Gdy mój narzeczony zaprosił mnie na kolację do eleganckiej restauracji, byłam bardzo podekscytowana. Nigdy na takiej kolacji nie byłam, ba, w życiu nie byłam wcześniej w drogiej restauracji! Zrobiłam się na bóstwo — super kiecka, makijaż, fryzura, no i założyłam swoje ulubione szpilki. Wyglądałam naprawdę bosko! A przynajmniej tak mi się wydawało...
Jako że mieliśmy się spotkać przed samą randką, to wsiadłam w taksówkę i podjechałam pod restaurację. Byłam chwilę wcześniej, więc postanowiłam zapalić przy wejściu. Stanęłam, wyciągnęłam fajkę i tak sobie palę. Po chwili wyszedł do mnie jakiś facet i z poważną miną oznajmił, że oni nie życzą sobie, bym szukała klientów przed ich restauracją i żebym szukała ich gdzieś dalej.
Zatkało mnie...
No cóż, kolację zjedliśmy w innym miejscu, a ja do dziś zastanawiam się nad swoim ówczesnym wyczuciem stylu :D
Odkąd pamiętam, byłam okropnie leniwa. W szkole miałam same tróje, osiągnięte bez jakiegokolwiek wysiłku. Nie mogłam się do niczego zmusić, ciągle tylko siedziałam przed komputerem czy telewizorem, tracąc czas. W pewnym momencie wymyśliłam sobie swoje alter ego. Postanowiłam, że kiedy zakładam na nos okulary (a zazwyczaj nosiłam soczewki), staję się bardzo pracowitą i zorganizowana dziewczyną. Nadałam sobie nawet nowie imię, Zofia, które, jak mówi Wikipedia, pochodzi od słowa σοφία (sophia) oznaczającego „mądrość”. Nie zawsze nosiłam okulary, ale po zajęciach nakładałam je i stawałam się pracowitą Zofią. Początki nie były łatwe, a ja z najbardziej leniwej osoby na świecie od czasu do czasu stawałam się pracowitą Zofią. Oceny poprawiały się, maturę napisałam na tyle dobrze, że dostałam się na medycynę.
Zofia oczywiście ma swoje wady — jest dużo brzydsza (źle wyglądam w okularach, podkreślają mój krzywy nos), do tego nudna i przewidywalna. Kiedy zakładam soczewki, mogę być znowu sobą, czyli beztroską, lekko szaloną dziewczyną.
Przygarnąłem swoją eks w ciąży z innym mężczyzną. Eks, która lata wcześniej zdradziła mnie i zostawiła dla innego mężczyzny.
Jest rok 2014, moja ówczesna dziewczyna zostawiła mnie dla innego faceta. Faceta, z którym mnie zdradziła. Uciekła z nim, a po pół roku wyszła za niego za mąż. Lata później będąc w rozsypce, nawiązała ze mną kontakt, prosząc o wybaczenie, które otrzymała. Zostaliśmy „przyjaciółmi przez internet”, pisząc ze sobą prawie codziennie, opisywała mi swoje losy, także to, jak zdradza swojego ówczesnego męża. W końcu wdała się w związek z innym mężczyzną i zaszła w ciążę, jednakże owa kobieta zdradzała również i jego, więc ją zostawił w 7 miesiącu ciąży. Napisała wówczas do mnie, jedynej osoby, która się jeszcze od niej nie odwróciła (ojciec zmarł, a pozostała rodzina nie chciała utrzymywać kontaktu, bo ich zadłużyła). Prosiła o pomoc, mówiąc, że nie ma gdzie mieszkać, nie ma żadnych świadczeń socjalnych, ma 37 tys. długu, dwa koty, dwie walizki i kilkadziesiąt złotych w portfelu. Powiedziałem, żeby za te pieniądze, które ma, przyjechała do mnie. Dałem jej klucze od swojego mieszkania, a sam zostałem u swoich rodziców. Powiedziałem, że może tam mieszkać tak długo jak zechce. Szybko jednak okazało się, że ciąża jest zagrożona i może umrzeć i ona, i dziecko, mimo to wypisała się ze szpitala na własną prośbę, ryzykując życie dziecka, którego nie chciała (robiła wszystko, by poronić). Siłą wysłałem ją do szpitala, gdzie w końcu urodziła ślicznego chłopca, jednakże tuż przed porodem wypełniła papiery, że oddaje dziecko i zrzeka się praw do niego. Gdy urodziła, wycofała się z tego, jednak dziecko zostało już zabrane i dopiero po miesiącu uznano, że może do niej wrócić. Gdy tak się stało, otrzymała inne mieszkanie, które wynajęła jej pani psycholog ze szpitala w zamian za minimalne opłaty. Ja natomiast zacząłem pomagać jej przy dziecku, przychodząc codziennie. Niestety pokochałem je jak swoje. Między nami też zaczęło iskrzyć. Gdy maluszek skończył roczek, spytała mnie, czy byłaby szansa, abyśmy do siebie wrócili, tak też się stało. Jednakże nie minęły dwa miesiące, jak pożałowałem tego. Okazało się, że nie zmieniła się w ogóle i już kogoś miała. Gdy ja usypiałem małego i wychodziłem od niej, to przychodził do niej inny facet, z którym sypiała za pieniądze. Przez następne 2 lata na siłę próbowałem reanimować ten martwy związek, w pewnym momencie przychodząc już tylko do tego dziecka. Gdy wszystko się skończyło, odsunęła go ode mnie. Tęsknię za tym maluszkiem. Nie ma dnia, bym o nim nie myślał. Moje życie to koszmar, z którego nie mogę się obudzić. Nie chcę mi się dalej żyć. Leczę się z depresji, ale nic się nie poprawia. Bo nie mogę zapomnieć tego, jak on na mnie patrzył ;(
Mam 17 lat, moja siostra ma kilkumiesięczną córeczkę, którą czasem zabieram na spacery, żeby odciążyć siostrę. Tak było i tym razem, zabrałam małą do parku. Usiadłam na ławce przy fontannie, trzymam wózek i go sobie kołyszę, żeby Majka spała. Naprzeciwko mnie siedzą jakieś babcie karmiące gołębie i usłyszałam taką rozmowę miedzy nimi:
– Patrz, taka młoda gówniara, a już urodziła! Ile ona ma lat, 15?! Te nastolatki jedyne co potrafią dzisiaj robić to się kurwić!
– Ale przynajmniej urodziła, a gówniary masowo usuwają dzieciaki. No koniec świata, mówię ci, przyjrzyj się dobrze, bo widok matki z dzieckiem za kilka lat już będzie rzadkością. Tylko seks, tańce i aborcje mają w głowie! Ja bym takiej po aborcji dupę złoiła, wygodnickie ladacznice...
- Jolka, a ty też kiedyś celowo poroniłaś. Pamiętasz? Opowiadałaś mi kiedyś.
- Oj tam, Baśka... To było coś zupełnie innego, bo ja wtedy problemy w życiu miałam!
Aha... Czyli, jak rozumiem, dzisiejsze pokolenie nie ma problemów?
Wstyd mi, że żyję w takim społeczeństwie.
(Rozmowa nie jest odtworzona idealnie, ale sens ten sam).
Jestem 12 lat mężatką, mam troje dzieci, pracuję jako nauczycielka. Mąż całe dnie spędza w pracy, więc wszystko, co związane z domem i dziećmi spada na mnie. Jedyny cały dzień, kiedy jest w domu, to niedziela, no ale wtedy musi odpocząć, więc obiad czy nadganianie obowiązków w domu spada na mnie. Żadne rozmowy nie pomagają, a nawet ich nie ma, bo ilekroć zaczynam temat, to słyszę: „Skończyłaś? Idź spać” itp. W tym roku mąż skończył 40 lat, chciałam go jakoś docenić (nie jest do końca zły), więc zorganizowałam przyjęcie niespodziankę, która udała się w 100%. Na drugi dzień po imprezie, gdy już leżeliśmy w łóżku, jemu zachciało się seksu. Ja nie miałam ani siły, ani ochoty (nieprzespana nocka+okres). I co na to mój mąż? Wstał i ostentacyjnie wyszedł z sypialni, zamykając wszystkie drzwi po drodze do salonu. Coś wtedy we mnie pękło. Były już sytuacje, gdy odmawiałam mu, a on wychodził, ale wtedy po tej imprezie dotarło do mnie, że nieważne co zrobię, jeśli nie będzie seksu, będę dla niego zwykłym gównem. Dostaliśmy propozycję wspólnych wakacji z rodziną w Turcji. To by były nasze pierwsze zagraniczne wakacje, ale ja nie chcę. Nie chcę już od niego nic. Coś we mnie umarło...
Może trochę jestem cebula, ale zamawiam rzeczy na Temu, zgłaszam, że coś nie działa (chociaż działa tak naprawdę) i oni oddają mi pieniądze, pozwalając zachować towar. Oszczędziłem (oszukałem ich) już na jakieś 2000 zł.
Nigdy nie miałem swojego pokoju. Całe życie gnieżdżę się z rodzicami w czterech ścianach. I może nie byłoby to aż takim problemem, gdyby nie to, że moi rodzice są „starszej daty”. Mieszkanie jest dwupokojowe, w drugim pokoju mieszka moja siostra, żonata, dzieciata. Czemu się nie wyprowadzi? Cóż, twierdzi, że jej nie stać, a ojciec nie każe się jej wyprowadzić, bo „biedne” dzieci.
Jak to ludzie starszej daty, moja rodzicielka musi mieć włączony telewizor. Z tym że u niej telewizor musi być włączony 24/7. Prośba, że chcę się uczyć i trzeba ściszyć? Oczywiście, jeśli ona nie ma jakiegoś z seriali, których jest kilka w jej codziennym maratonie. Czasem mama po kłótni odpuści sobie serial, żebym mógł w spokoju odrobić rzeczy do szkoły w normalnych godzinach. Wypracowałem sobie system, w którym w miarę wyrabiałem się ze szkołą, mianowicie zaraz po powrocie ze szkoły szedłem spać na jakieś 2-3 godziny, wstawałem w okolicach 18:00-19:00, jeżeli o 18:00, no to odczekiwałem godzinę dla świętego spokoju, aby oczywiście obowiązek serialu mojej matki został spełniony. Następnie do jakoś 21:00 nauka, bo potem kolejny serial, którego ona już nie odpuści, i od 21:45 znowu nauka, czasami do jakiejś 3:00, zazwyczaj jednak do 2:00 rano. Były dni, gdzie ja po prostu przychodziłem ze szkoły, spałem, coś oglądałem bądź grałem do momentu, aż wszyscy w domu nie poszli spać i wtedy się uczyłem, po prostu nie mogłem w tym zamieszaniu funkcjonować. Do całego tego syfu dochodzą też dzieci mojej siostry, które jak to dzieci — biegają, krzyczą, robią bajzel, a jako że pokój mój i rodziców jest większy, to wręcz ubóstwiają zabawę tam. Mogę prosić, by byli cicho — mają to gdzieś. Dlatego właśnie nauka przeniosła się na tryby nocne, które nie powiem, wykańczają mnie powoli.
Moje życie prywatne? Żart. Nie mam nawet jak porozmawiać przez telefon. Za dnia z czytaniem książki też ciężko, bo nie potrafię się skupić, kiedy nie ma po prostu zwykłej ciszy. W weekendy jeśli nie wychodzę gdzieś to gram, ale gram w nocy, bo w nocy mogę popisać ze znajomymi, pograć w spokoju, mieć jakikolwiek czas dla siebie. Tłumaczę to rodzicom, co dostaję w zamian? Siedzisz po nocach, nie śpij w dzień jak my, przecież nie musisz w nocy siedzieć — oczywiście w sprawie szkoły tak samo, w dzień się też mogę uczyć, to ja wymyślam.
Znajomym się nie przyznaję, nikt mnie jeszcze nigdy nie odwiedził. Duszę się w tym domu. Kiedy mówię rodzicom, że mi tak źle, że nie znam kogoś, kto by mieszkał tak jak ja, w odpowiedzi dostaję, że mam się cieszyć, że w ogóle dach nad głową mam, że inne dzieci mają gorzej. Nie wiem, jak do nich dotrzeć, mam dość.
Czasy studenckie. Mieszkałem wtedy jeszcze z rodzicami, w jednorodzinnym domku z ogródkiem. To położone koło stolicy miasteczko jest stosunkowo niewielkie, więc wszyscy się znają i, jak to w małych miasteczkach bywa, plotkują na potęgę i obrabiają sobie tyłki. Lepiej więc nie robić niczego podejrzanego, bo mała nieistotna nowinka puszczona w obieg potrafi urosnąć do rangi historycznego wydarzenia.
Pewnego dnia postanowiłem olać poranny wykład i troszkę dłużej pospać. Pociąg do Warszawy miałem za godzinę, więc jeszcze sporo czasu… Postawiłem czajnik na gazie, żeby zrobić sobie herbatę, a następnie w samych bokserkach i klapkach wylazłem do ogródka, żeby zdjąć pranie ze sznurka. I gdy już miałem wracać, usłyszałem głośne BAM! Okazało się, że Pokrak – nasz pies, wybiegł za mną na dwór i zahaczywszy dupą o drzwi, zatrzasnął je. Szybka analiza sytuacji – drzwi zamknięte, ja w dziurawych bokserkach, kluczy nie mam, w domu wstawiona woda. Trzeba działać, i to szybko!
Tego dnia mieszkańcy miasteczka, moi sąsiedzi, koledzy, dziewczyny, które mi się podobały, nauczyciele z mojej podstawówki – wszyscy widzieli mnie biegnącego na złamanie karku w takt dźwięków wydawanych przez moje klapki. Musiałem przegalopować przez całe miasto, dostać się na pocztę, gdzie pracowała moja mama, wziąć od niej klucze i znowu gnając jak wariat, wrócić do domu, aby wyłączyć gaz. Udało mi się w ostatniej chwili. Czajnik był już srogo okopcony...
Wraz z koleżanką przeprowadzamy „nielegalny interes” w szkole... wymieniamy się kanapkami.
Jestem wegetarianką, ale moja mama nie potrafi tego przyjąć do wiadomości, więc nadal próbuje mnie karmić kiełbaskami, parówkami i szyneczkami — jeszcze nie zauważyła, że karmię tym psy.
Za to rodzice mojej koleżanki próbują ją odchudzać, wciskając do kanapek banany, truskawki i domowe dżemy.
Najzabawniejsze z tego wszystkiego jest to, że któraś z nauczycielek zauważyła na korytarzu nasz „deal” i uznała, że to narkotyki. Pierwsze co zrobiła, to poleciała z tym do dyrektora. Mieli niezłe zdziwionko, jak zobaczyli, że to kanapki :D
Znacie to uczucie, gdy masz głupie nazwisko i ludzie się z ciebie śmieją? Ja znam, tylko że moje nazwisko nie jest głupie, lecz głupie jest połączenie go z moim imieniem. Nazywam się Ania Ruch. Od tyłu Ruch Ania. Gdy chodziłam do szkoły, mój nauczyciel zawsze sprawdzając listę obecności, mówił najpierw nazwisko, a potem imię, więc nie dziwię się kolegom z klasy, że się ze mnie śmiali. Od razu mówię, że mam bardzo dobre kwalifikacje do zostania nianią. Niejednokrotnie wykonywałam ten zawód, a dzieci bardzo się cieszyły i chciały zostać ze mną dłużej, więc czemu by nie spróbować wychowywać więcej dzieci? Mam dużo czasu, a pieniądze zawsze się przydadzą. I na luzie idę do domu, w którym mam pracować, rozmawiam z „szefową”, bardzo zadowolona z mojego doświadczenia pani po dłuższej rozmowie w końcu pyta się mnie o nazwisko i imię. Ja cieszę się, że prawie mam tę pracę (stawka bardzo dobra, a z tego co wiem, dzieciaki bardzo grzeczne), nagle zrobiło mi się bardzo żal. Gdy powiedziałam tej babce nazwisko i imię, ona dosłownie powiedziała, że nie mogę wychować jej dzieci, nazywając się tak głupio.
Krótka historia o tym, jacy ludzie są okrutni z powodu głupiego nazwiska.
Dodaj anonimowe wyznanie