Zdradziłam męża...
Może miałabym jakieś argumenty na swoją obronę, ale nie chcę się bronić. Zrobiłam źle, haniebnie, okropnie, potwornie. Piszę to ku przestrodze.
Przyznałam się mężowi. Nie, nie z powodu wyrzutów sumienia, po dwóch latach ukrywania tego faktu zachorowałam nie na żarty, nie mogłam więcej milczeć. Depresja, utrata wagi, ataki paniki, bezsenność, ciągły płacz. Przyparta do muru powiedziałam prawdę. Nie, nie ulżyło mi. Wtedy dopiero się zaczęło.
Minęły kolejne dwa lata, mąż mi wybaczył niemal od razu (szalony). Nie odbyło się bez miliona wylanych łez, rozmów, krzyków... ale wybaczył. Tylko ja, ta "biedna", nie potrafię sobie wybaczyć. Nienawidzę siebie. Cierpię na depresje. Często mam ochotę skończyć ze sobą, ale są dzieci i chyba brak mi odwagi.
Nie piszę tego po to, żeby ktoś mnie poklepał po plecach. Piszę dlatego, żeby uświadomić innym, jak można zniszczyć życie komuś i sobie.
Wstyd i uczucie niechęci do siebie pozostanie mi do końca życia.
Czuję się bardzo samotny mimo, że mam jakieś tam małe grono znajomych. Ale co z tego skoro nigdy nikt nie ma ochoty się ze mną spotkać. Często jeżdżę na jednodniowe wycieczki. Jak wrzucam zdjęcia z wypraw to sypią się komentarze "dlaczego nas nie zabrałeś". Kiedyś zawsze pytałem czy nie chcą ze mną jechać ale po setnej odmowie dałem sobie spokój. Oczywiście jeśli oni gdzieś jadą lub choćby wychodzą na miasto to nikt nie zapyta czy bym nie miał ochoty. Jeśli się spotykamy to raczej z mojej inicjatywy. I mimo, że uchodzę za osobę towarzyską i "wszyscy mnie lubią" mam wrażenie, że nikogo nie interesuje moje towarzystwo. Czy ktoś ma podobne odczucia?
Moja najlepsza przyjaciółka przytyła. Ot tak, praktycznie z dnia na dzień, niczego w swoim życiu nie zmieniając, jak to mówią - "z powietrza". Na szczęście szybko trafiła do endokrynologa, który zdiagnozował u niej niedoczynność tarczycy i w krótkim czasie uregulował jej hormony, ale wiadomo - kilogramy same nie znikną.
Chora była tego świadoma i postanowiła zapisać się na jogę, bo stwierdziła, że tak łatwiej jej będzie się zmobilizować niż ćwicząc w domu. Dodatkowo spytała, czy na początku mogłabym z nią chodzić na zajęcia, żeby było jej raźniej. Mogłam, chodziłam, po trzech miesiącach przestałam, ona chodziła dalej i, co najważniejsze, chudła.
Przemiana nie była tak spektakularna jak ta wcześniejsza, zajęła więcej czasu, ale kiedy po półtora roku urządzałam imieniny, moja prawie-siostra miała najlepszą figurę w życiu. Zauważyła to moja bratowa i w pewnym momencie poleciała za mną do kuchni, żeby spytać, czy na tej jodze to jest ciężko. Zgodnie z prawdą powiedziałam, że chodziłam tylko trzy miesiące na zajęcia dla początkujących i nie miałam jakichś większych problemów, czasem źle postawiłam nogę, czasem inaczej ułożyłam ręce, ale ciężko nie było, choć trzeba zauważyć, że skoro od lat chodzę na balet (dla dorosłych, dokładnie od 17 r.ż., jestem po 30, zajęcia 2 razy w tygodniu), to na zajęcia poszłam rozciągnięta i gibka, dodatkowo w dobrej kondycji (dokładnie tych trzech określeń użyłam).
Minęło trochę czasu, ja o rozmowie zapomniałam, a tu nagle oberwało mi się od rodzicielki, że źle bratowej życzę, okłamuję ją i narażam na straty finansowe. Oniemiałam. Kiedy już odzyskałam głos, udało mi się ustalić, że najukochańsza bratowa wykupiła roczny (!) karnet na wiadome zajęcia, a teraz żali się komu tylko się da, że ją na te zajęcia wysłałam, zapewniałam, że to kaszka z mleczkiem, bułka z masłem itd., a w rzeczywistości to nieludzkie tortury i ona chodzić na to nie zamierza i nie może, na dodatek nikt jej nie chce zwrócić pieniędzy. Myślałam, że mama coś przekręciła, niestety, myliłam się. Teraz zbliżają się imieniny męża, a ja waham się, czy w ogóle nie zaprosić tej jędzy, czy przyrządzić tylko najbardziej tuczące potrawy ze swojego repertuaru, żeby babsztyl całe przyjęcie siedział z pustym talerzem i po powrocie do domu nażarł się na noc.
Siedzę i przeglądam pewną stronę internetową. Reklama, napis: "HANDLUJ DUPĄ". Co? Wracam do reklamy, napisane jest: "handluj ropą". Głodnemu chleb na myśli...
Historia o zabijaniu somalijskich piratów skłoniła mnie do założenia konta i podzielenia się po części podobną historią.
Był sobie X. Młody, inteligentny i przystojny chłopak. Los tak się potoczył, że trafił on do wojska, niedługo potem zaczął jeździć na misje, ponieważ był to okres, kiedy Polska wysyłała tam żołnierzy w ilościach hurtowych.
To nie jest tak, że jedziesz na misję i od razu dają Ci broń do ręki z której korzystasz w wiadomym celu. Jako żołnierz masz ją ze sobą zawsze, ale czasami mija kilka dni, tygodni, miesięcy zanim żołnierz zmuszony jest z jej korzystania. Tak było i w tym wypadku, po kilku tygodniach patrol w którym uczestniczył X został zaatakowany. I wtedy pierwszy raz wykorzystał broń. Zabił człowieka.
Początkowo towarzyszyło mu nieznane do tej pory uczucie. Nie potrafił go zdefiniować, zastanawiał się nad tym co zaszło. Jako, że misja trwała kilka miesięcy, w ciągu swojego pobytu kilka razy zmuszony był do jej użycia. Wrócił do kraju, ale nie potrafił się odnaleźć, więc dość szybko pojechał na kolejną misję. Na misję, gdzie prawie raz na tydzień, zmuszony był do zabicia człowieka. Wiadomo życie albo jego albo napastnika. Ponoć był w tym nadzwyczaj dobry. I w końcu zrozumiał.
On był wprost stworzony do zabijania. Odczuwał euforię, kiedy pociągał za spust. Wręcz seksualne podniebienia na myśl o odebraniu komuś życia. Opowiadał, że wiele razy miał tylko odstraszyć potencjalnego napastnika, ale nie potrafił się powstrzymać. I zabijał. Z zimną krwią, często na oczach członków rodziny zabitego. Ale to co szokuje najbardziej to fakt, że w tym zabijaniu wprost uwielbiał jedne sytuacje bardziej od innych. Mianowicie uwielbiał zabijać dzieci. Opowiadał, że największy dreszcz podniecenia przeżywał kiedy musiał zabijać napastników w wieku 7-12 lat. Kiedy miał świadomość, że to dopiero dziecko, zmuszone przez sytuację idzie prosto w jego objęcia - objęcia śmierci.
Za każdym razem po powrocie do Polski, nie potrafił znaleźć miejsca. I szybko deklarował wyjazd na kolejną misję. Chociaż twierdził, że chciał zostać. Chciał znaleźć miłość, ale ciężko było mu z dotychczasowymi przeżyciami. I może nawet nie chodziło o sam fakt, ale o sposób mówienia o tym. Gdybyście widzieli tę radość, ten błysk w oku, kiedy opowiadał o tym kogo ostatnio udało mu się zamordować... Chwalił się tym, jakby Powiem szczerze, że do tej pory przechodzą mnie ciarki na samo wspomnienie.
W końcu kontakt z X się urwał. Świadomie bądź nie, w jego otoczeniu bałam się po prostu o siebie.
Mam starszą o rok siostrę, obie jesteśmy po trzydziestce, a będąc dziećmi bawiłyśmy się w... gwałciciela i ofiarę. Ofiara spacerowała po pokoju udając, że jest np. w sklepie, muzeum, galerii, a gwałciciel czaił się schowany, żeby zaatakować. Gdy nadarzyła się okazja atakował od tyłu, kneblował usta i siłą ciągnął swoją ofiarę do wcześniej zbudowanego namiotu z poduszek i koców. Ofiara cały czas się broniła, ale i tak została rozebrana do naga i wykorzystana poprzez wzajemne ocieranie się o krocze. Żeby nie było monotonnie, to zamieniałyśmy się rolami i wymyślałyśmy różne scenariusze.
Czasem się zastanawiam skąd mam to się wzięło i czy siostra też to pamięta.
W wieku 4-5 lat przeżywałam okres nieustannych, bezsensownych pytań typu: "A po co to? A dlaczego to?". Pewnego razu będąc w kościele usłyszałam w pieśni "Maryja Dziewica". Po powrocie do domu dalej słowo dziewica siedziało mi w głowie.
- Tato? Co to znaczy dziewica? - zapytałam.
- To taka dziewczyna, która nigdy nie spała.
- O Boże, to jak ona może żyć, co ona w nocy robi?! Dobrze, że ja nie jestem dziewicą.
Rodzice prawie nie pękli ze śmiechu, a ja z taką wiedzą żyłam jeszcze kilka lat...
Będąc w szkole policealnej pożyczyłam od pewnej osoby 100 zł i tak się złożyło, że zanim zdążyłam tę kasę oddać, osobnik ze szkoły zrezygnował (przyczyny nieznane). Jest to jedyny dług, jakiego nie oddałam. Po tym, jak osobnik "zniknął", nie miałam po prostu tej możliwości. Pojechanie do niego nie wchodziło i nie wchodzi w grę - bo i tak by mi nikt nie uwierzył. Czemu?
Wiszę stówę Tomaszowi Kammelowi.
Mam w domu mini sektę. Jak to wygląda? Zacznę od początku. Moja rodzina jest religijna, czy też raczej wierząca. Co ciekawe, wierzenia te powinny sobie zaprzeczać, bo katolicyzm mówi "nie będziesz miał innych bogów...", co nie przeszkadza większości rodziny wierzyć w przesądy, zabobony, taroty, wróżki i inne, a dodatkowo chodzić do kościoła. Najbardziej podatne są moja matka i ciotka, siostra mamy. Ciotka często chodziła do wróżki, a mama sprawdzała wahadełkiem różne rzeczy. Czemu w czasie przeszłym? Bo obie mają nowe hobby, ale o tym za chwilę.
Kilka lat temu ciotka dowiedziała się o poważnej chorobie. Natychmiastowa opieka lekarzy, ale wsparcie mentalne też jest potrzebne. Wtedy dowiedziała się o kimś, kto nie jest bioenergoterapeutą, ale przekazuje energię, otwiera czakry (albo zamyka, nie znam się) zabiera złą energię i ogólnie działa cuda. A to wszystko za jakąś opłatą (dogadacie się) i bez wychodzenia z domu, bo przez Skype'a. Teraz ciotka jest zdrowa, ale zawsze raz na jakiś czas rozmawia z... nazwijmy go Fakirem.
Podobnie było z moją mamą. Zachorowała, opieka lekarzy, ale że Fakir pomógł ciotce, to jej też pomoże i tak oto Fakir wszedł w nasze życie rodzinne.
Ja nie mam nic do tego, że ktoś pomoże dobrym słowem, bo wiem, że o trudnych sprawach lepiej jest czasami wygadać się komuś obcemu niż rodzinie, dodatkowo dawał naprawdę dobre porady. To może niektórym bardzo pomóc. Tylko to już idzie za daleko. Matka pyta o wszystkie aspekty życia. Co sądzi na każdy temat - czy dobre kwiaty ma w domu, czy kot się dobrze czuje, czy na wakacje lepiej jechać w sierpniu czy w lipcu.
Jako osoba dorosła mieszkam sama w innym mieście, pracuję i sobie żyję. Zadzwonię czasami, odwiedzę, jak się uda mieć więcej wolnego.
Jednego dnia pracuję sobie spokojnie. Cudowny dzień, piękna pogoda. Mama dzwoni, czy u mnie wszystko w porządku? No tak. No ale czy na pewno? No tak. Ale czy NA PEWNO nic mi się nie dzieje? NO TAK, o co chodzi?
Fakir powiedział mojej mamie, że coś niedobrego się ze mną dzieje, to się martwi. No nic się nie dzieje. I teraz najlepsze. Żeby upewnić się, że u mnie wszystko OK, mówi mi, że coś wie. Wie, że jest coś nie tak, ale mi nie powie i mam się sama przyznać. I mam takie telefony raz na jakiś czas, bo jakiś koleś przez Skype'a jej powiedział. A u mnie jak na złość wszystko jest OK.
Mam 45 lat i dziewczynę z zadatkiem na żonę, która ma 24 lata. Problem w tym, że ona ma męża i dziecko.
Kurtyna.
Dodaj anonimowe wyznanie