Historia o tym, jak uratowałam mojego najdroższego przyjaciela przed śmiercią.
Kilka lat temu przed świętami Bożego Narodzenia otrzymaliśmy telefon od dawno niewidzianego kuzyna mojej matki, że planuje wraz ze swoją rodziną przyjechać do Polski na święta i czy mogliby wpaść w drugie święto na przysłowiową kawę i ciasto, matula ucieszona perspektywą spotkania z dawno niewidzianym kuzynem i powspominania historii z młodzieńczych lat, zgodziła się co więcej zaprosiła ich nawet na świąteczny obiad.
W końcu nadszedł wyczekiwany dzień spotkania, wszystko dopięte na ostatni guzik, co by się przed rodziną zza granicy nie zbłaźnić. Goście przybyli, niby wszystko ładnie, pięknie, ale w połowie rodzinnego obiadu wyszły prawdziwe intencje tego spotkania... Otóż piekielny wujaszek oznajmił, że przyjechali do nas z Norwegii ze swoim psem, ale oni go już nie chcą, bo jest zbyt drogi e utrzymaniu i ich na niego już nie stać, nikt inny z rodziny go nie chce, a jeśli my go nie weźmiemy to wyrzucą go w lesie w pobliżu granic, gdy będą wracać. W tym momencie poczułam, że robię się bordowa ze wściekłości, podobnie jak moja rodzicielka. Na pytanie, gdzie w tej chwili jest psiak, beznamiętnie powiedział, że siedzi w bagażniku ich samochodu. Nie pamiętam, kiedy ostatnio tak szybko biegłam, wku*wienie, aż ze mnie kipiało. Kiedy w końcu otwarłam bagażnik, moim oczom ukazała się mała, szara kuleczka trzęsąca się z zimna, która na mój widok skuliła się ze strachu. Zdjęłam narzuconą na szybko bluzę, owinęłam w nią psiaka i pognałam z nim do domu.
Wątek awantury jaką zrobili moi rodzice wujaszkowi pominę, psiak już tego samego dnia został w naszym domu, gdyż wszyscy się w nim zakochaliśmy. Początki były dla niego trudne, ewidentnie za nimi tęsknił, nie umiał znaleźć sobie miejsca, jeść również nie chciał. Jakoś po Nowym Roku poszłam z nim do weterynarza, gdzie okazało się, że pies nie był szczepiony od kilku lat, był bardzo wychudzony, a jego zęby były w równie fatalnym stanie. Cóż leczenie do najtańszych nie należało, lecz stan fizyczny jak i psychiczny uległ znacznej poprawie. Psiak zyskał drugie życie, choć musiało minąć sporo czasu nim się przyzwyczaił do nowej sytuacji. Później dowiedzieliśmy się, że drugiego takiego psiaka ta bestia "przypadkowo" udusiła, gdy za mocno pociągnął za smycz podczas spaceru.
Mój przyjaciel za okazane serce i miłość odpłacił się tym samym i jest oczkiem w głowie naszej rodziny, jednak serce mi pęka na myśl, że drugi psiak nie miał tyle szczęścia. Z wujkiem nie mamy już żadnego kontaktu, utwierdził mnie tylko w przekonaniu, że to przez takich ludzi jak on człowiek stał się najgorszym rodzajem bestii, jaka żyje na tej planecie.
Niesamowicie denerwują mnie niektóre osoby z wiosek. Sama wychowałam się w małej wioseczce, co to jeden sklep na krzyż i każdy każdego zna. Nie widzę w tym nic złego. Na studia wyjechałam do jednego z miast wojewódzkich i tam już zostałam, wzięłam ślub, urodziłam dziecko, pracuję. No po prostu żyję. Kiedy przyjeżdżam w rodzinne strony i słyszę "ona z miasta, to życia nie zna", "miastowa się znalazła", "w mieście takich rzeczy nie ma", "kto by na wsi sobie tym głowę zaprzątał", "co ty tam w mieście masz do roboty? Tutaj na wsi to prawdziwa robota", "we wsi to bieda", to
szlag mnie trafia po prostu. Są sytuacje typu. "Po co ty codziennie kąpiesz dziecko? Tylko wodę wylewasz, a droga, a no tak, ty miastowa, to pieniądze masz!".
Komentarze na temat tego, że na wsi to bieda i nie ma kasy na nic, a ja w mieście nic nie robię i kasy mam jak lodu. OK, nie ukrywam, że żyje mi się dobrze, ale sama na wszystko zapracowałam. Po nocach pracowałam, a w dzień studiowałam. Rodziców nie było stać, aby mnie utrzymywać na studiach. Miałam wybór zapierda**** i uczyć się, albo jak reszta mojej rodziny po liceum iść do hali do roboty i popijać wieczorami piwo.
Kolejna sprawa to komentowanie statusu finansowego mojego męża, który pracuje jako koordynator dużych projektów. No i również zarabia sporo. "Znalazła sobie bogatego faceta i wywyższa się". Wszyscy wiedzą, że poznałam go w liceum. Razem wyjechaliśmy na studia i razem nie mieliśmy nic na początku naszej wspólnej drogi. To że teraz stać nas na wakacje za granicą to tylko i wyłącznie nasza zasługa i tylko nasza sprawa. Większość takich rzeczy zlewam, ale gdy rodzinka uderza w moje dziecko, to naprawdę boli. Święta, uroczystości rodzinne itp. są świetnym pretekstem do tego aby pokazać, że mój synek nie pasuje do reszty. Dlaczego nie pasuje? Bo rodzice mają kasę, a on na pewno nie wie co to praca i ma wszystko co chce. Kurde, on ma 2 lata i w ogóle nie rozumie tych sztucznych podziałów, lubi swoich kuzynów, a oni lubią go. To dorośli pokazują i uczą małe dzieci nienawiści do innych. Wszystko przez zwykłą zazdrość, a przecież każdy jest kowalem swojego losu.
W szkole od nauczycieli ciągle słyszę, że trzeba być oryginalnym, robić co się chce - być sobą. Delikatnie mówiąc: hipokryzja.
Jestem osobą oryginalną, lubię być inna niż wszyscy - momentami jest to już przekora, ale jestem lubiana w klasie, chyba nie muszę tego uzasadniać - wystarczy, że wam powiem, że tak jest.
Nauczyciele jednak wiedzą lepiej. Są przekonani, że jestem odtrącona od klasowej społeczności, bo czytam na przerwach, a nie gadam o pierdołach 24/7.
Ostatnio wychowawczyni zabrała mi książkę i "poprosiła", żebym zdjęła bluzę (sama ją projektowałam, ewidentnie odróżniała się od sieciówkowych, które noszą inni) i powiedziała, żebym przestała "zajmować się jakimiś głupotami" (książką) i zintegrowała się z klasą. Poprosiła też dziewczyny, które siedziały razem pod salą, żeby "wciągnęły mnie w życie klasy, bo nie mogę być takim odludkiem".
Ręce (i nie tylko) opadają.
O koleżankach w pracy.
Mając osiemnaście lat i szukając pierwszej pracy, zatrudniłam się w call center. Na początku wydawało mi się, że będzie to dla mnie idealny początek mojej kariery zawodowej. Byłam dość nieśmiała i praca przy telefonie, bez konieczności fizycznego kontaktu z klientem, wydawała mi się wprost cudowna.
Jeden gość przebił wszystko.
Na początek rozmowy standardowa formułka - dzień dobry, dzwonię z firmy xyz... bla bla bla. Klient zaczął rozmowę od zdania: "Po pierwsze, to powinna mi pani złożyć życzenia z okazji najważniejszego dnia, czyli Dnia Mężczyzny". Próbowałam to obrócić w żart, złożyłam mu te życzenia i przeszłam do sedna. Gość jednak zaczął zadawać mi pytania odnośnie tego co mu przedstawiałam i wydawał się zainteresowany. Nagle dosiadła się do mnie moja starsza koleżanka, która zaczęła słuchać tej rozmowy, aby w razie czego mi pomóc, za co byłam jej bardzo wdzięczna.
Gdy klient zaczął rzucać seksistowskimi żartami, starałam się je delikatnie olewać i kontynuować rozmowę odnośnie oferty. On zwrócił mi uwagę, że powinnam coś odpowiedzieć na jego żarty. Spojrzałam na koleżankę, a ona dała mi do zrozumienia, abym kontynuowała rozmowę, więc starałam się rozmawiać z nim normalnie. W kolejnych minutach zaczął komplementować mój głos, który jak to określił "Chętnie wpuściłby do pokoju hotelowego, aby się bliżej poznać". W tamtym momencie zrobiłam się czerwona ze wstydu i nie miałam pojęcia co odpowiedzieć. Koleżanka zaczęła chichotać i powiedziała, abym mimo wszystko kontynuowała rozmowę. Starałam się więc dać mu delikatnie do zrozumienia, że dzwonię w innej sprawie, ale on zaczął mi proponować, abym opowiedziała mu o sobie coś więcej. Kiedy powiedziałam, że nie mogę podawać takich danych przez telefon, gość powiedział, abym zadzwoniła do niego po pracy, żebyśmy mogli dłużej porozmawiać, bo za chwilę musi kończyć. Koleżanka podsunęła mi karteczkę, na której było napisane, abym umówiła się z nim na kontakt jutro. Nie chciałam tego i pokręciłam głową, a ona na to, abym jej posłuchała, bo dzięki temu będę mieć sprzedany produkt. Mimo oporów zaproponowałam klientowi takie rozwiązanie. Dał mi do zrozumienia, że jest zainteresowany rozmową ze mną w kolejnym dniu, po czym dodał, że mój głos tak mu się spodobał, że będzie miał go w pamięci, kiedy będzie leżał wieczorem w łóżku.
Po skończonej rozmowie trzęsły mi się ręce z nerwów, a koleżanka śmiejąc się powiedziała, że trafił mi się super klient i jutro też ze mną posiedzi, aby mi pomóc. Mnie robiło się od tej myśli niedobrze.
Dzień później, będąc w WC, usłyszałam głos tej koleżanki. Śmiała się ze mnie z inną dziewczyną. Mówiła jaka jestem głupia i że dałam się podpuścić i aż mnie nagra dla beki. Na szczęście nie gadałam potem z obleśnym klientem, bo przejął go kolega.
Poznaliśmy się w pracy.
On miał kogoś, ja też, lecz nie były to związki formalne. Od początku było widać, że zwracamy wzajemnie na siebie uwagę, on z resztą się nie krył z komentarzami. Bywało różnie, raz kłótnie bo to trudny charakter, raz owocna współpraca - jak to w pracy. Charyzmatyczny, przystojny, wszędzie go pełno.
Ja z różnych przyczyn zerwałam ze swoim ówczesnym chłopakiem, ale kolega z pracy nie był powodem.
Do sedna. On bardzo mi się podoba, mamy dużo ze sobą wspólnego, doszło między nami do koleżeńskiego kontaktu także poza pracą. Wielokrotnie dawał mi do zrozumienia, że go bardzo pociągam, dużo pisał do mnie prywatnie, bywało że codziennie, w trakcie pracy i po. Narzekał na swoją dziewczynę, oczywiście, ja pytałam czemu są razem skoro on tego nie czuje, nic merytorycznego się nie dowiedziałam. Kiedy zaproponował mi relację łóżkową, odmówiłam, no bo przecież nie jest singlem i powinien najpierw zakończyć obecną relację. Poczułam się urażona.
Powiedział, że nasza relacja nie ruszy dalej, i on zerwie kontakt, jeśli nie pójdziemy razem do łóżka. Oczywiście on nie zamierza zrywać ze swoją aktualną dziewczyną do tego czasu. Uważam, że jestem ładną dziewczyną, mam dobre wykształcenie, jestem lubiana.
Zależy mi na nim ale..
Czy to ja zgłupiałam czy on?
Czytałam tu przed chwilą wyznanie o tajemniczym zaginięciu matki autorki. Przypomina mi to strasznie jeden przypadek z mojej rodziny. Nie jest to dla mnie aż tak osobista sprawa, bo dotyczy mojego kuzyna, którego widziałam zaledwie raz w życiu. Taka dalsza rodzina, mieszkali na drugim końcu kraju, więc bardzo rzadko się z nimi kontaktowaliśmy. Jednak nigdy nie zapomnę poranku, gdy ciotka zadzwoniła do nas, mówiąc, że Marek (kuzyn) gdzieś zniknął i zapytała, czy może jest u nas albo wiemy o tym cokolwiek. Marek miał wówczas 16 lat i zaginął podczas powrotu od kolegi. Wracał około godziny 20, do przejścia miał zaledwie 400 metrów. Jednak nigdy nie dotarł do domu. Nie było monitoringu, bo to wieś, wręcz mała wioska licząca kilka gospodarstw, kościół i sklep. Kuzyn miał telefon, ale z jakiegoś powodu nie wziął go ze sobą, co podobno często mu się zdarzało. Nie były to jeszcze czasy jak teraz, że nie rozstajemy się z tymi urządzeniami.
Znaleziono kilka śladów. Policja znalazła jego legitymację szkolną. Problem był jednak taki, że nie leżała na trasie, którą Marek powinien wracać do domu, a na drodze, która prowadzi w zasadzie donikąd, bo na jej zakończeniu były tylko pastwiska krów. Jednak na pastwisku i w okolicach już nic nie znaleziono. Śladem było też to, że Marek miał wyjść od kolegi sporo później, bo o 22, ale z jakiegoś powodu wyszedł dwie godziny wcześniej. Z tego co wiem, ten kolega zeznawał, że nudziło im się już i Marek zwyczajnie wolał wrócić wcześniej i zająć się czymś w domu. Sprawdzano tego kolegę wiele razy, ale to był ledwie 15-letni chłopiec i policja nigdy nie założyła, że może mieć z tym coś wspólnego. Jego rodzice również. Policja także wykluczyła opcję ucieczki. Marek ewidentnie nie miał takich skłonności ani powodów. Powodziło się jego rodzicom, ciotka i wujek zawsze byli dobrymi i troskliwymi rodzicami. Marek miał też pasje i plany na przyszłość. Nigdy też nie zdarzyło mu się uciekać albo dawać jakieś sygnały, że źle mu z obecnym życiem. Ważne jest też to, że piechotą dojście do jakiejś stacji czy w ogóle miasta zajęłoby tak wiele czasu, że nikt nie sądzi, że postanowił się na to zdecydować.
Przeszukano wieś, przesłuchano mnóstwo mieszkańców i nic. Nawet mnie i rodziców przesłuchiwano. Żadnego śladu poza legitymacją i wcześniejszym wyjściem. Mimo tego, że praktycznie nie znałam Marka, to do dziś często o nim myślę. Większość rodziny również. A jego rodzice do dziś nie potrafią się z tym pogodzić. Wciąż mają nadzieję, że się odnajdzie. Jednak policja zakłada jakiś nieszczęśliwy wypadek albo po prostu spotkało go coś złego. Są spekulacje, że wyszedł wcześniej, bo mógł chcieć się jeszcze z kimś spotkać. Jednak nie ma na to żadnych dowodów i nikt z jego znajomych nie był z nim umówiony tamtego wieczoru.
Sytuacja sprzed dwóch dni. Miałam umówioną wizytę u lekarza, jego gabinet znajduje się u niego w domu. Przyszłam punktualnie i zadzwoniłam domofonem, po chwili usłyszałam głos jego żony:
- Proszę?
Na co ja niewiele myśląc odpowiedziałam:
- Dziękuję.
Dopiero po chwili dotarło do mnie co zrobiłam, przez chwilę pomyślałam, żeby uciec, ale pan doktor stał już przed drzwiami z wielkim uśmiechem na twarzy.
Jestem w trzeciej klasie gimnazjum. Jeszcze rok temu ono i podstawówka to były dwa osobne budynki, które łączyły się jedynie wąskim korytarzem. Od kiedy weszły reformy, dzieciaki z klas 1-7 mają prawo łazić po "naszym" terenie.
Choć nasze gimnazjum nie jest dość obszerne, a klas bywało po pięć w roczniku, zawsze jakoś się mieściliśmy, nie było problemu przejść z klasy do klasy, posiedzieć w grupce na podłodze. Obecnie dusimy się strasznie. Dlaczego? Coraz więcej nauczycielek 1-3 i 4-6 postanawia wymieniać się klasami, tak by między innymi dzieci mogły korzystać z tablic interaktywnych (SP zatrzymało się na czasach kredy i gąbki). Co z tego, że 16-latki muszą cisnąć się w dwa razy mniejszych ławeczkach, kiedy czwarta klasa MUSI mieć lekcję w laboratorium, chociaż nie wie jaką to dziwaczną substancją musi być H2O.
Przechodząc przez budynek, nie ma szans na spokój, zawsze ktoś się leje, biega, wrzeszczy. Najfajniej jest, kiedy taki pierwszoklasista wpadnie ci pod nogi i gdyby był gdzieś o pół metra wyższy, to by ci nieźle wyje**ał. Nauczyciele na dyżurach upominają, ale co z tego, jak ci gimnazjalni traktowani są już jak śmieci, a ci z SP to jakby się ich bali.
To tak w skrócie o tym, co się dzieje w niektórych szkołach po reformie, przejdźmy do sytuacji, która mnie spotkała wczoraj.
Na przerwie, po skorzystaniu z WC, poszłam umyć ręce. Akurat miałam założony pierścionek. Nie miałam torby ani kieszeni, aby go schować, to położyłam go na umywalce. Toaleta jest ciasna, skierowałam się ku suszarce, mając ozdobę cały czas na oku.
W pewnym momencie do toalety wchodzi jakaś dziewczynka, gdzieś 4-5 klasa. Młoda zaczyna się czesać szczotką. Już kończyłam suszyć dłonie, miałam wziąć biżuterię z umywalki, a ta nagle chwyta mój pierścionek, chowa go do kieszeni i wybiega z pomieszczenia, kiedy zrywam się i donośnie mówię, że to moje. Biegnę za tą gówniarą, łapię ją za kaptur i bez żadnej agresji dojrzale proszę ją, by oddała mi własność albo będzie miała problemy u dyrekcji. Ta mi na to, po chamsku, że "znalezione nie kradzione". Czułam, że ma ochotę pokazać mi środkowy palec, jednak w samą porę pojawił się nauczyciel dyżurujący (chyba jej wychowawca), więc w okamgnieniu oddała mi pierścionek.
Zgadnijcie, kto miał problemy u dyrekcji. Tak, oberwałam słownie za to, że wyżywam się na młodszych i propaguję przemoc. Oczywiście opowiedziałam im tę historię, ale usłyszałam, że skoro odzyskałam biżuterię, to już nie powinnam robić afery (?).
Szczęście, że jeszcze pół roku i wychodzę z tej szkoły.
Mam stwierdzoną tokofobię. Ciągłe znerwicowanie i strach utrudniają życie, zwłaszcza jeśli chodzi o sferę publiczną. Jakiekolwiek wyjścia na basen, skorzystanie z publicznych czy nawet domowych toalet, przymierzanie ubrań, bielizny, a nawet noszenie podpasek czy tamponów to katorga. Bez przerwy mam wrażenie, że na czymś może być sperma i chociaż racjonalnie wiem, że zapłodnienie w takiej sytuacji jest niemożliwe, panicznie się boję. W ciągu tych dwudziestu paru lat jakoś się przyzwyczaiłam, chodzę do psychologa, na "niebezpieczne wyjścia" się nie godzę, ubrania piorę po kilka razy, podpaski zamieniłam na kubeczek i stres jest nieco mniejszy. Mam męża od czterech lat, brałam tabletki antykoncepcyjne, używaliśmy prezerwatyw, ogółem w miarę się ogarnęłam.
Trzy lata temu Luby oznajmił, że chciałby zostać ojcem. Pomyślałam, że może to dobry pomysł, umówiłam z psychologiem sesje na okres ciąży. Pierwsze starania o dziecko skończyły się na niczym, bo uciekałam w ostatniej chwili. W końcu, po wielu próbach, udało się. Ciąża trwała w najlepsze, mąż zadowolony, rodzina mnie chwaliła i tylko ja czułam się okropnie. Miałam wrażenie, że byłam postrzegana jako maszynka do spełniania zachcianek, sama dla siebie byłam jak inkubator. W czwartym miesiącu poroniłam, ze stresu. Moja psychika podupadła do tego stopnia, że trafiłam do psychiatry. Wtedy też razem stwierdziliśmy, iż najlepszym wyjściem będzie adopcja. Zgodziłam się i po powrocie do stanu, w którym mogłam zrobić więcej niż wstać, zjeść i wrócić do łóżka, złożyliśmy wniosek. Tym sposobem pod nasze skrzydła trafił maleńki aniołek.
Dziewczynka obecnie ma roczek, a my staramy się jak możemy, żeby zapewnić jej jak najlepsze warunki. Jedynym problemem są komentarze od rodziny czy znajomych. Od teściów ciągle słyszę, że mogłam nie wydziwiać i urodzić jak każda kobieta, bo mąż teraz się opiekuje "cudzą robotą", koleżanki żartują, że taka ze mnie matka, a przewijam sierotę. Najsmutniejsze są jednak słowa starszych pań, które niby niechcący wtrącają, że dziecko będzie skrzywione bez biologicznych rodziców.
Małą zajmuję się jak tylko potrafię i nie przeszkadza mi, że nie jest ze mną spokrewniona. Kocham tę kruszynkę i nie mam zamiaru jej zostawić, jednak bezustanne plotki są irytujące.
Pewnego razu obudziłem się przed moją dziewczyną. Wieczorem poprzedniego dnia zarzuciła mi, że jestem mało romantyczny, więc postanowiłem ją "romantycznie" obudzić. Przytuliłem się do niej od tyłu i wsunąłem rękę pod bluzkę, gładząc ją po brzuchu. Już miałem się odezwać, kiedy nagle oberwałem z łokcia, a moja luba poderwała się i krzyknęła "Świeże pomidory", po czym z powrotem opadła na łózko i zasnęła. Rano niczego nie pamiętała, a ja dałem sobie spokój z romantycznymi pobudkami :')
Dodaj anonimowe wyznanie