam pachnieć, już pomijając, jak cierpiałam, gdy zaczęły mi się robić tragiczne odparzenia. A ja wtedy nie wiedziałam, że to nie jest normalne.

Z powodu młodego wieku i zaburzeń hormonalnych miałam częste kłopoty z regularnością i długością miesiączki. Jak mało wiedziałam na temat, jak wygląda ta część kobiecego życia, niech świadczy fakt, że nie widziałam nic dziwnego w tym, że okres trwa nieprzerwanie ponad dwa tygodnie – pewnego dnia wspomniałam o tym przy mamie, przez co wylądowałam w szpitalu na kolejne dwa tygodnie, łykając tabletki, które miały pomóc mi w zatrzymaniu okresu, dość długo bez efektu.

Ogromnie żałuję, że pierwsze wzmianki o tym, czym jest okres, pojawiły się w szkole dopiero kilka lat po tym, jak zaczęłam miesiączkować.

#UkUBk

Czasami gdy poznaję dziewczynę i ona mnie pyta, czym się zajmuję, to odpowiadam, że jeżdżę busem. W 90% sytuacji robi rozczarowaną minę i traci mną zainteresowanie. Tak jakbym powiedział, że jestem menelem. 
Prawda jest taka, że owszem, jeżdżę czasem busem, bo nie lubię cały dzień siedzieć w biurze, a mam firmę przewozową i 11 takich busów.

#uhnTq

Przeczytałam tu jakieś wyznanie o toksycznym związku i od razu przypomniał mi się mój eks. Wrócił raz do domu z kwiatami. Nigdy nie kupił mi kwiatów, więc byłam w ogromnym szoku. Piękny, duży bukiet.
Zadowolona pytam się jednak z ciekawości, jaka to okazja. A on mi odpowiada: „Nie ma okazji, wracając z pracy, widziałem ten bukiet w śmietniku, więc pomyślałem, że ci się spodoba, bo po co miałby się zmarnować”...
Na początku myślałam, że żartuje. Gdy zrozumiałam, że on mówi śmiertelnie poważnie, zwróciłam mu delikatnie uwagę (bardzo delikatnie, bo miał depresję), że mógł nie mówić drugiej części zdania, bo teraz jest mi przykro. Nie oczekiwałam kłamstwa, mógł powiedzieć wprost: bez okazji. No i się zaczęło... „Jak możesz mnie nie doceniać?” (mam doceniać, że wyjąłeś coś ze śmietnika i mi to dajesz?). „Dlaczego wszystko ci nie pasuje?” (pamiętam, jaką spinę mi zrobił, gdy kupił mi czekoladę z orzechami, a ja mam na nie silną alergię i było mi przykro, że o tym nie pamiętał). Potem zaczęły się standardowe odzywki, że on nie ma siły żyć, że jak dalej będę taka okrutna, to on sobie coś zrobi.

Miałam ochotę wtedy wyjść z domu. Trzasnąć drzwiami i nie wrócić. Gdy ubierałam buty, złapał mnie za rękę i zaczął płakać, że to nie on, że to choroba. Mówił, że mnie kocha, że nie wyobraża sobie życia beze mnie. Prosił, bym została, bo jak wyjdę, to nie będę miała do kogo wrócić, bo on nie wytrzyma i sobie coś zrobi. Zostałam. Płakaliśmy razem w salonie. I przeprosiłam go, że nie doceniłam jego wielkiego gestu...

To tylko jedna z miliona spin, które przeszłam w tym toksycznym związku. Minęły lata.
Teraz mam normalnego, fajnego partnera, który mnie kocha i szanuje. I toksyczny związek od razu wyczuwam. Bardzo też boli mnie to, że przeważnie winą za rozpad związku obarcza się kobiety.

#LUj78

U mnie w domu zawsze paliło się papierosy w łazience, więc i zapalniczka tam była. Kiedy miałem ok. 7 lat, do moich rodziców przyjechali znajomi. W pewnym momencie musiałem skorzystać z łazienki. Jak już wyszedłem, to podszedłem do taty i próbowałem mu przerwać wypowiedź przez około dwie minuty, ale ojciec nie mógł się nagadać z kolegą i mówił tylko: „Poczekaj sekundę”. 
Wyobraźcie sobie jego minę, jak powiedziałem, że w łazience płonie papier toaletowy, bo się bawiłem zapalniczką...
Nigdy więcej nie kazał mi czekać.

#o9bje

Skłamałam rodzinie, że pracuję w Wigilię i pierwszy dzień świąt i nie mogę przyjechać do domu rodzinnego, ale od początku.

Moja mama ma dwie siostry i brata, a tata to jedynak, który wcześnie stracił rodziców.
W rodzinie od mojej mamy mamy zwyczaj, że organizuje się dużą wigilię, są ciotki i wujek z rodzinami. U jednej z ciotek obiad w pierwszy dzień świąt, u drugiej obiad w drugi dzień i oczywiście z całą rodziną. Mój tata uwielbiał takie święta, ale on nic nie robił w kuchni. Ja jako dziecko również kochałam zabawy z kuzynami, lepienie bałwana i sernik jednej z cioć, ale z czasem dorastania, gdy musiałam zacząć pomagać mamie w generalnych porządkach i w kuchni, to znienawidziłam święta. Do tego moja mama zawsze wszystko krytykuje – sałatka za grubo pokrojona, choinka źle ubrana, „czy jesteś ślepa, ta bombka tam wygląda okropnie”. I tak co roku – harówka w kuchni i przy sprzątaniu. W inne dni moja mama to złota kobieta, ale okres przedświąteczny to zawsze był dla mnie okres nerwów i płaczu.

Obecne świata spędziłam sama przy winie i duszonym dorszu, nic ponadto. Mam prawie 30 lat, a to były pierwsze święta, o których myślę, że takie mogę przeżywać co roku. Choć trochę żal mi sernika cioci.

#DunVF

W podstawówce uczył nas pewien ksiądz. Ogólnie bardzo miły człowiek, miał podejście do dzieci i często pomagał biednym. W tym samym czasie mama mojej koleżanki była w ciąży. Niestety dziecko urodziło się niepełnosprawne. Na jednej z lekcji religii moja koleżanka spytała się księdza, dlaczego niewinne dzieci rodzą się chore, skoro Bóg jest taki miłosierny. Ksiądz zaczął tłumaczyć, że to wszystko wina rodziców, że nie wierzyli w Boga i nie chodzili do kościoła, a to jest ich kara. Powiedział również, że często takie dziecko jest wynikiem zdrady matki i dlatego ojcowie odchodzą od kobiety, kiedy dziecko urodzi się chore. Podsumowując – niepełnosprawne dziecko jest pokutą dla rodziców i „błogosławieństwem” od Boga, ponieważ teraz mogą docenić życie i nawrócić się na dobrą drogę. 
Tutaj dodam, że rodzice owej koleżanki to cudowni ludzie, każdemu pomagają, choć sami nie mają dużo pieniędzy. Całe życie ciężko pracowali, żeby zapewnić siódemce (!) swoich dzieci dobre życie.

Nie wiem, czy to co faktycznie powiedział ksiądz jest powszechnie nauczane w Kościele, ale od tamtego zdarzenia bardziej sceptycznie podchodzę do tematu wiary. Nie znaczy to, że nie wierzę w Boga, ale mam mniejszy szacunek do księży. Wiem, że wielu jest dobrych księży z powołania, ale niektórzy po prostu zachowują się jak fanatycy. Na koniec nadal w sumie nie rozumiem, dlaczego ludzie rodzą się niepełnosprawni, skoro Bóg jest miłosierny i tak bardzo wszystkich „kocha”...

#kn4gg

Zawsze byłem łatwowiernym i łatwym do zmanipulowania dzieckiem. Miałem przez to często wiele kłopotów. Co ciekawe, podpuszczali mnie nie tylko koledzy z klasy, ale także rodzina. Gdy byłem mały, prawdopodobnie w pierwszej klasie podstawówki, zbliżały się urodziny mojej wychowawczyni. Była to bardzo miła i spokojna kobieta. Ze wszystkich opiekunów klas ją lubiłem najbardziej. Chciałem jak najlepiej wypaść, składając jej życzenia. Największym problemem było to, że nie wiedziałem, co mam powiedzieć. Przyjechał do mnie wujek. Podzieliłem się z nim moim problemem. On w ramach żartu powiedział mi, że mam zażyczyć wychowawczyni, żeby była zdrowa i tłusta. Niestety nie spodziewał się, że wezmę to dosłownie. Każdy o tym zapomniał, a ja w swojej małej, dziecięcej główce uspokoiłem się, bo wiedziałem już, jakie mam złożyć życzenia.
Nadszedł dzień urodzin mojej wychowawczyni. Wszyscy ustawili się w kolejce do składania życzeń. Gdy nadeszła moja kolej, przytuliła mnie, a ja zacząłem mówić: „Zdrowia szczęścia i pomyślności! I żeby była pani zdroooowa i tłuuuuusta”. Słysząc to, pani najwyraźniej nie wiedziała, co powiedzieć. Wykonała klasyczny, udawany „śmiech z taśmy” i podziękowała za życzenia. Ja uśmiechnięty wróciłem po lekcjach do domu. A tam, gdy powiedziałem, jakie życzenia złożyłem, zostałem przymuszony, by wrócić do szkoły i panią przeprosić. 
Wtedy bardzo się tego wstydziłem. Teraz chciałbym ponownie zobaczyć jej minę :)
Dodaj anonimowe wyznanie