#F1ffB

Mam obecnie 17 lat, młodszą siostrę (14) i drugą siostrzyczkę (2) z innego ojca. Mieszkamy z mamą i jej partnerem. Mama ma teraz 40 lat i od niedawna prowadzi pensjonat w Karpatach. Moja mama zawsze była liberalna, w domu miałyśmy totalny luz, o ile sprzątałyśmy po sobie i wracałyśmy przed 22. Sama mamunia przed ciążą z drugą siostrą była bardzo rozrywkową kobietą (w granicach zdrowego rozsądku), ze swoimi przyjaciółkami (K, A, M) wyjeżdżała na zloty taneczne, chodziła na dyskoteki i balowała, gdy tylko wybyłyśmy na weekend. Ona organizowała imprezy urodzinowe i okazjonalne dla swoich przyjaciół. Kiedy znalazła partnera i urodziła się moja siostra, przyjaciele (wymienione dziewczyny i ich partnerzy) kopnęli ją w tyłek, bo mama nie mogła jeździć na imprezy z dzieckiem. Co najwyżej posiadówki, na które też jej nie zapraszano. Potem mama kupiła pensjonat 150 km od owych „przyjaciół”. I nagle zaczęły się telefony: „A słuchaj, wpadniemy na imprezkę”... choć jej wcześniejsze, okrągłe urodziny zostały olane. Kiedy znajomi wpadali, trzeba było ich wyżywić i dać pokoje. Mimo że pomocy w pensjonacie nie było, a do spłacenia kupa kredytu, to tylko A (dwóch synów, rozwódka, w długach) zaproponowała zapłacenie za siebie. Mama nie oczekiwała pieniędzy za pokoje, przecież to przyjaciele, ale nikt nawet nie spytał ani nie kwapił się do chociażby pozmywania naczyń. Wobec tego mama odcięła się od swoich „przyjaciół”. Pozostała tylko A.
Teraz w gronie byłych przyjaciół mama jest zołzą i wiedźmą łasą na kasę. „Bogata, a nie da”.
Żal mi tylko mamy, bo jest naprawdę świetna, a tak ją potraktowano.

#QAHM7

Dziś są moje urodziny. Kończę dokładnie 28 lat.
Wczoraj dowiedziałam się, że mam raka jajnika. Nie mam męża, dzieci i pewnie już nie będę miała. Żyłam pracą, zdobywaniem kolejnych premii i gromadzeniem oszczędności, głupia ja.
U lekarza uroniłam trochę łez, teraz już nie płaczę. Jestem spokojna, chyba nadal w szoku. Myślę o tym, co zdziałałam dotychczas, czego nie zrobiłam i właśnie, przy pełnej lampce wina, tworzę listę rzeczy, które muszę zrobić.
Rodzina nic nie wie i myślę, że nie powiem im, dopóki nie będę musiała.
Wymyśliłam sobie, że skoro nie mam wpływu na to, jak się potoczy przebieg mojej choroby, to powinnam stworzyć sobie jakiś inny cel – jeden dobry uczynek wobec nieznajomego na każdy kolejny dzień. Czy to głupota? Chcę móc rano wstawać z myślą, że jestem najlepszą wersją siebie.
A piszę to wszystko, bo nie ma nikogo, komu mogłabym to powiedzieć...

#ZdP2l

Dzień przed rozpoczęciem roku szkolnego. Zerówka.
Zawsze zastanawiało mnie, po co tata goli sobie twarz, a mama nogi. Sięgnęłam po maszynkę do golenia i niewiele myśląc, stwierdziłam, że trzeba przyciąć brwi. Tak mi się machnęło, że zgoliłam pół brwi. Zszokowana tym, co zrobiłam, szybko pobiegłam po czapkę (dawno temu modne były czapki z siatki) i założyłam tak, żeby nie widać było moich brwi. Moja mama jak mnie zobaczyła, zastanawiała się, czemu mam tak nisko tę czapkę i próbowała ją podnieść, ale ja tłumaczyłam się, że tak jest „modnie”.
Jakoś przetrwałam ten dzień i nikt moich brwi nie widział. Natomiast następnego dnia mama przyszła rano mnie obudzić i zobaczyła TO. Od razu się przyznałam i mamuśka sama dała mi tę czapkę, żeby zakryć brwi na kilka dni :D
Na szczęście nikt się nie skapnął i brew odrosła :)

#23M5S

Działo się to w czasach, gdy w sklepach były puste półki, a ja chodziłem do podstawówki. Wakacje często spędzałem u cioci na wsi. Z jakiejś okazji zawitał tam pewien wujek, który często podróżował do ówczesnego naszego wschodniego sąsiada, i przywiózł kilka prezentów stamtąd. Dary były głównie w płynie, z bardzo wymyślnymi etykietkami, ale nie tylko. Oprócz tego była też puszka. Ogromna, jak mi się wtedy, fąflowi, wydawało, owalna, dość płaska. Nie było na niej żadnej etykiety, ale wujcio zachwalał, że to taka dobra rybka. Wujcio wyjechał, a ciocia postanowiła przy jakiejś donioślejszej okazji otworzyć puszkę. Próba z otwieraczem do konserw nie powiodła się, ostrze prysło, jakby było ze szkła. Drugi także padł w boju. Wojskowy bagnet z kolekcji kuzyna wyszczerbił się sromotnie. Co ciekawe – pucha nie była stalowa, ale aluminium to też nie było. Teraz wydaje mi się, że był to jakiś pancerny dural, chyba! Pomógł dopiero przecinak (także radziecki) i spory młotek.

Już zapach, który rozszedł się po przebiciu wieka, był dość kontrowersyjny. Zawartość jednak zaszokowała wszystkich zebranych – faktycznie, rybka, ale chyba w całości – z łbem, flakami, ogonem. W dodatku miało toto ogromne ostre zęby w wielkiej paszczy. Nigdy takiego potwornego stwora przedtem nie widziałem. Nikt nie pokusił się o spróbowanie i wszystko wylądowało na podwórzu, niby dla kotów. A one po prostu uciekły w popłochu. Za to puszka rozpoczęła nowe życie. Miała taką właściwość, że nic nie czepiało się jej ścianek, było ją bardzo łatwo umyć i była dość lekka. Przez długie lata służyła za poidło dla ptactwa domowego, potem jako miska dla kilku pokoleń psów. Kuzyn ją kiedyś przejechał ciągnikiem, lecz wcale jej to nie zaszkodziło. Gdy 30 lat później odwiedziłem rodzinę, okazało się, że puszka dalej żyje – niezniszczalna i czysta. Zwierząt już nie ma, ale syn kuzyna używa jej, gdy rozkręca jakiś samochodowy silnik – odkłada tam i myje wszelkie drobne elementy.

Wot gniotsja, nie łamiotsja…

#VZV3M

Ponad pół roku temu rozstałam się z narzeczonym, przeżyłam ogromną traumę, bo nie było to rozstanie spokojne, w normalnych warunkach, zrobiono mi straszną krzywdę. Przez cały ten czas wspierała mnie najlepsza przyjaciółka. W końcu odżyłam, zmieniłam się i zaczęłam nieco inaczej patrzeć na wiele rzeczy. I w tym właśnie momencie spotkałam po ponad dwóch latach X. 

X to chłopak, który przez niecałe pół roku był z moją przyjaciółką prawie trzy lata temu. Decyzję o rozstaniu podjęła przyjaciółka, postanowiła wrócić do byłego chłopaka, z którym była wcześniej kilka lat i teraz nadal z nim jest. Wydawałoby się, że wszystko jest w porządku, moja przyjaciółka dalej miała kontakt z X na koleżeńskiej stopie i często mówiła, że to fajny kumpel, ale na pewno nie materiał na jej faceta, nie wspomnę o tym, jak często kpiła z jego umiejętności łóżkowych. Tak się potem złożyło, że między mną a X zaiskrzyło, trochę inaczej na siebie spojrzeliśmy niż kiedyś (wcześniej oboje byliśmy w związkach i nie patrzeliśmy na siebie jako potencjalna para) i zaczęliśmy być razem. I wtedy się zaczęło... Wycie i płacze mojej przyjaciółki, wypisywanie do X i jej fochy. Kiedy chciałam z nią na spokojnie porozmawiać, wytłumaczyła mi, że musi przywyknąć do tej sytuacji, że ja i X jesteśmy razem. Najpierw dla X była bardzo wredna, potem dzwoniła do niego z płaczem, potem zaczęła przypominać, jakie to oni mają wspólne zainteresowania. Potrafiła zadzwonić do mnie i spytać, czy może wysłać link do jakiegoś koncertu w innym mieście, bo może X by się z nią wybrał. Nigdy tak nie robiła.


Stale powtarza, że nie ma do nas żalu, ale jednak do X kiedyś coś poczuła i ma do niego sentyment. Ostatnio sytuacja nieco się poprawiła, ale mam wrażenie, że ciągle daje mi do zrozumienia, że ona go najlepiej zna, ona byłaby dla niego świetną partnerką. Nagle jakby zaczęła robić wszystko, żeby mu udowodnić, że to ona jest najlepsza. 
X codziennie powtarza, że między nim a nią wszystko skończone i teraz liczę się tylko ja. Ufam mu i widzę to, jednak nie wiem, jak mam poradzić sobie z zachowaniem przyjaciółki. Mam ogromne wyrzuty sumienia, choć przecież nie odbiłam jej faceta. To jej były sprzed kilku lat, z którym była stosunkowo krótko, teraz ona jest w innym związku, więc dlaczego my nie możemy ułożyć sobie życia? Przykro mi z tego powodu.

#MUkfO

Miałam jeszcze niedawno całe pudełko czekoladek, które dostałam w przedszkolu od mamy jednej z pociech. Postanowiłam, że zjem sobie jedną na poprawę humoru... Patrzę, a tam została JEDNA! No to idę do mojego obżarciucha i od razu opierdziel, że śmiał zeżreć mój prezent. A on patrzy ma mnie jak na głupią... bo on ich nie zjadł. Ja zachodzę w głowę, cóż się stało, a obżarciuch dalej patrzy na mnie jak na głupią.
Cóż się okazało? Otóż jestem lunatykiem i przez sen chodzę co noc do toalety, a niedawno uaktywniło mi się, że po skorzystaniu mam ochotę na coś słodkiego... i wcinam przez sen czekoladki! Chyba muszę pozbyć się z domu słodkości...

#QeyB3

Jakiś czas temu rozmawiałam z rodzicami na temat seksu w taki sposób dość żartobliwy.
– A zrobiłaś kiedyś loda? – zapytałam.
– No... kiedyś tak – odparła mama.
Tu się wtrącił tata z bulwersem do mamy:
– Przecież nigdy mi nie zrobiłaś! 
A mamuśka na to: 
– A czy ja mówię, że tobie?


Mina taty niestety bezcenna, aczkolwiek tę noc to mama spała na kanapie.

#YuGD4

Zawsze w święta moja babcia piecze sernik — dzieje się to tylko parę razy w roku, z racji że babcia ma już swoje lata. Mimo wszystko te paręnaście razy każdy z rodziny ma okazję posmakować prawdziwego pokarmu bogów. Ów sernik smakuje naprawdę przepysznie — nikt nie wie, co babcia do niego dodaje, gdyż piecze go według jakiegoś swojego przepisu, ale wychodzi jej to cudownie. Zawsze kiedy moja dziewczyna ma okres, narzeka, że gdy zjadłaby wyżej wspomniany sernik, to na pewno by jej się lepiej zrobiło...
I tutaj zapoznaję Was z sytuacją właściwą.

Parę dni temu nadszedł dla mojej dziewczyny ten trudny czas i znów zaczęła wręcz płakać za sernikiem. Przed świętami moja babcia upiekła swoje cudeńko i przyniosła nam na spróbowanie. W moim domu jest zasada, że tym, co dobre, należy się dzielić, więc zawsze wszelkie dobroci dzieliło się pomiędzy domowników. Tym razem jednak postąpiłem inaczej... Zawinąłem mój skarb i uciekłem do mojej dziewczyny, by pochwalić się swoją zdobyczą. Uwierzcie mi, że jeszcze w życiu nie widziałem osoby tak bardzo zajadającej się czymś, jak moja dziewczyna wtedy... Jednak nie mogło to ujść na sucho. W domu od razu zaczęły się poszukiwania skrytożercy... Każdy zwalał na każdego winę i zarzucał przywłaszczenie sobie. Padło podejrzenie, że to pies zjadł sernik, lecz na „rodzinnej naradzie do spraw kryzysowych” (pomysł mojego taty, narada trwała ponad dwie godziny, uczestniczyło w niej 8 osób) odrzucono ten pomysł. Ktoś również rzucił myślą, że babcia żadnego sernika nie przyniosła, ale zostało to również przegłosowane. Winnego w końcu nie znaleziono, ale i tak każdy ma jakieś swoje przypuszczenia...

I żodyn nie wie, że to Kaśka zjadła. Żodyn :)

#xzqql

Pod koniec zeszłego roku dopadła mnie ciężka depresja. Nie radziłam sobie z niczym, wszystko stawało się dla mnie wyzwaniem. Nie umiałam poradzić sobie z czynnościami, które każdy człowiek wykonuje dzień w dzień. Po paru wizytach u psychiatry i lekach, które dostałam, jest już naprawdę lepiej, chociaż oczywiście nie jest idealnie. Nadal dopadają mnie niekiedy stany lękowe i myśli, że jestem najgorsza, nikt mnie nie lubi. Jednak dzięki tej chorobie (naprawdę okropnej) zrozumiałam, co jest w życiu ważne. Przestałam się w tak dużym stopniu przejmować życiem, a co najlepsze — zerwałam wszelkie kontakty z osobami, które były dla mnie fałszywe i chciały kreować mnie na swoje podobieństwo.
Wcześniej nic mi się nie udawało. Myślałam, że życie jest do dupy, a zapytacie, co teraz? W przeciągu miesiąca spełniłam dwa swoje największe marzenia i na pewno nie spocznę tylko na tych dwóch, w moim życiu wszystko układa się tak, jak powinno. Staram się być szczęśliwa, jednak niekiedy to nie wychodzi. Ale myślę, że ktoś tam na górze chciał, żebym dostała takiego przysłowiowego kopa w dupę, żeby przestać przejmować się życiem, ludźmi i zacząć żyć tylko i wyłącznie dla siebie.
Dodaj anonimowe wyznanie